Półświaty

Znów o byciu superbohaterem. Tym razem, dla odmiany, w wersji żeńskiej.

Drugi z dzisiejszych seriali jest jeszcze bardziej niszowy :) Wystarczy powiedzieć, że Filmweb tak średnio się orientuje, o jaki serial chodzi. Niby strona serialu już istnieje, ale nie ma ani plakatu, ani obsady, żadnej recenzji użytkowników, ani nawet opisu filmu (fabuły). Na dzień dzisiejszy statystyki portalu mówią, że 14 osób widziało serial, a 18 chce go zobaczyć. Także tego... liczby mówią same za siebie. Podsumowując, Filmweb 'wie', że taki serial istnieje, że należy do gatunku Fantasy/Horror, oraz że pochodzi z Indonezji.

Serial opowiada historię młodej dziewczyny. Dodajmy: bardzo ładnej dziewczyny, która potrafiła mnie zachęcić do tego, aby obejrzeć wszystkie odcinki do końca sezonu. Myślę że to właśnie ona stanowiła tak mniej więcej 50% mojej motywacji ku temu. Ogólnie cała fabuła serialu obraca się wokół tego, co kocham najbardziej, wokół tego, co wywodzi się z moich dziecięcych marzeń, czyli bycia superbohaterem, posiadania tajemnych mocy. Główna bohaterka niby nie posiada żadnych ukrytych zdolności, ale z jakiegoś powodu to właśnie ona została wybrana na to, aby otrzymać Dar. (P.S. Ja również jako dziecko wierzyłem, że jestem wyjątkowy, inny niż wszyscy. I że posiadam jakieś ukryte zdolności, które pewnego dnia się ujawnią. Naprawdę. P.S.2. Nie, jeszcze się nie ujawniły. I tak, nadal czekam.) Ów dar jest potężną mocą. Ten kto go posiądzie, jest w stanie władać całym wszechświatem. Dlatego jest więcej osób, które są świadome czym jest dar, i chciałyby go otrzymać za wszelką cenę. I stąd też wynikają preteksty do walki pomiędzy różnymi takimi postaciami. Natomiast trzeba nam jeszcze powiedzieć, że przedstawiona historia sięga o wiele głębiej. Ponieważ do walk o otrzymanie daru dochodzą jeszcze postacie nie z tego świata, typowo fantastyczne, wręcz mistyczne. Ludzkość jest tylko jedną z kilku żyjących ras. Są jeszcze inne istoty, jedne przyjaźnie nastawione do ludzi, broniące ludzkości, inne wręcz przeciwnie.

Moim zdaniem, serial ma/miał spory potencjał, ale twórcy go nie potrafili wykorzystać. Na pewno wpływ na to miała wielkość budżetu. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, jeśli ma się większe pieniądze, można zrobić lepszy film, zatrudnić lepszych aktorów, scenarzystów, techników, zdobyć lepszy sprzęt, zrobić lepsze efekty specjalne, itd. Można oczywiście zrobić coś dobrego, nie mając dużo pieniędzy. Mimo wszystko, najczęściej budżet ma przeważający wpływ na jakość produkcji, oraz na jej wielkość. I widać to w każdej branży, także nikt mi nie wmówi, że tak nie jest. Mając do dyspozycji duży budżet, zrobimy wielkie produkcje pokroju Gry o tron, filmy pokroju Gwiezdne wojny, gry pokroju Far Cry 3, itd. Przy małym budżecie powstają seriale i filmy niszowe, gry niezależne (indyki), itd. Podoba mi się w tej produkcji pomysł, chociaż nie jest jakiś mega odkrywczy. Podoba mi się miejsce kręcenia serialu i postać głównej bohaterki. Z jej urody wnioskuję, że nie jest Azjatką, a przynajmniej ma korzenie europejskie/amerykańskie. Ciekawie wypada 'włożenie' dziewczyny o europejskich rysach twarzy w klimaty azjatyckie. Podobają mi się animowane wstawki na początku każdego odcinka. Jeśli graliście może w Mirror's Edge, to będziecie wiedzieli o co chodzi. Każdy odcinek Półświatów rozpoczyna się krótkim, kilkuminutowym wstępem, w którym opowiadana jest historia fabularna wprowadzająca w świat serialu. Wszystkie te wstępy wykonane są w 100% jako komiksowa animacja komputerowa. Są ciekawie wykonane i fajnie urozmaicają serial.

Niestety oceniając całość, trzeba powiedzieć, że nie jest to dzieło nadzwyczajne i przełomowe. Obejrzeć można, jeśli nie ma akurat nic innego w zasięgu ręki. Ale nic nie stracicie, jeśli nie obejrzycie. Jak dotąd dostępny jest jeden sezon, nie mam żadnych informacji, czy będzie kolejny. Końcówka tego pierwszego sezonu nie jest zamknięta. Pozostawiona została furtka do ewentualnej kontynuacji serii.

Moja ocena całego pierwszego sezonu: 5/10

Pustkowie

Panie i Panowie. Tegoroczny oscar w kategorii "serial nieanglojęzyczny" wędruje do...

Zrobimy sobie dzisiaj dwie recenzje seriali. Ale rozbijemy je na dwa osobne posty. Nie dlatego, żeby postów było więcej na portalu, a jedynie z tego powodu, żeby nie mieszać tych dwóch recenzji ze sobą, oraz żeby Wam się lepiej czytało te teksty. Wydaje mi się, że lepiej czyta się dwie krótsze recenzję, niż jedną długą. Wszystkie recenzowane seriale miałem przyjemność obejrzeć korzystając z oferty HBO GO. I w następnych postach już nie będę o tym wspominał, bo tak jak Wam pisałem ostatnio, obecnie oglądając filmy i seriale korzystam niemal tylko i wyłącznie właśnie z tej platformy. Jeśli w przyszłości przy okazji jakiegoś opisywanego filmu będzie inaczej, to wyraźnie o tym poinformuję. A piszę to tylko dlatego, żebyście wiedzieli, gdzie można obejrzeć dany serial w pełni legalnie.

Tak więc zaczynamy od serialu Pustkowie. Serial z roku 2016, co ciekawe, jest to serial czeski. Przy wybieraniu kolejnego serialu do obejrzenia, nie czytam żadnych recenzji, nie szukam absolutnie żadnych informacji na temat danego serialu. Zwykle wybieram na chybił trafił jakikolwiek serial z tych które są dostępne i po prostu 'daję mu szansę'. Jeśli okaże się fajny, oglądam wszystkie pozostałe odcinki. Zdarzało się już kilkakrotnie, że po dwóch-trzech odcinkach musiałem dać sobie spokój, bo coś było tak kiepskie, że nie dało się tego oglądać, albo kontynuacja oglądania była zwyczajnie stratą czasu. Pustkowiu naprawdę warto dać szansę. Podejrzewam że niewiele osób o nim słyszało i na pewno nie zdobędzie takiej popularności jak recenzowany ostatnio Westworld. Jak sobie wejdziecie na Filmweb i porównacie liczbę głosujących, to odkryjecie, że na Pustkowie oddano do tej pory 360 głosów, a na Westworld niemal 46 000. Liczby więc mówią same za siebie. Natomiast ocena Pustkowia wychodzi bardzo pozytywnie, bo serial ma 7,5 oczek, w porównaniu do 8,2 w przypadku Westworld. A więc nie jestem osamotniony w odbiorze Pustkowia.

Uwaga. Poniższy akapit zawiera bardzo nieprzyjemne spoilery :) Jeśli nie oglądaliście serialu, a zamierzacie go obejrzeć, nie czytajcie poniższego akapitu, żeby sobie nie psuć zabawy.

Serial składa się z ośmiu odcinków, czyli jednego sezonu, który jest fabularnie zamkniętą całością, a więc raczej nie zapowiada się, aby powstały kolejne odcinki/sezony. W pierwszym odcinku znika bez śladu nastoletnia córka głównej bohaterki - starościny małej przygranicznej miejscowości. Wszystkie osiem odcinków skupia się w zasadzie na tym, aby odnaleźć dziewczynę, a następnie, po odnalezieniu jej ciała, na wyjaśnieniu okoliczności zdarzenia i odnalezieniu sprawców ewentualnego morderstwa. Sprawa wydaje się dla widza oczywista właściwie od samego początku. Ciało nastolatki zostaje znalezione w studni przy chacie męża starościna, z którym kobieta jest od dawna w separacji. Dodatkowo mężczyzna ma duże problemy psychiczne. Często podczas ataku choroby robi rzeczy, których później nie pamięta. Powiem Wam szczerze, że osobiście do samego końca byłem raczej przekonany, że to właśnie on okaże się mordercą. W trakcie rozwijania się fabuły podejrzenia przechodzą na różne osoby, głównie mieszkańców miasteczka. Zakończenie jest moim zdaniem nieco naiwne. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli mordercą okazałby się ktoś inny, wydaje mi się że byłoby ciekawiej. A tak, powód zamordowania jest jak dla mnie trochę za bardzo prozaiczny, i z tego powodu wyjaśnienie sprawy jest takie, że na pewno nikt z widzów nie będzie się go spodziewał.

Koniec spoilerów :)

Małe podsumowanie. Fabuła cały czas trzyma odpowiedni poziom napięcia. Nie jest to oczywiście rozmach serialu Westworld, ale myślę że nie można porównywać tych dwóch produkcji w kategoriach rozmachu i funduszy. Zamysł powstania Pustkowia był zupełnie inny. Serial broni się dobrym klimatem, ciekawymi bohaterami, ale przede wszystkim miejscem w którym został nakręcony. Mała miejscowość, w której wszyscy się znają. Wiejskie krajobrazy, lasy, jeziorka, a w samym centrum tego wszystkiego działająca kopalnia. Mnie to w zupełności wystarczyło. Jeśli macie ochotę na coś innego, nie polskiego ani nie amerykańskiego, szczerze polecam. Jest to na pewno kino niszowe, ale tak jak już pisałem, naprawdę warto dać serialowi szansę.

Moja ocena całego sezonu: 7/10

Westworld

Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny...

Opowiemy sobie dzisiaj co nieco o nowym serialu, z 2016 roku. Z tego co widzę jest to dopiero drugi serial w naszym serwisie. Ale spokojnie, z biegiem czasu będzie tego na pewno dużo więcej. Już w tej chwili chodzą mi po głowie przynajmniej jeszcze dwa inne seriale, o których moglibyśmy napisać.

Jak to często bywa na naszym blogu, przy okazji jakiegoś tematu zwykle w kilku akapitach odbiegamy nieco od głównego wątku. Nie inaczej będzie i tym razem. Wydaje mi się że nie mówiliśmy sobie nigdy do tej pory szerzej na temat oferty HBO GO. Myślę że to jest dobra okazja żeby sobie trochę podyskutować. Oczywiście dyskutował będę jak zawsze sam ze sobą, bo niestety nikogo innego tutaj nie ma w pobliżu.

Najpierw może powiem Wam, że jako dziecko od zawsze marzyłem, żeby mieć w domu kanały filmowe HBO albo CANAL+. Pamiętam że często sobie przeglądałem w gazecie z programem, jakie filmy lecą akurat na tych kanałach. W okresie świątecznym była to już moja stała praktyka, bo właśnie wtedy leciały najfajniejsze i, co ważne, najnowsze filmy, takie które dopiero co kilka miesięcy wcześniej wyszły z kina, można powiedzieć że jeszcze ciepłe. Jako dziecko niestety nie doczekałem chwili, w której rodzice postanowiliby dokupić tego typu kanały. Dopiero od niedawna, bodajże od trzech lat jestem szczęśliwym posiadaczem abonamentu HBO. A konkretnie HBO GO, czyli usługi filmów i seriali, które można oglądać na terenie całego kraju, wystarczy mieć przyzwoity dostęp do Internetu. Wykupienie abonamentu HBO stało się trochę takim moim wejściem w dorosłość. Wcześniej wiele rzeczy robiło się inaczej, za wiele rzeczy się nie płaciło, bo np. było się dzieckiem, i nie miało się własnych pieniędzy. Było się piratem, ściągało się z Internetu gry, filmy i seriale, muzykę, książki. Będąc dorosłym, zarabiając normalne pieniądze, po prostu potrzeba ściągania czegokolwiek z Internetu przestaje mieć rację bytu. Można normalnie pójść sobie do księgarni i kupić daną książkę która nam się podoba, można kupić sobie płytę z muzykę, no i można wykupić sobie abonament HBO albo CANAL+. Ten pierwszy kosztuje chyba coś koło 60 zł miesięcznie. Z drugim nigdy nie miałem styczności, także nie wiem jak to wygląda w praktyce.

No dobrze. A więc jak wygląda oferta HBO GO. Na samym początku powiem, że wyda mi się, że kiedyś wyglądała lepiej niż obecnie. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że dawniej było więcej filmów i oferta się częściej zmieniała. Dzisiaj HBO postawiło nacisk chyba trochę bardziej na seriale, niż na filmy. Bo seriali jest naprawdę dużo i nie trzeba specjalnie przebierać, żeby znaleźć jakąś perełkę w kupie... Mniej więcej jedna trzecia dostępnych seriali jest naprawdę dobra, a często trafi się serial wyśmienity, jak w przypadku Westworld, do którego za chwilę przejdziemy. Z filmami jest nieco gorzej. Filmów jest oczywiście dużo, zdarzają się perełki, i to wcale nie rzadko. Jest dużo nowych filmów, kręconych i wkładanych do serwisu w tym samym roku kalendarzowym. Także nie można powiedzieć że jest jakoś bardzo źle. Po prostu wydaje mi się, że mogłoby być ciut lepiej. Natomiast usługę HBO GO jako całość oceniam mega pozytywnie. Nie myślę nawet o zaprzestaniu korzystania z niej w najbliższym czasie. Dość powiedzieć, że odkąd mam wykupiony abonament, przestały dla mnie istnieć portale z torrentami. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz wchodziłem na jakikolwiek serwis tego typu, było to dobrych kilka lat temu. Także jeśli być może się zastanawiacie nad zakupem czegoś takiego, osobiście bardzo polecam. Fantastyczna sprawa. Zwłaszcza w porównaniu do oferty filmowej standardowej naziemnej telewizji, czyli TVP1, TVP2, Polsatu i TVNu razem wziętych :) [Zauważcie, że w tym miejscu po raz pierwszy w tym poście pojawia się emotikonka. Emotikonki w ogóle pojawiają się u mnie stosunkowo rzadko.].

A propo. Wczoraj miałem okazję 'pooglądać' chwilę Harrego Pottera w telewizji. Leciał bodajże na TVN. Piszę 'miałem okazję', ponieważ od ponad roku nie mam telewizora, a zatem i telewizji. Chociaż nie wiem czy wiecie, od jakiegoś czasu Wirtualna Polska weszła chyba w komitywę z pewną firmą, która udostępnia kanały standardowej telewizji w Internecie. Super sprawa, zwłaszcza dla takich osób jak ja, albo studentów, czyli ludzi którzy nie dysponują telewizorem. Działa to na zasadzie abonamentu. Podstawowe programy są dostępnie dla każdego zupełnie za darmo, za bardziej rozbudowaną ofertę trzeba zapłacić miesięczny abonament. Usługa działa normalnie przez Internet. Chociaż jakość transmisji nie jest jakaś oszałamiająca. Ale nie o tym chciałem napisać. Napisałem również 'pooglądać', biorąc to słowo w apostrof, ponieważ po około 5 minutach oglądania filmu rozpoczęło się nadawanie reklam, które trwały około 10 minut. Oj tak. To było bardzo bolesne przeżycie, jeśli człowiek się już odzwyczaił od przerywania filmu reklamami. Uwaga: na HBO GO nie ma reklam! Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, jak niewiarygodnie to brzmi, i jak trudno w to uwierzyć. Ale taka jest prawda. Jesteście sobie w stanie w ogóle wyobrazić, że oglądacie jakiś super film, albo Wasz ulubiony serial, oglądacie, oglądacie, i nie ma żadnych reklam, ani jednej? Mega!

Ok. A teraz przejdźmy już do samego serialu. Czym jest Westworld? Serial opowiada o ogromnym parku rozrywki, w klimatach dzikiego zachodu. Możecie sobie to wyobrazić jak grę komputerową, tyle że w realu. Wchodzimy do takiego parku, i nagle znajdujemy się na dzikim zachodzie. Towarzyszą nam wszechobecne roboty, o takim stopniu zaawansowania technologicznego, że bez przekrojenia ich na połowę i zobaczenia co jest w środku, nie da się ich odróżnić od żywych ludzi. Autorzy parku powymyślali różne historie - scenariusze, w które możemy się zagłębić jako odwiedzający park. Może to być np. odnalezienie i doprowadzenie do szeryfa jakiegoś bandziora, albo wyruszenie na poszukiwanie skarbu według tajemnej mapy. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby nie wchodzić w żadną tego typu historię, i po prostu spędzić czas na miłosnych uciechach w saloonie, albo zabijaniu aktorów - robotów w rewolwerowych pojedynkach. Każdy z robotów obecnych w parku ma zaprogramowaną rolę, którą każdego dnia odgrywa. Ludzie którzy odwiedzają park, są całkowicie bezkarni, nie można ich zranić. Roboty natomiast są 'śmiertelne'. Po każdej wizycie odwiedzających, na koniec dnia, technicy zabierają i naprawiają wszystkie uszkodzone i 'zabite' postacie NPC (ang. non-player character), a następnie wkładają je z powrotem do parku, gdzie następnego dnia jak gdyby nigdy nic grają od nowa swoje role.

Więcej nie będę zdradzał, obejrzyjcie sami. Na razie powstał jeden sezon, złożony z 10 odcinków, które stanowią zamkniętą fabularnie całość. Nie wiem czy jest kręcona druga seria, nie wiem również czy są takie plany, aby nakręcić dalsze części. Ostatni odcinek kończy wszystkie rozpoczęte wątki tego sezonu, a więc fabularnie nie ma potrzeby kręcenia kolejnych odcinków, ani nawet kolejnego sezonu.

Serial posiada fantastyczną obsadę. Większości nazwisk co prawda nie kojarzę, jednak wiele twarzy wydaje mi się znajomych. Co nie zmienia faktu, że wszyscy aktorzy zagrali fenomenalnie. Jednego pana znam bardzo dobrze: główną rolę zagrał Anthony Hopkins, jako twórca i założyciel parku. Jest to jeden z moich ulubionych aktorów. Uwielbiam wszystkie filmy z jego udziałem. Za chwilę stuknie mu 80 lat, a trzyma się naprawdę całkiem nieźle. Mam wrażenie, że im jest starszy, tym gra coraz lepiej.

Jeśli zerknęliście na ocenę końcową, to wiecie już, że serial mi się podobał mega. Nie znalazłem nic, do czego mógłbym się w najmniejszym stopniu przyczepić. Najprawdopodobniej jest to najlepszy serial, jaki w życiu oglądałem. Na taką a nie inną ocenę duży wpływ ma na pewno tematyka serialu - czyli moje ulubione science fiction, dalej sam pomysł na serial, uważam że rewelacyjny. Na pewno zaczerpnięty po trochu z różnych źródeł, bo można się doszukać podobieństw chociażby do Parku Jurajskiego, albo do samych gier komputerowych w ogóle jako koncepcji. Nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia podczas oglądania. Pomysł uważam za bardzo oryginalny, wydaje mi się że nie było wcześniej czegoś takiego. Serial jest perfekcyjnie zrealizowany. Fantastyczna koncepcja filozoficzna, która stoi u podnóża serialu, ale jednocześnie ta filozofia jest podana w bardzo dyskretny sposób, absolutnie nie nachalny. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś tego serialu nie zobaczył. Zwłaszcza osoby takie jak ja, którym bliskie są klimaty science fiction. Kto jeszcze nie widział, życzę miłego oglądania.

I tym optymistycznym akcentem...

Moja ocena serialu (całego pierwszego, i jak na razie jedynego sezonu): 10/10.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Superbohaterowie a kwestia ludności cywilnej.

Ten film będzie dla nas okazją do porozmawiania na dwa tematy, jak najbardziej powiązane z tym konkretnym filmem. Jednakże, jak za chwilę zobaczycie, każdy z nich mógłby być osobnym wpisem w dziale 'Inne'. Są to: dubbing, oraz bycie superbohaterem. Tak naprawdę nie planowałem tworzyć wpisu-recenzji akurat tego filmu. Tak się akurat złożyło, że oglądałem film w wersji z polskim dubbingiem, ponieważ niestety nie za bardzo miałem inny wybór. Mogłem jeszcze wybrać wersję oryginalną, angielską, z polskimi napisami. I o ile dawniej oglądałem filmy na komputerze przede wszystkim właśnie w takich wersjach (po angielsku z polskimi napisami), to już od bardzo dawna po prostu nie mam takiej potrzeby, przez co zwyczajnie odzwyczaiłem się od czytania napisów podczas oglądania. Od pewnego czasu mam do dyspozycji oryginalne filmy i seriale, ze ścieżką dźwiękową w postaci polskiego lektora. Czytając polskie napisy naturalną siłą rzeczy nie patrzę w tym momencie na to, co się dzieje na ekranie, tracąc część przekazu. A nie znam angielskiego na tyle dobrze, żeby móc sobie pozwolić na całkowite wyłączenie napisów.

Swoją drogą, wiecie zapewne, że my Polacy jesteśmy najbardziej przyzwyczajeni właśnie do polskiego lektora. Wszystkie zagraniczne filmy i seriale, które są puszczane w polskiej telewizji, są zrobione właśnie w ten sposób. Co jest swojego rodzaju ewenementem. Z tego co kiedyś gdzieś wyczytałem, w innych krajach to właśnie dubbing jest czymś tak naturalnym, jak u nas lektor. W Polsce, ze względu na te przyzwyczajenia polskich widzów, dubbing wydaje się czymś mega nienaturalnym. Przynajmniej ja tak właśnie go odbieram, być może Wy macie odmienne odczucia. Można powiedzieć że osobiście wręcz nienawidzę dubbingu. Psuje mi on niemal całą radość z oglądania filmu. Czasami zdarzało się, że wolałem nie oglądać jakiegoś filmu, niż denerwować się oglądając wersję zdubbingowaną. Co ciekawe, o ile lektor jest dla nas Polaków czymś całkowicie normalnym i akceptowalnym, o tyle w kinie do dyspozycji mamy jedynie dwie wersje. Albo wersja oryginalna z napisami, albo dubbing. Pamiętam że filmy z serii o Harrym Potterze również były od razu dubbingowane. I z tego co mi się wydaje, chyba nie mieliśmy wyboru, musieliśmy je oglądać właśnie w wersji zdubbingowanej. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że nie zawsze mieliśmy wybór. Że kiedyś, nawet w kinie, była tylko jedna wersja danego filmu do wyboru i nie można było wybrzydzać. Dopiero od jakiegoś czasu ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby dać ludziom wybór, jaką wersję woleliby zobaczyć, z dubbingiem czy z napisami. Niestety na tą chwilę to rozwiązanie jeszcze nie działa w telewizji. Właśnie przez dubbing pierwszy film z Harrym Potterem wywołał we mnie ogromną traumę, która pozostała na długo.

A więc podsumowując wątek z dubbingiem. Czy dubbing sam w sobie jest czymś złym? Absolutnie nie. Podejrzewam że problem tkwi tylko i wyłącznie w moim olbrzymim polskim przyzwyczajeniu do lektora w filmach zagranicznych. Powiedziałbym nawet, że sam w sobie dubbing jest bardziej naturalny niż lektor, gdzie non stop słyszymy równolegle dwie ścieżki dźwiękowe, oryginalną i tłumaczenie. Filmom i serialom z dubbingiem my - Polacy - mówimy głośne i wyraźne nie.

Ok. Przejdźmy teraz do recenzji filmu, a na koniec poruszymy drugi temat poboczny - bycie superbohaterem. Widziałem wcześniej poprzednie filmy z tej samej serii, czyli o Kapitanie Ameryka oraz Avengers i szczerze mówiąc, nie wiem czy ten który aktualnie omawiamy nie był najfajniejszy z nich wszystkich. Poprzednie też się fajnie oglądało, lecz Wojnę Bohaterów odebrałem jako wyśmienity. Największy zgrzyt podczas oglądania to wspomniany już dubbing, który nie jest oczywiście winą samego filmu. Fabuła Wojny Bohaterów opiera się na tym, że starcia superbohaterów powodują najczęściej śmierć wielu niewinnych ludzi, którzy mają to nieszczęście znaleźć się akurat w pobliżu. Ludzie rządzący światem (królowie, prezydenci, politycy), pragnąc ograniczyć owe straty w ludziach (i mieniu - zniszczenie miasta), chcą zmusić superbohaterów do podpisania traktatu, w którym oddają się oni w ręce międzynarodowej instytucji, która miałaby decydować o zaangażowaniu avengersów w konflikty zbrojne. Po podpisaniu owego rozporządzenia, superbohaterowie oddaliby się dobrowolnie w ręce owej instytucji. Odtąd to właśnie ta instytucja decydowałaby w razie groźnych incydentów, czy do akcji mają się włączyć avengersi, czy też nie. Chodzi więc o odebranie wolności podejmowania decyzji (a więc również odpowiedzialności) avengersom. Połowa superbohaterów jest za podpisaniem czegoś takiego, druga połowa przeciw. I tutaj właśnie rodzi się konflikt, który jest tytułem filmu. Superbohaterowie stają do walki przeciwko sobie nawzajem.

Tak jak już wspomniałem, film mi się bardzo podobał. Pomijając ten nieszczęsny dubbing, ogląda się go bardzo dobrze. Sam pomysł na fabułę może trochę mało odkrywczy, ale cała reszta daje radę. Bardzo dobre efekty specjalne, ciekawi bohaterowie, wyborowi aktorzy, których zresztą widzieliśmy już w poprzednich filmach serii. Fajne miejscówki, dobrze wykonane walki pomiędzy bohaterami, bardzo dużo akcji. Intensywna akcja chyba przeważa czas filmu, w porównaniu do momentów, w których panuje względny spokój. Bardzo udane wprowadzenie nowych bohaterów: Czarnej Pantery, Ant-Mana, oraz Spider-Mana. Bardzo zabawne dialogi tego ostatniego :) Wydaje mi się (nie sprawdzałem tego) że aktor grający Spider-Mana nie był tym samym, który grał tę postać w oryginalnych filmach ze Spider-Manem. Tutaj wielka szkoda.

Przy okazji na koniec powiem Wam jeszcze, kto jest moim ulubionym aktorem. Tutaj podejrzewam że nie będzie wielkiego zaskoczenia :) Mam dwóch swoich ulubionych superbohaterów, a konkretnie superbohaterki. Scarlett Johansson w roli Czarnej Wdowy, oraz Elizabeth Olsen w roli Scarlet Witch. Ta ostatnia chyba nawet bardziej, ze względu na jej supermoce. Sam chciałbym dysponować takimi mocami. I w ten sposób płynnie przechodzimy do drugiego z tematów pobocznych, czyli...

Bycie superbohaterem.

Chcieliście być kiedyś superbohaterem? Mieć jakieś fajne supermoce, pomagać ludziom w potrzebie, ratować świat? Ja chciałem. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, bardzo chciałem mieć jakieś supermoce. Ba, często wyobrażałem sobie, że rzeczywiście posiadam jakieś supermoce. Że jestem wyjątkowy, że potrafię zmieniać świat. Później mi to przeszło, dorastając zapomniałem o chęci bycia superbohaterem.

A jak jest dzisiaj? Dzisiaj jestem dorosłym facetem. Mam 32 lata, ale fakt ten w ogóle nie przeszkadza mi się nadal jarać filmami o superbohaterach z komiksów Marvela. Co więcej, znacie mnie i wiecie, że jestem bardzo religijny, podejrzewam że dużo bardziej niż przeciętny człowiek. Jeżeli dodatkowo trochę bardziej niż przeciętni ludzie znacie Nowy Testament, to wiecie, jakie rzeczy potrafią robić chrześcijanie [przynajmniej teoretycznie... :)]. Ewangelia wg św. Marka, rozdział 16, wersety 17-18.

"Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie»."

No właśnie :) I teraz możecie mi wierzyć lub nie. Ale ja naprawdę wierzę, że takie rzeczy są możliwe. Nie jestem co prawda pewien, czy takie rzeczy można robić swoją własną (super)mocą, czy może tylko mocą Bożą. Znam dość dobrze Pismo, zwłaszcza wszystkie ewangelie, a mimo to nie jest to dla mnie takie oczywiste. Natomiast nie ma to akurat tutaj znaczenia. Przyjmijmy że te rzeczy można czynić nie swoją własną mocą, a mocą pochodzącą od Boga. Czyli że jak położę ręce na osobę chorą, to nie ja, ale Bóg tą osobę uzdrowi, za moim pośrednictwem.

Jak dotąd jeszcze nie udało mi się w życiu nikogo uzdrowić. Chociaż w sumie nigdy nie próbowałem kłaść na kimś rąk. Bo jeśli nie jest się pewnym na 100%, że osoba chora zostanie uzdrowiona, a ponadto ma się świadomość, że coś takiego nie jest za bardzo racjonalne, to się tego nie robi. Kiedyś próbowałem w ten sposób uzdrowić maleńkiego kotka, zmarzniętego na kość i z tego powodu ledwo żywego. Niestety bez skutku. Kotek zdechł.

Mimo to wierzę, że takie rzeczy są możliwe. Ale to już jest kwestia wyłącznie mojej religijności i głębokiej wiary.

I tym optymistycznym akcentem...

Moja ocena filmu: 8/10

Cytaty:

- Dlaczego to robisz? Muszę wiedzieć co cię napędza, dlaczego zwlekasz się co rano z wyrka.
- Jeśli potrafisz robić takie rzeczy jak ja, a nie robisz nic, to kiedy dzieje się coś złego, to wtedy to jest twoja wina.
(rozmowa Iron-Mana ze Spider-Manem)

Bang Gang

O seksie :)

Dzisiaj opowiemy sobie pokrótce o pewnym niszowym filmie, którego najprawdopodobniej nie zobaczycie w żadnej z sieci 'dużych' kin dla masowego odbiorcy. To będzie taka minirecenzja, bo uważam trochę za bez sensowne rozpisywać się na temat gier czy filmów. Kiedyś namiętnie czytałem od deski do deski magazyny o grach komputerowych, zamiast samemu w nie grać. Zamiast samemu rozkoszować się życiem, próbować w życiu różnych rzeczy, wolałem czytać bądź słuchać jak robią to inni. Ostatnio zdarzyło mi się usłyszeć od kolegi z pracy, że obejrzał na youtube cały gameplay Wiedźmina 3 od początku do końca :) i się zachwycał fantastycznie poprowadzoną fabułą. Dzisiaj już nie sprawia mi takiej radości czytanie o grach. W pewnym momencie życia po prostu przestałem czytać, a zacząłem grać. Na jednej z półek w moim pokoju nadal leżą jakieś nieprzeczytane numery cd-action. Ten kolega z pracy jest ode mnie sporo młodszy. Być może do pewnych rzeczy po prostu trzeba dorosnąć, a z innych się zwyczajnie wyrasta.

I myślę że z filmami jest podobnie. Dlatego dzisiaj będzie krótko i na temat. Nie licząc tego wstępu... :)

Na film Bang Gang wybrałem się do Dolnośląskiego Centrum Filmowego (DCF). I przy tej okazji muszę napisać kilka zdań :) Byłem w tym kinie po raz pierwszy w życiu. Wcześniej we Wrocławiu byłem raz w Multikinie w Pasażu Grunwaldzkim, i raz w Nowych Horyzontach. Obydwa te kina są do siebie bardzo podobne. Multikino chyba wygląda dokładnie tak samo w każdym miejscu na świecie. A że zapewne większość z was była przynajmniej raz w życiu w multikinie, to nie będziemy się rozpisywać odnośnie jego wyglądu. Kino jak kino, nastawione na masówkę, dla mnie osobiście jest ok, podoba mi się wystrój, fotele są wygodne, czasami śmierdzi popcornem, którego osobiście nie jadam. W Nowych Horyzontach jest nieco fajniej. Na pewno fajniejsza jest przestrzeń poza salami, sama architektura budynku. Fajne są schody prowadzące na wyższe piętra, a w połowie schodów lub na dole jest stoisko z planszówkami. Można przyjść ze znajomymi, wypożyczyć coś i sobie wygodnie pograć na dużym stole.

Natomiast DCF to już całkiem inna bajka. Całe kino jest schowane nieco w głębi między dwoma wysokimi budynkami, także od ulicy go w zasadzie nie widać. Już nawet po samym repertuarze kina widać, że nie jest ono nastawione na masowego odbiorcę. W DCF-ie można zobaczyć wiele filmów, których nie zobaczymy w żadnym innym kinie. Budynek jest mniejszy, i w ogóle wszystko wydaje się jakieś takie bardziej nastrojowe niż w tych 'dużych' kinach. Lubię takie klimaty. Natomiast jak już wszedłem do sali w której mieli wyświetlać mój film, i zobaczyłem wielkość ekranu, to o mało nie wybuchnąłem śmiechem :) Ekran miał rozmiar tak 'na oko' czterech telewizorów 40-calowych. Telewizor 40-calowy wydaje się być dużym telewizorem. A co dopiero jeśli przystawimy cztery takie telewizory obok siebie. Ale uwierzcie mi, że jeśli zobaczylibyście w kinie ekran takich rozmiarów, to na waszych twarzach również pojawiłby się uśmiech :) A jeszcze muszą przyznać, że pan na recepcji, w momencie gdy kupowałem bilet i wybierałem miejsce, poinformował mnie, że sala jest mała, i lepiej się ogląda siedząc z przodu. Ale kto by mu tam wierzył. Przecież wszyscy doskonale wiedzą, że w kinie najlepiej siedzi się z tyłu. Z przodu siedzi się bez sensownie, bo nie dość że trzeba mieć głowę cały czas skierowaną do góry, to jeszcze trzeba nią nieustannie kręcić w lewo i prawo, bo nie da się ogarnąć wzrokiem całego ekranu.

Nic sobie nie robiąc z ostrzeżeń, wybrałem sobie miejsce na samym końcu sali. Dobrze że frekwencja na filmie nie była zbyt wielka, i mogłem się bez problemu przesiąść na sam przód. Oglądanie filmu z końca sali na tak 'ogromnym' ekranie miałoby mniej więcej tyle sensu, co oglądanie meczu piłki nożnej z końca 10-metrowego pokoju na 14-calowym telewizorku, umieszczonym po przeciwległej stronie. Z trzeciego rzędu natomiast film oglądało mi się zupełnie komfortowo.

A teraz już przejdźmy wreszcie do samego filmu, bo miało być krótko i na temat... :) Przede wszystkim na samym wstępie trzeba powiedzieć, że jest to film francuski. Przed pójściem do kina obejrzałem sobie trailer filmu, i być może nawet przeczytałem jakiś krótki opis, ale akurat ta informacja jakoś do mnie nie dotarła albo ją po prostu przeoczyłem. Gdybym był tego świadomy, na pewno bym się na ten film nie zdecydował. Nie lubię francuskich filmów. I to nie lubię bardzo :). Filmy pochodzące z danego kraju są zrobione w pewien specyficzny sposób. Inne jest kino francuskie, inne amerykańskie, a inne polskie, itd. Widziałem już w życiu kilkanaście filmów francuskich, i naprawdę nie jestem w stanie się przekonać do tego kina. Podobnie jak np. do niemieckiego. Nie cierpię oglądać francuskich i niemieckich filmów. Oglądanie takie sprawia mi ból :). W zasadzie to lubię oglądać chyba tylko filmy polskie (te zwłaszcza od kilku ostatnich lat, bo kiedyś tak nie było) i amerykańskie. Idąc do kina na Bang Gang, wiedziałem że będzie to film niszowy, natomiast miałem nadzieję, że być może okaże się być dobry. Nie jest to dobry film. Co najwyżej nieco powyżej przeciętny. Obejrzeć można, ale absolutnie nic nie tracicie, jeśli go nie zobaczycie. Film przedstawia historię kilkunastu nastolatków: ich życie, ich problemy, rozterki wieku dorastania. W głowach bohaterów pojawia się pomysł organizacji cotygodniowych orgii seksualnych w domu jednego z nich. Fajna gra niektórych aktorów, ale absolutnie nic odkrywczego. Podobała mi się dziewczyna którą widzicie powyżej - jedna z głównych bohaterek - Marilyn Lima - jako George, zagrała ciekawą rolę, i jest bardzo ładną dziewczyną. No i fajnie że wszystko się dobrze skończyło, dokładnie tak jak bym sobie tego życzył :)

Moja ocena: 5/10

Interstellar

O życiu pozaziemskim, czyli fantastyka w najlepszym wydaniu.

Miałem ostatnio trochę wolnego czasu, i udało mi się obejrzeć dwa filmy. Pierwszy na komputerze, drugi w kinie. Pierwszy był dobry, wręcz rewelacyjny, drugi niestety taki sobie.

A propo, w tym miejscu zrobimy małą dygresję, odnośnie tego czy oglądać filmy w domu w telewizji/na komputerze, czy też w kinie. Osobiście jakiś czas temu bardzo zawiodłem się będąc w kinie, i to kilka razy pod rząd. Kino mimo wszystko nie jest miejscem, gdzie chodzę codziennie, dlatego jeśli już się tam wybiorę, to nastawiam się że film będzie co najmniej dobry. W domu zwykle oglądam filmy za darmo, i mogę to zrobić w zasadzie w dowolnej chwili, w ciszy, rozsiadając się wygodnie w fotelu, z kubkiem gorącej herbaty w ręce. W kinie za obejrzenie filmu muszę zapłacić, i to moim zdaniem nie mało, fotele nie są jakieś mega wygodne, wokół jest zazwyczaj dużo ludzi, i nie mogę zrobić pauzy w dowolnym momencie jak mi się np. zachce siusiu. Dlatego szczerze mówiąc wolę oglądać filmy w domu. Do kina chodzę już teraz tylko i wyłącznie na filmy, które warto obejrzeć w kinie, na dużym ekranie, i z fajnym przestrzennym dźwiękiem. Chociaż na dzień dzisiejszy w domu na moim biurku stoi 28-calowy monitor samsunga, w połączeniu z jednymi z najlepszych głośników komputerowych, jakie tylko są obecnie dostępne na rynku. Oglądanie filmów na czymś takim jest naprawdę równie przyjemne jak w kinie, jeśli nie nawet przyjemniejsze. Jak się ma w domu taki sprzęt, to chodzenie do kina naprawdę staje się niemal zupełnie zbędne i pozbawione sensu.

Pierwszy z filmów, ten który oglądałem w domowym zaciszu, to Interstellar. Jakiś czas temu było o nim głośno, pamiętam że widziałem w telewizji jego zwiastuny. W dwóch słowach chodzi o to, że życie na planecie Ziemia dobiega końca, i jedynym ratunkiem na przetrwanie ludzkości jest znaleźć sobie jakieś inne miejsce we wszechświecie, na którym moglibyśmy zamieszkać. Życie obraca się wokół roślin. Jeśli nie ma roślin, zwierzęta wyginą bo nie mają co jeść, a jeśli nie będzie ani roślin ani zwierząt, z powodu głodu wyginie również gatunek ludzki. Na wszystkie po kolei gatunki roślin przychodzi jakaś nieznana zaraza. Zbiera się grupa kilku ludzi, którzy wyruszają w statku kosmicznym na poszukiwanie nowego miejsca we wszechświecie, które będzie się nadawało do zamieszkania przez ludzkość.

Reszty nie zdradzam, żeby nikomu nie popsuć przyjemności z oglądania. Powiem tylko że zasadniczo nie jest to film fantastyczny, niemal wszystko co się wydarza na ekranie, mogłoby się wydarzyć już dzisiaj w rzeczywistości. Pojawiają się oczywiście motywy fantastyczne, ale jest ich niewiele, jak również wątki filozoficzno-religijne. Jest to jeden z najlepszych filmów jakie widziałem w życiu. Oglądało mi się go bardzo dobrze, i z przyjemnością na pewno jeszcze nie raz go obejrzę. Film jest fantastycznie zrobiony, ma bardzo dobrą grę aktorską u niepowtarzalną fabułę. Pomysł na zakończenie uważam za bardzo dobry, nie spodziewałem się tego co zobaczyłem na ekranie. Samo wykonanie zakończenie troszkę mniej mi przypadło do gustu, na pewno można je było zrobić troszkę inaczej. Ale autorzy wymyślili sobie właśnie takie a nie inne, i ja to szanuję.

Podsumowując, film jest genialny, i jeśli tylko kogoś interesują tematy naukowo-filozoficzno-religijno-fantastyczne, to nie wyobrażam sobie żeby tego filmu nie obejrzeć.

Moja ocena: 9+/10

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

-Niech moc będzie z Wami! [-I z Duchem Twoim! (odpowiedział lud)]

Do kina natomiast wybrałem się na Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. W zasadzie jak w każdym filmie z serii Star Wars, tutaj również chodzi o walkę dobra i zła. Ci źli planują przejąć kontrolę nad dobrymi i nad całym światem, a ci dobrzy starają się im w tym przeszkodzić. Pojawia się nowa postać, młoda dziewczyna, w której okazuje się że ‚moc jest silna’. Dziewczę spotyka robota, później Hana Solo i jego zwierzę, no i ogólnie akcja zmierza do tego, żeby przeszkodzić złym w zniszczeniu dobrych.

Przy tej okazji przeczytałem sobie opisy fabuły wszystkich filmów z uniwersum Star Wars na Wikipedii. A jest tego w cholerę i jeszcze trochę. I doszedłem do wniosku, że te Gwiezdne Wojny to taka trochę Moda na sukces, tylko że akcja się dzieje w kosmosie. Połapać się w tym wszystkim na trzeźwo nie sposób. Jest jakaś tam księżniczka Leia, która się zakochuje w Hansie Solo, mają dzieci, ale te dzieci zostają adoptowane, jest Luke Skywalker, który ma siostrę, i który przechodzi na ciemną stronę mocy, ale który wcześniej zanim tam przeszedł, to miał z kimś tam dwójkę dzieci. I później te dzieciaki gdy dorastają to walczą przeciwko własnemu ojcu. I tak dalej, i tak dalej. Normalnie Moda na sukces.

Ale wróćmy do Przebudzenia Mocy. Poszedłem do kina, bo miałem nadzieję na bardzo dobre efekty specjalne, dużo niesamowitej akcji, fantastycznie opowiedzianą fabułę. Niby wszystko to było, były efekty, była akcja, była jakaś tam fabuła. Ale wszystko to było tak mniej więcej na poziomie ‚po prostu ok’, ‚nic nadzwyczajnego’. Nie zaparło mi tchu, gdy pojawiły się napisy końcowe, to nie miałem wrażenia, że właśnie obejrzałem coś niesamowitego. Ot – kolejny dobrze zrobiony film, z akcją osadzoną w kosmosie. Ale nic poza tym. Troszkę się chyba zawiodłem – po raz kolejny będąc w kinie. Pierwszy z omawianych filmów, moim zdaniem, jest dużo lepszy od tego drugiego.

Podsumowując: osobiście nie polecam pójścia do kina. Niczego nie stracicie jeśli go nie zobaczycie. Ale jak ktoś ma ochotę, to czemu nie.

Moja ocena: 6+/10

Hercules

Narodzony z niewiasty Boży Syn, niczym Jezus z Nazaretu przemierza świat wzdłuż i wszerz, czyniąc dobro wszelkiemu stworzeniu.

Może od razu napiszę, że film jest dobry. W zasadzie wszystko mi się podobało, nie mam się właściwie do czego przyczepić. Film jest dobrze zrobiony, fajne efekty specjalne, wyraziści bohaterowie z własną osobowością. Ogląda się bardzo dobrze, a nawet pozostaje mały niedosyt, po zakończeniu miałem ochotę na więcej tego samego.

Autorzy podeszli w nowatorski sposób do fabuły. Nie ma tutaj przedstawionych 12 prac Herculesa, a jedynie ich urywki. Gdyby w ten sam sposób w jaki zrobiono omawiany przez nas film, został zrobiony prequel, oparty tylko i wyłącznie na słynnych 12 pracach, podejrzewam że taki film oglądałoby się równie dobrze, a może i jeszcze lepiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z formułą, jakoby Herculesowi towarzyszyła cała drużyna, złożona z sześciu osób. Najczęściej w filmach o Herculesie bohater podróżował wyłącznie z jednym przyjacielem. Dzięki wprowadzeniu dodatkowych bohaterów moim zdaniem film zyskał bardzo dużo na różnorodności. A jednocześnie ta zmiana nie burzy totalnie obrazu Herculesa jaki mamy w swoich głowach, stworzony przez poprzednie filmy, książki, seriale, legendy, Wikipedię, itp :)

Bohater stracił rodzinę (więcej nie powiem, żeby nie spoilerować), i teraz podróżuje po świecie, stara się pomagać ludziom, zabija potwory za pieniądze. Trochę jak Wiedźmin Sapkowskiego :) Hercules również ma nadludzką siłę, w pewnym okresie swojego życia wykonał słynne 12 prac. Podczas podróży po świecie skompletował sobie 6-osobową drużynę, która teraz podróżuje i walczy wraz z nim. Zostaje wynajęty przez króla Tracji, najpierw w celu obrony mieszkańców przed armią nieumarłych (?), a następnie aby wyszkolić armię króla.

A tak przy okazji; zauważyliście że osoba Herculesa jest jakoś tak dziwnie podobna do naszego Jezusa? :) Ojcem pierwszego jest Bóg Zeus, drugiego Bóg Jahwe, matką ziemianka Alkmena, w drugim przypadku Maryja. Oboje są więc pół-bogami, pół-ludźmi, dzięki czemu są obdarzeni nadludzkimi mocami. Oboje są bohaterami pozytywnymi, nawet bardzo podobnymi, oboje wędrują po świecie, pomagają ludziom. Przypadek? Nie sądzę :)

Podsumowując. Jeśli nie widzieliście, a będziecie mieli okazję, obejrzyjcie, najlepiej w domu na spokojnie, wieczorem, na dużym telewizorze, z popcornem pod ręką. Dobry film, bardzo przyjemnie się ogląda, polecam.

Moja ocena: 9/10.

P.S. 10 punktów zostawiam sobie na film, który mną w jakiś sposób wstrząśnie. Taki, po obejrzeniu którego jeszcze przez minutę będę zbierał szczękę z podłogi. Takie filmy istnieją, już kilka takich w życiu widziałem. Także prędzej czy później znowu nam się taki przytrafi, a wówczas bez najmniejszych oporów postawimy pierwszą dziesiątkę na tym blogu :)

Rodzina Borgiów

Absolutne 'must watch' dla wszystkich katolików. Zwłaszcza w Polsce :)

Tym razem opowiemy sobie trochę na temat serialu, bo tak się złożyło że akurat skończyłem ostatni, trzeci sezon. Oglądałem jeden odcinek dziennie, wszystkie trzy sezony bez przerwy, co już świadczy bardzo dobrze o serialu. Nie nudziłem się, ani razu nie miałem myśli, że oglądając kolejny odcinek tracę czas, co więcej, już po 3-4 pierwszych odcinkach wciągnąłem się na tyle, że na drugi dzień naprawdę miałem ochotę zobaczyć kolejny, i tak było już do samego końca.

Serial jest bardzo dobrze zrobiony. Tak jak Wam pisałem w poprzednim poście, obejrzałem już w życiu niezliczoną ilość filmów i seriali, co wyrobiło we mnie jakiś taki zmysł odróżniania ‚dobra od zła’ :) w sensie dobrego od złego filmu/serialu. Potrafię w 10-15 minut ocenić (wyczuć), czy film jest dobry, czy może do niczego. Rodzina Borgiów należy do tych dobrych, dobrze się go ogląda przez wszystkie trzy sezony. Ma bardzo wyrazistych bohaterów, opowiada ciekawą historię, przełamuje tabu na temat papieża, biskupów i dziejów Kościoła.

No właśnie, fabuła. To właśnie ona wyróżnia ten serial i jest tym, co przyciąga do niego widzów. Właściwie już po obejrzeniu całości zajrzałem sobie do Wikipedii, byłem ciekawy czy serial jest oparty na prawdziwych wydarzeniach, czy może wszystko jest fikcją scenarzystów. Okazało się, ku mojej uciesze :), że serial jest oparty na faktach, dużo treści jest na pewno fikcyjnych i zbudowanych po to, żeby serial się dobrze oglądało. Ale sama podstawa jest jak najbardziej prawdziwa i ma odzwierciedlenie w historii. Napisałem ‚ku mojej uciesze’, bo chrześcijanie, zwłaszcza ci prawdziwi, religijni, ale ci nieprawdziwi również, traktują papieży, biskupów i księży jak osoby święte, nieskazitelnie czyste i dobre. Podczas gdy są oni zwykłymi ludźmi, tak jak każdy inny normalny człowiek, co zostało dobitnie pokazane w serialu. Niestety ci chrześcijanie najprawdopodobniej nie obejrzą serialu (a szkoda), a nawet jeśli, to i tak potraktują go jako czystą fikcję.

Tymczasem Wikipedia mówi nam, że rzeczywiście mieliśmy takiego papieża w dziejach Kościoła, który miał kilkoro dzieci, i to z różnymi kobietami, który nie brzydził się łapówkami, dążył do władzy za wszelką cenę, przekupstwa, intrygi, zabójstwa, wszystko to na porządku dziennym.

Jak sobie patrzę nieraz na dzisiejszych proboszczów i biskupów, to wydaje mi się, że zbyt wiele to się niestety nie zmieniło od czasów ukazanych w serialu. To tak tytułem podsumowania :)

Jak macie okazję to zobaczcie, chociaż kilka odcinków, myślę że Wam się spodoba, zwłaszcza jeśli ktoś lubi takie klimaty, średniowieczno-kościelne.

Moja ocena całości: 7+/10.

Ex Machina

Czy kiedy odłączamy komputer od prądu, to on umiera?

Witajcie :)

Pomysł na bloga filmowego pojawił się w mojej głowie bardzo niespodziewanie, ot tak, znikąd, bodajże dwa dni temu. Jak zapewne większość z was, obejrzałem już w życiu jakąś niewyobrażalną ilość filmów i seriali, co pozwoliło mi wyrobić w sobie pewien specyficzny gust filmowy. Gdybym przypadkiem nie mógł znaleźć pracy kiedyś tam w przyszłości, myślę że spokojnie mógłbym zostać wielkiej sławy krytykiem filmowym. Biorąc pod uwagę fakt, że oglądanie filmów i seriali nadal sprawia mi przyjemność, postanowiłem spróbować poprowadzić coś takiego jak blog filmowy. Będziemy sobie dywagować na tematy filmowo-serialowe, telewizyjno-kinowe, być może od czasu do czasu pojawią się wątki teatralne. Ale dość już wstępów, przejdźmy do meritum :)

Zdarzyło się dnia wczorajszego, że byłem w Poznaniu i miałem jakieś 3-4 godziny wolnego czasu. 3-4 godziny to zbyt dużo żeby je przesiedzieć tak po prostu gdzieś na ławce w parku, tym bardziej że było zimno i padał deszcz. Zbyt dużo również żeby je przesiedzieć w jakiejś knajpie bezczynnie samemu. Zdecydowałem się więc na kino. Co wcale nie jest takim oczywistym wyborem, bo kilka miesięcy temu byłem w kinie i okrutnie się zawiodłem na filmie, straciłem kasę (uważam że 25 zł za możliwość obejrzenia jednego filmu to nie jest tanio), i powiedziałem sobie że nigdy więcej nie pójdę do kina. Spodziewałem się wtedy naprawdę dobrego filmu, nastawiłem się bardzo pozytywnie już od samego rana, a film był porażką.

No ale minęło tych kilka miesięcy od tamtego dnia, i chyba zdążyłem zapomnieć na tyle, że nie mając kompletnie co ze sobą począć przez 4 godziny, zdecydowałem się na kino. Mały rekonesans dzień przed wyjazdem do Poznania, i wybór padł na Ex Machina. Od razu napiszę, że film mi się na szczęście podobał, co lekko odbudowało moją nadszarpniętą wiarę w sens chodzenia do kina :) Na całej ogromnej sali kinowej razem ze mną licząc było osób 10. Ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić, bo zdarza mi się to jakoś dziwnie często, chyba im jestem starszy tym częściej. Na tym filmie o którym pisałem wyżej, na którym się zawiodłem, było osób 3. Razem ze mną.

Ex Machina. Dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem, po obejrzeniu trailera dzień wcześniej. Nic nie słyszałem o tym filmie, nikt mi go nie polecał, po prostu obejrzałem trailery wszystkich granych obecnie filmów, i padło właśnie na ten. Nastawiłem się na film bardzo spokojny, w którym nie dużo się dzieje, ale który nadrabia dialogami i fabułą, dobrym pomysłem. Przyznam że takie filmy lubię najbardziej, filozoficzno-psychologiczne, fantastyczno-naukowe. W filmie nie działo się absolutnie nic, zero akcji. Pomysł na film niby też nie jest nowy – czy maszyna może być zdolna do myślenia i odczuwania tak jak człowiek, czy wyłączając taką maszynę sprawiamy, że umiera. Były już filmy oparte na tym pomyśle, co wcale nie przeszkadzało mi w oglądaniu.

Film jest zrobiony dobrze. A dobrze zrobione filmy dobrze się ogląda, niezależnie od tematyki jaką poruszają. Ma mocnych, wyrazistych bohaterów, bardzo dobry pomysł na fabułę (pomimo nieinnowacyjności), stawia widza przed niezwykle ciekawą, bardzo aktualną i istotną kwestią. Żyjemy w takim momencie rozwoju technologicznego, że pytanie stawiane przez autorów filmu już niedługo może stanąć przed nami jak najbardziej realne. Maszyny są z roku na rok coraz bardziej zaawansowane technologicznie, a z drugiej strony ich twórcy nieraz starają się je upodobnić do ludzi w kwestii zachowania i sposobu myślenia. Łatwo jest już sobie wyobrazić również jakiegoś rodzaju połączenie człowieka i maszyny, np. w celach medycznych, zastępowanie chorych narządów ciała człowieka sztucznym urządzeniem.

Czym jest życie? Czy sztuczna inteligencja będzie kiedyś potrafiła myśleć i odczuwać tak jak człowiek? Czy będzie samoświadoma swojego istnienia i tego czym jest? Co wówczas będzie odróżniało taką maszynę od człowieka? Czy jej wyłączenie nie będzie równoznaczne ze śmiercią, a więc zabiciem?

Polecam bardzo.

Moja ocena: 9/10.

P.S. Następne wpisy powinny być już krótsze :) Ten jest tak długi, bo jest pierwszy.