Thief

What's yours is mine.

Pewnie o tym nie wiecie, ale strasznie ciężko jest blogerowi zabrać się i zacząć pisać niemal każdy nowy post. Jak już się zacznie, to słowa jakoś tak same z siebie wychodzą. Ale samo rozpoczęcie pisania nowego posta zajmuje nieraz naprawdę dużo czasu. Dzisiaj ponownie nie wiedząc jak zacząć, przeczytałem sobie pierwszy wpis w tej kategorii. Pisałem tam, że na tym blogu nie będzie takich typowych standardowych recenzji bo najważniejsze będą dla nas same doznania płynące z obcowania z danym tytułem. Ta zasada jest nadal aktualna, nie wycofujemy się z niej. Ale tak sobie myślę, bazując już trochę na doświadczeniu tych pięciu poprzednich recenzji, że opisywanie tylko i wyłącznie emocji jakie dostarcza gra, może być po pierwsze trochę nudne, po drugie te nasze recenzje będą nie zbyt długie, no bo ileż można pisać o doznaniach, a po trzecie dążymy jednak do jakiejś tam doskonałości, do tego aby te nasze recenzje były coraz lepsze, żeby coraz lepiej się je czytało. Dzisiaj będzie więc taka recenzja z prawdziwego zdarzenia, taka jakiej nie powstydziliby się redaktorzy najlepszych czasopism i portali o grach komputerowych. Ta dzisiejsza recenzja będzie najlepszą recenzją ever, spośród tych dotychczasowych. No to zacznijmy.

Gra którą dzisiaj recenzujemy ujrzała światło dzienne w roku 2014 i jest tzw. rebootem serii, z tego co wyczytałem w sieci. Słowo 'reboot' oznacza tak jakby restart całej serii, czyli opowiedzenie danej historii zupełnie na nowo. Ten sam bohater, ten sam świat, może być nawet ta sama fabuła co we wcześniejszym oryginale, ale przedstawiona w zupełnie inny, nowy, świeży sposób. Bardzo dobrym przykładem takiego rebootu jest też nowy Tomb Raider, zrecenzowany w poprzednim wpisie. Nigdy nie miałem okazji zagrać w poprzednie trzy gry z serii Thief. Tak więc ta recenzja jest pisana z perspektywy osoby, która zetknęła się z tą serią po raz pierwszy w życiu, siłą rzeczy nie będziemy więc oceniali tej gry mając z tyłu głowy poprzednie części. Uruchamiając grę po raz pierwszy, nie miałem do niej absolutnie żadnych uprzedzeń, ani absolutnie żadnych oczekiwań. Zresztą dokładnie takie samo podejście mam przy większości tytułów, które rozpoczynam. Wiedziałem mniej więcej, jaki to jest gatunek, a więc czego mogę się spodziewać po gameplayu. Okazało się, że jest to jedna z fajniejszych gier, w jakie grałem w życiu. Pisząc tę recenzję, mam za sobą całą kampanię dla pojedynczego gracza, której przejście zajęło mi niecałe 20 godzin. Dwa dni temu rozpocząłem zadanka poboczne. Tutaj taka mała dygresja. W moim życiu wszystko dzieje się o wiele wolniej, niż u normalnego człowieka. Z przechodzeniem gier komputerowych jest dokładnie tak samo. Jest taka strona w Internecie: https://howlongtobeat.com/. Można sobie tam zobaczyć, ile czasu zajęło innym ludziom ukończenie danej gry. No więc mnie ukończenie danej gry zajmuje zasadniczo zawsze dwa razy dłużej, niż innym ludziom. Ja sobie to tłumaczę w ten sposób, że wynika to z mojego staroświeckiego podejścia nie tylko do gier, ale w ogóle do życia i do wszystkich życiowych aktywności. To jest 'smakowanie życia', 'kosztowanie życia', napawanie się tym życiem, modny dzisiaj tzw. 'slow life', czyli pogląd, w którym nie chodzi o to, żeby jak najszybciej przeżyć życie, tylko żeby cieszyć się tym życiem odrobinę dłużej, żeby przyglądać się życiu, zatrzymać się i podziwiać piękno tego świata. No więc ja dokładnie tak samo podchodzę do grania. Grając, nie chodzi mi o to, żeby jak najszybciej i jak najintensywniej przejść dany tytuł, ale żeby się nim rozkoszować, jakkolwiek to brzmi.

Jak widzicie, znowu nie udało mi się stworzyć tekstu bez wplątywania w niego dygresji i mojej filozofii życiowej, no ale trudno, widocznie na tym blogu inaczej się nie da. Gra posiada kilka poziomów trudności. I tutaj kolejna dygresja: najczęściej wybieram poziom najłatwiejszy. Wynika to z tego, że gra ma być dla mnie przyjemnością, a nie męczarnią. Zwykle odpalam grę bardzo późno po zmroku (nienawidzę grać gdy jest jasno w pomieszczeniu), na godzinę-dwie przed snem. Jeśli ginę po raz dziesiąty dokładnie w tym samym miejscu, i jeśli jeszcze muszę przez to powtarzać po raz dziesiąty ten sam fragment rozgrywki, to zaczynam się denerwować. Kilka gier w moim życiu zostało odinstalowanych z dysku właśnie z tego powodu, że miały zbyt wysoki poziom trudności i nie było możliwości go zmniejszyć, a ja nie jestem masochistą, zwłaszcza na godzinę przed pójściem spać, po całym dniu ciężkiej, wytężonej pracy umysłowej. Na najłatwiejszym poziomie trudności gra w Thiefa jest nadal bardzo przyjemna i satysfakcjonująca. Zdarzało mi się ginąć mniej więcej 2-3 razy w ciągu dnia, czyli powiedzmy że średnio raz na godzinę grania. Wyższe poziomy trudności polegają na zmniejszeniu dostępnego ekwipunku oraz możliwości ułatwiania sobie rozgrywki na różne sposoby, o których za chwilę. Nie wiem czy również wyższym poziomem sztucznej inteligencji wrogów, nie sprawdzałem.

Menu gry jest bardzo dobrze zaprojektowane i wykonane, nie miałem żadnych problemów żeby się w nim odnaleźć. Mamy w nim do wyboru kontynuację gry od ostatniego punktu zapisu, rozpoczęcie nowej gry od początku, challenge mode, czymkolwiek on jest, leaderboards, czyli tablicę z najlepszymi wynikami innych graczy, opcje, w których możemy np. włączać lub wyłączać widoczność poszczególnych elementów interfejsu, albo dostosowywać poziom trudności gry do własnych potrzeb, informacje na temat autorów, w tym przypadku studia Square Enix, a także benchmark, czyli test sprawdzający wydajność komputera stworzony na bazie gry. Fajne jest również to, że na głównym ekranie gry od razu po odpaleniu mamy informację, ile czasu spędziliśmy w grze jak dotąd, kiedy dokładnie był zrobiony ostatni zapis, oraz na jakim poziomie trudności gramy. Wiele innych gier podaje też procent ukończenia pozycji, ale akurat dla mnie podawanie tych procentów bardzo często jest trochę bez sensu, bo jest to procent ukończenia całej gry, a więc nie tylko głównej linii fabularnej, ale również wszystkich zadań pobocznych, odnalezienia wszystkich ukrytych skarbów, itd. Akurat dla mnie jest to bez sensu, bo mnie zwykle interesuje tylko główna fabuła w grze.

Przyjrzyjmy się teraz temu, co widać na ekranie, oraz dostępnej klawiszologii (w moim przypadku - przyciskologii). Elementy interfejsu zajmują bardzo niewiele miejsca. To dobrze, bo całą resztę zajmuje sama gra i można się skupić na tym, co dzieje się na ekranie. W lewym dolnym rogu mamy kółeczko informujące o tym, czy nasza postać jest obecnie ukryta w cieniu, czy w świetle. Gdy postać jest w cieniu, wrogowie będą mieli o wiele większy problem żeby ją dostrzec. W świetle lampy, świecy czy pochodni postać jest od razu widoczna jak na dłoni. Kółko widoczności otacza wskaźnik poziomu życia oraz wskaźnik poziomu koncentracji, o której więcej za chwilę. Po prawej stronie mamy aktualnie wybrany rodzaj strzał do łuku, który jest w tej grze podstawową bronią, oraz liczbę tych strzał. Można sobie dodatkowo włączyć jednym przyciskiem niewielką mapkę terenu, z której ja osobiście nie korzystałem prawie w ogóle, bo wydawała mi się bardzo mało pomocna, właśnie ze względu na swój rozmiar, a po drugie w zasadzie ani razu nie miałem potrzeby z niej korzystania. Ponadto widzimy również punkcik, w którym należy podążać aby dotrzeć do celu, oraz odległość (chyba w metrach) jaka nas od niego dzieli.

Nie pisałem jeszcze o tym, że całą grę przechodziłem na konsoli PS3, a więc zamiast klawiszologii mamy przyciskologię. Pad od PS3 sprawdza się tutaj zupełnie przyzwoicie, grało mi się całkiem komfortowo, nie czułem żadnego dyskomfortu. Jedyne do czego można się przyczepić, to wykorzystanie klawiszy L3 oraz R3, czyli przyciskanie gałek w celu przykucnięcia/wstania oraz celowania. Przyciski te wykorzystuje się dosyć często, a ich osobiście uważam że ich przyciskanie nie należy do najwygodniejszych. Ale po pierwsze nie jest to absolutnie wina twórców gier, że korzystają z możliwości, które dało im Sony projektując pada, a po drugie można się do tego przyzwyczaić. Pamiętam jak kiedyś w jakiejś grze bodajże z serii Call of duty przyciśnięcie gałki zmieniało tryb z chodzenia na bieganie. Było to bardzo niewygodne, wręcz wkurzające. W Thiefie da się przeżyć. Poza tym jest raczej standardowo, wybór strzały jednym przyciskiem plus gałką, strzelanie pod R2. W dowolnym momencie można sobie przypisać dwa najczęściej wykorzystywane rodzaje strzał pod dwa przyciski krzyżaka.

No dobrze. Teraz czym jest ten wspomniany tryb koncentracji. Jest to specjalny tryb uruchamiany w dowolnym momencie osobnym przyciskiem pada, w którym to trybie ekran staje się o wiele ciemniejszy, jednokolorowy, a na niebiesko podświetlone zostają wszystkie elementy interaktywne w zasięgu wzroku naszej postaci. Czyli np. wszystkie przełączniki (w pierwszych częściach Tomb Raidera coś takiego byłoby błogosławieństwem, jak również we wszystkich przygodówkach), przedmioty które można zabrać ze sobą do domu, przedmioty które da się rozbić żeby zająć czymś strażników, elementy otoczenia na które da się wspiąć (drabinki, rury), ale również świece które da się zgasić, oraz postacie. Używanie tego trybu powoduje ubywanie paska koncentracji. Z trybu da się korzystać nieprzerwanie przez niecałą minutę. Pasek nie odnawia się automatycznie (podobnie jest z paskiem życia), lecz po zjedzeniu kwiatów maku, które da się znaleźć raz po raz tak jak standardowe apteczki. Ogólnie jest to bardzo fajna opcja, korzystałem z niej często, chociażby tylko po to, żeby szybko sprawdzić, co w danej lokacji da się zabrać do domu, albo żeby się szybko zorientować gdzie są strażnicy. Podczas całej gry ani razu nie zdarzyło mi się, że ten tryb był mi potrzebny, a nie mogłem go użyć z braku maku. Mak można również kupić u 'sklepikarza' (chociaż chyba lepiej pasuje tutaj słowo 'diler', poważnie).

Opowiedzmy sobie teraz co nieco o fabule i bohaterach. Dla mnie fabuła tej gry była jednym z mocniejszych jej punktów. To ona trzymała mnie na tyle mocno przy grze, że każdego dnia oczekiwałem na wieczór, żeby poznać ciąg dalszy historii. Widać to bardzo wyraźnie teraz, gdy już ukończyłem kampanię i zacząłem robić zadania poboczne, niezwiązane w ogóle z główną nicią fabularną. Wtedy mi się bardzo chciało grać, teraz już moja motywacja mocno osłabła, mimo że gameplay wygląda cały czas tak samo, ale nie ma już tego czegoś, co by mnie motywowało do dalszej gry. Myślę że z chęcią ukończę wszystkie te zadanka poboczne, ale muszę sobie zrobić już teraz dłuższe, kilkudniowe przerwy, żeby trochę zatęsknić za tą grą. Druga sprawa jeśli chodzi o fabułę jest taka, że fabuła jest bardzo dużym zaskoczeniem sama w sobie, ponieważ obraca się wokół spraw trochę nie z tej ziemi. Po takiej grze spodziewałbym się raczej normalnych przyziemnych spraw. A tymczasem tutaj mamy jakąś tajemną moc, jakieś Pierwotne Zło, opętania, magię, morderstwa, dziwne wizje, ba, mamy nawet dziwne nieludzkie postacie. Super sprawa, bardzo dużo urozmaiceń, ani przez chwilę nie czułem się znudzony opowiadaną historią. Mamy ponadto ciekawych bohaterów, zwłaszcza głównych pozytywnych, czyli Garretta i Erin, bo z tymi negatywnymi, ani z drugoplanowymi już się tak bardzo nie zżyłem.

Idźmy dalej. Filmiki przerywnikowe. Moim zdaniem są ok. Wyglądają w miarę ładnie (jak na stare już przecież PS3), wykonane są bardzo dobrze, nie mam się do czego przyczepić. Nie są zbyt długie, ale występują dość często, stanowią fajne urozmaicenie, i da się je pominąć w dowolnym momencie. O zadankach pobocznych już wspomnieliśmy. Nie są złe (przeszedłem jak dotąd bodajże 3), gameplayowo są identyczne jak cała gra. Mamy na przykład zlecenie włamania się do banku, żeby coś tam z niego ukraść. Bank jest dobrze strzeżony przez strażników oraz kamery (tu nowość, w głównym wątku nie było w ogóle kamer). Bank stanowi jedną osobną lokację, bez doczytywania. Głównym założeniem gry jest to, aby wykonać zadanie przez nikogo nie zauważonym. W moim przypadku niestety chyba w ciągu całej gry kończyło się zwykle na zabitych bądź ogłuszonych strażnikach. Po prostu preferowałem taki styl rozgrywki, niż przenikanie cichcem pomiędzy strażnikami. Podobnie było w banku. Duża niespodzianka spotkała mnie już po dotarciu do sejfu. Pomimo że miałem już w tym momencie wszystkich strażników martwych bądź ogłuszonych, musiałem ograbić sejf z ostrożnością, bo jeśli jakaś kamera przyuważyła gracza, odpalany był śmiercionośny gaz. Podsumowując, zadanka poboczne są jak najbardziej ok, ale nie ma już aż takiej motywacji do ich przejścia jak w przypadku głównego wątku fabuły. Każde zadanie poboczne stanowi osobną całość. Przejście banku zajęło mi około godziny, dwóch kolejnych misji po około 20 minut każda.

Porozmawiajmy teraz o dostępnym w grze arsenale. Nasz bohater dysponuje pałką, którą mamy cały czas przy sobie i w bardzo newralgicznych sytuacjach (czytaj: gdy zostaniemy wykryci przez strażnika) możemy jej użyć, żeby uratować skórę. Pałka posiada dwa poziomy ulepszenia i naprawdę warto jest wydać na nie ciężko zarobione pieniądze. Pałka naprawdę wiele razy ratowała mi życie. Chociaż równie skuteczną formą obrony jest po prostu ucieczka. Strażnicy biegają wolniej od Garretta i już po chwili ucieczki tracą nas z oczu. Poza pałką podstawową bronią naszej postaci jest wspomniany już łuk, do którego mamy kilka rodzajów strzał o różnym przeznaczeniu. Mamy strzały zwykłe, które nie przebiją zbroi, ale już twarz strażnika jak najbardziej, mamy strzały ząbkowane, zdolne przebić się przez zbroję, mamy strzały 'wodne' do gaszenia świec i pochodni, mamy strzały ogniste, strzały wybuchowe, strzały ze sznurem po którym możemy się wspinać. I na tym zasadniczo kończy się arsenał wojenny. Natomiast poza nim mamy też do dyspozycji różnego rodzaju narzędzia, np. śrubokręt do odkręcania śrub, dzięki czemu zyskujemy możliwość poruszania się kanałami, mamy wytrychy do otwierania zamków i sejfów, mamy nożyce do przecinania drutów od pułapek, mamy nóż do wycinania obrazów z ram, itd. Oczywiście za wszystkie te rzeczy trzeba zapłacić tutejszą walutą. Pieniądze zarabiamy wykonując misje, zarówno te z głównego wątku fabuły, jak i zadania poboczne, oraz przede wszystkim za 'sprzedaż' rzeczy, które znajdujemy (kradniemy) w mieście i na misjach. 'Sprzedaż' w cudzysłowie, ponieważ te rzeczy same z siebie z automatu zamieniają się na pieniądze. Ot, takie czary. Ponadto strzały, kwiaty maku oraz pudełka z jedzeniem (apteczki) można też od czasu do czasu po prostu znaleźć gdzieś na mieście. Zarobione pieniądze wydamy również na upgrade sprzętu (pałka, wytrychy, kołczan na strzały, itd.) i rozwój naszej postaci.

A rozwój postaci wygląda zasadniczo w ten sposób, że jest tutaj coś takiego jak punkty (koncentracji?). Punkty te zdobywamy przechodząc kolejne misje z fabuły, czasami znajdujemy gdzieś tak po prostu (zdarzyło mi się to raz), albo kupujemy od królowej złodziei. Punkty możemy przeznaczyć na 'kupno' jednej z kilku specjalności, np. lepsze celowanie, cichsze poruszanie się, lepszy słuch, większy pasek życia i koncentracji, itp. Nie ma tego dużo, ale to co jest wystarcza. Do tego każda taka umiejętność ma dwa poziomy rozwoju. Osobiście najbardziej odczułem udoskonalenie wspomnianej pałki do maksimum, dzięki czemu gdy wpadłem w tarapaty, wystarczyły dwa uderzenia, żeby powalić nawet dobrze uzbrojonego strażnika.

Przejdźmy teraz do tego, co słychać. Już widzę że ta recenzja to będzie jeden z najdłuższych wpisów na tym całym blogu. No ale nic na to nie poradzimy niestety, jeśli chcemy to zrobić rzetelnie i tak jak się należy. Jednym słowem można powiedzieć, że dźwięki są ok, i muzyka jest również ok. Szczerze mówiąc muzyki jakoś szczególnie nie pamiętam, a to znaczy że była taka jaka być powinna, czyli tworzyło idealne tło i bardzo dobrze współgrała z całością. Jedyne co mogę tak naprawdę powiedzieć o muzyce, to to że robiło się zdecydowanie głośniej w momencie, kiedy jakiś strażnik mnie przyuważył i chciał zabić. Poza tym naprawdę nie potrafię o niej powiedzieć nic szczególnego poza tym, że wiem na pewno, że muzyka w ogóle była obecna. Musiałbym odpalić grę raz jeszcze i się celowo skupić na muzyce, żeby powiedzieć o niej coś więcej. Albo posłuchać sobie na Youtube samej ścieżki dźwiękowej. Natomiast co do dźwięków, to tutaj jest podobnie jak z muzyką. Nie mam się absolutnie do czego przyczepić. Wszystko wydawało taki dźwięk, jaki powinno. Jeśli jesteśmy już przy tym co słychać, to wspomnę o jednej zabawnej sytuacji. Raz mi się zdarzyło podczas całej gry, że w filmiku wprowadzającym do kolejnego rozdziału nagle przestałem słyszeć cokolwiek. Dodatkowo przestały też być wyświetlane napisy (grę przechodziłem w oryginalnej angielskiej wersji językowej, z włączonymi polskimi napisami). Musiałem więc odnaleźć owy filmik na Youtube, żeby się dowiedzieć, o czym rozmawiają bohaterowie. Poza tym jednym fragmentem, nie mam się do czego przyczepić w kwestii muzyki i dźwięku.

Opiszmy teraz sposób poruszania się po mieście. Przed rozpoczęciem tej recenzji przeczytałem sobie tak po krótce pierwszą lepszą recenzję tej gry znalezionej w necie. Wypisałem sobie na kartce podpunkty, do których odniósł się autor, które my teraz po kolei sobie omawiamy. Autor tamtej recenzji zachwalał swobodę poruszania się po mieście. Niestety ja nie mogę podzielić jego zdania. Miasto jest bardzo ciasne, ale ta gra nie jest wyjątkiem. Mam nawet takie ogólne wrażenie, że gry konsolowe są o wiele bardziej ciaśniejsze niż gry komputerowe, ale być może to odczucie jest mylne. Przy większości gier w jakie grałem na konsolach miałem poczucie, że lokacje są strasznie ciasne. Chyba jedynym wyjątkiem jak na razie było Far Cry 3, które miało prawdziwie otwarty świat. Jedynie w tamtej grze, grając na konsoli, czułem pełną swobodę poruszania się, nie czułem że jest mi ciasno. W Thiefie jest bardzo ciasno. Uliczki są wąskie, ich rozkład jest strasznie pogmatwany, wszędzie wokół zawsze otaczają mnie wysokie budynki. Dodatkowo miasto jest podzielone na kilkanaście/kilkadziesiąt fragmentów, pomiędzy którymi mamy loadingi (doczytywanie się danego fragmentu lokacji do której przechodzimy). Nie jest to zbyt fajne. Loadingi nie trwają jakoś specjalnie długo, powiedzmy że od 10 do 30 sekund, mimo wszystko skutecznie wybijają z rytmu, wyciągają gracza na chwilę z gry, żeby mu pokazać ekran ładowania. Główny wątek fabularny dzieli się na osiem osobnych rozdziałów. Chodząc swobodnie po mieście, można natrafić przypadkowo na bramę prowadzącą do jakiegoś rozdziału, i wówczas pojawia się pytanie, czy chcemy rozegrać dany rozdział ponownie. Tak samo jest z zadankami pobocznymi.

Sztuczna inteligencja, czyli AI. Tak jak wspomniałem, nie sprawdzałem jak zachowują się strażnicy na wyższych poziomach trudności. Na najniższym grało mi się bardzo przyjemnie. Strażnicy zachowywali się raczej naturalnie. Chociaż można w tej grze przejść spokojnie dosłownie 5 metrów wprost przed oczami strażnika, jeśli tylko pozostajemy w cieniu. Nie jest to oczywiście zbyt rzeczywiste. W normalnym świecie każdy by mnie zauważył w takim przypadku. Strażnicy nie widzieli, albo nie chcieli widzieć. Miasto żyje własnym życiem. Jest to tutaj bardzo fajnie wykonane, mimo że wszystko jest absolutnie oskryptowane, a skrypty te widać gołym okiem jak na dłoni. Strażnicy mają swoje ścieżki, po których chodzą w kółko, i mogą tak chodzić non stop przez całą wieczność. Podobnie zwykli mieszkańcy. Niby mają swoje sprawy, ale mówią w kółko te same kwestie i poruszają się wciąż po wyznaczonych ścieżkach. Mnie to jakoś zbytnio nie przeszkadzało. W tym gatunku (skradankach) strażnicy muszą mieć stałe ścieżki, żeby w ogóle móc zaplanować jakoś przejście między nimi niezauważenie. Tak jak napisałem, mnie grało się bardzo przyjemnie.

Wspomniałem już, że obecna w grze mapka jest trochę do dupy, że jest w zasadzie nie potrzebna. I to jest oczywiście prawda. Natomiast żeby być sprawiedliwym, trzeba jeszcze powiedzieć, że w samej końcówce zacząłem z niej korzystać od czasu do czasu. I pewnie można się do niej przyzwyczaić. Mapka się sprawdzi w takich stricte newralgicznych momentach, jeśli się troszkę pogubiliśmy, i chcemy szybko podejrzeć, jak przejść do następnej uliczki, gdy drogę blokuje nam ściana budynku. Albo gdy chcemy obczaić, jak prowadzi droga za zakrętem, bo tu gdzie akurat stoimy nie widać co jest za zakrętem. Poza tym, o czym też trzeba powiedzieć, można sobie wejść do menu, i tam osobna opcja o nazwie 'mapa', i wówczas nasza mapka pojawia się na całym ekranie, i widać na niej całą lokację. Co więcej, można się po niej poruszać wskaźnikiem, za pomocą gałki. I ta mapa już jest o wiele bardziej przydatna niż tamta maciupeńka w grze, bo na tej dużej przynajmniej coś już widać i można się zorientować, gdzie jesteśmy, gdzie jest cel i jak się do niego dostać.

No dobrze. Teraz jak wygląda kwestia otwierania różnego typu sejfów, zamków, rozwiązywania łamigłówek logicznych, itd. No więc, w tej grze nie ma łamigłówek logicznych. W ogóle, nic, zero, żadnej, ani jednej. Przepraszam, teraz mi się przypomniało, jest jedna, w miarę prosta. Natomiast wszystkie zamki i sejfy w całej grze otwierają się dokładnie w ten sam sposób. Jest to prosta minigierka. Na ekranie pojawiają się trzy (czasami cztery-pięć) kółeczka, ręce Garretta (jeśli zdarzy mi się kiedyś pomylić to imię z Geraltem, to najmocniej przepraszam, wynika to z tego, że niedawno czytałem kolejną część Wiedźmina), oraz wytrychy. no i za pomocą lewej gałki trzeba trafić na punkt, w którym kółeczko zmieni kolor, poczym wcisnąć R2. Nie ma w tym absolutnie żadnej filozofii, natomiast pomimo że jest proste, to również satysfakcjonujące. Nie znudziło mi się to do samego końca gry, chociaż myślę że można by wprowadzić tutaj jakąś różnorodność. Chociażby 5 różnych sposobów otwierania zamków już w zupełności by wystarczyło. Zdarzają się też sejfy z konkretną kombinacją trzech cyfr, które trzeba znać. Kombinację poznajemy z dokumentów które znajdziemy gdzieś w pobliżu sejfu w danej lokacji. Jak już zaczęliśmy o dokumentach, to może dokończmy. W grze mamy naprawdę dużą liczbę różnego rodzaju dokumentów, listów, gazet, karteluszek, itp. W wielu grach występuje coś takiego. Zastanawiam się, ilu graczy dokładnie czyta sobie te wszystkie przygotowane przez twórców materiały pisane. Ja nie. Na samym początku troszkę poczytałem. Jest to bardzo fajne, bo ma za zadanie dodatkowo wprowadzić w klimat produkcji. Czytałem np. dokumenty z zakładu dla chorych psychicznie, mówiące o perypetiach lekarzy z pacjentami, polecam. Później przestałem czytać, chyba szkoda mi było jeszcze dodatkowo tracić czas i wybijać się z rytmu rozgrywki. Jako dodatek, fajna rzecz, ale podejrzewam że ogromna większość graczy podchodzi do takich materiałów podobnie jak ja. Poza dokumentami (wiemy ile ich powinniśmy zebrać w każdym rozdziale, mamy podaną ich liczbę), do zebrania mamy jeszcze stuff innego rodzaju. Wspominałem już o najróżniejszych drobnych przedmiotach które można ukraść i 'autozamienić' na gwinee (tutejsza waluta), typu nożyczki, bransoletki, portmonetki, drobne monety, itp. Ponadto do zebrania są również obrazy, unikatowe pierścionki, metalowe tabliczki, itp. Osobiście nie zależało mi na tym, żeby odnaleźć wszystko na danej planszy. Ale jak już coś mi się trafiło w oczy, to oczywiście brałem, bo wszystko to przekłada się na pieniądze, za które kupujemy wyposażenie i ulepszenia. Z tymi wszystkimi rzeczami które da się ukraść jest tak, że one same rzucają nam się w oczy poprzez 'mrugnięcie'. Wiem, brzmi dziwnie. Chodzi po prostu o to, że jak na nie spojrzymy, obracając postać w danym kierunku, to dana rzecz nam 'mignie złotym blaskiem'. Nie miga non stop, ale za jakąś chwilę mignie znowu, a potem znów. Dzięki temu miganiu wiemy, że coś tam jest, po co warto ruszyć cztery litery, żeby to zabrać do domu.

Powoli zmierzamy do końca. Zostały nam do omówienia najfajniejsze kwestie. Grafika i projekt poziomów. Jeśli przymkniemy oko na tę wspomnianą wszechobecną ciasnotę lokacji, to nie mogę się przyczepić do konstrukcji poziomów. Wizja artystyczna wszystkich poziomów bardzo mi się spodobała. Plansze są zaprojektowane bardzo ładnie, wypełnione po brzegi przedmiotami, obrazami na ścianach, kotarami, drzwiami i schodami. Warto powiedzieć o tym, że mamy tutaj do czynienia z bardzo dużą różnorodnością. Zanim jeszcze zacząłem grać, to spodziewałem się raczej całej gry osadzonej w mieście. Tymczasem miasto przeplatane jest szpitalem psychiatrycznym, ogromnym statkiem, jaskiniami w podziemiach, itp. Wszystkie wymienione lokacje są fantastycznie wykonane, łącznie z głównym miastem. Rozdziały nie są zbyt długie, w każdej lokacji spędzamy około 2-3 godzin, a więc żadna lokacja nie zdąży nam się znudzić. Gra wygląda bardzo ładnie, głównie dzięki różnego rodzaju światłom i cieniom. W końcu to jest skradanka, tutaj cały trzon rozgrywki oparty jest na światłach i cieniach rzucanych przez świecie, pochodnie, ogniska i lampy. Nie miałem okazji zobaczyć jak gra wygląda na komputerze, nie mam więc porównania. Ale mogę powiedzieć że konsola PS3 daje radę. Jest to na pewno jedna z najładniejszych gier w jakie grałem do tej pory na tej konsoli.

Na osobny akapit zasługuje wspomniany już szpital dla obłąkanych. Spędzamy w nim jeden z rozdziałów, i jest to najlepszy rozdział w całej grze. Klimat tej lokacji jest wręcz niesamowity. Szpital jest niemalże całkowicie opustoszały, do tego ciemny i ponury. Dopiero pod sam koniec rozdziału spotykamy kilku ludzi i kilku nie-ludzi. Przez cały czas, szwędając się po opuszczonych dawno salach, ma się poczucie czyhającego gdzieś na nas zagrożenia. Każdą salę otwierałem w oczekiwaniu na to, że w pewnym momencie coś na mnie wyskoczy. Żeby ukończyć ten rozdział, nie trzeba wchodzić w każdy zakamarek. Polecam jednak naprawdę zajrzeć do każdej sali. Jeśli tego nie zrobicie, ominie Was kilka przygotowanych przez twórców smaczków, które są esencją tej lokacji. Niestety moja wersja gry postanowiła akurat w tym najfajniejszym rozdziale nieco mi utrudnić życie. Stwierdziła mianowicie, że ten rozdział jest tak fajny, że będę miał ogromną radochę z tego, że przejdę go sobie kilkakrotnie. W całej grze funkcja autozapisu działała całkowicie bezproblemowo. Autozapis następował dosłownie co kilka/kilkanaście minut, a dodatkowo można było samemu zapisać stan gry w dowolnym momencie. W całej grze, z wyjątkiem tego jednego rozdziału. Pomyślicie sobie zapewne, że zasadniczo dość ciężko jest zginąć w zupełnie opuszczonym budynku. I jest to całkowita prawda. Zdarzało mi się ginąć dopiero w samej końcówce, po pojawieniu się obcych. Każdy taki zgon oznaczał rozpoczynanie całego rozdziału od początku z nadzieją, że tym razem się nie zginie. Poza tym nie można było zostawiać sobie rozgrywki na następny dzień. Jeśli już się rozpoczęło, to trzeba było grać do końca. Na szczęście w kolejnym rozdziale już wszystko wróciło do normy. Natomiast brak możliwości zrobienia save'a w szpitalu spowodował, że przechodziłem ten rozdział około 10 razy. Zapewne nie muszę pisać, że pierwsze przechodzenie tego rozdziału jest super, ale już drugie czy trzecie niekoniecznie, bo już wiesz co się wydarzy. Natomiast przy 9 razie przechodzenie całego rozdziału i dotarcie do końcówki zajmowało mi już około 15 minut. Myślę że najszybsi speed runerzy mieliby problemy żeby mnie tutaj pokonać.

W przedostatnim już akapicie tej jakże długiej recenzji napiszmy co nieco o walce z bossami. Jeśli dobrze pamiętam, były dwie takie walki. Pierwsza w przedostatnim rozdziale, a druga w ostatnim. I co najciekawsze, ta ostatnia walka była niczym w porównaniu z tą przedostatnią. W przedostatniej walce jesteśmy tylko my (nasza postać) i jeden zwykły zły człowiek. Najbardziej przeklinałem właśnie podczas tej walki, jak przyszło mi zginąć po raz 20 z rzędu. Zły człowiek zabija dosłownie jednym zaklęciem. A chodzi zasadniczo o to, żeby z nim nie walczyć, tylko się cały czas przed nim chować, wykonując przy okazji różne dziwne rzeczy, jak kręcenie pokrętłami w celu dostania się do drzwi wyjściowych, a następnie otworzenie najdłuższego zamka w całej grze, złożonego bodajże z sześciu osobnych kółeczek (standardowa minigierka na otwieranie zamka za pomocą wytrychów i lewej gałki pada). I wszystkie te czynności wykonujemy pod ciągłym gradem zaklęć. Trzeba to wykonać w pośpiechu, jednocześnie najlepiej będąc cały czas w ukryciu. Masakra. Jeśli jeszcze nie graliście i będziecie mieli kiedyś okazję w to zagrać, życzę Wam tutaj wiele cierpliwości, wytrwałości i samozaparcia. Ja nie dałem rady. W pewnym momencie byłem już na tyle wkurzony (ile razy można ginąć), że postanowiłem gościa zabić. Na szczęście się udało. Ostatnia walka w grze nie stanowiła już większego wyzwania. Ba, większym wyzwaniem niż ostatnia walka było podejście do Erin od tyłu w taki sposób, żeby nas nie zauważyła (kto grał ten wie o czym mowa).

I w ten oto sposób dobrnęliśmy do szczęśliwego końca tej recenzji. Wiem, jest strasznie długa, poruszyliśmy w niej większość najważniejszych kwestii. Ale o to właśnie chodziło, takie było założenie. Na sam koniec dodam jeszcze maleńką łyżkę dziegciu. Jak dotąd żadna inna gra nie zawiesiła mi konsoli tyle razy, co nowy Thief. Musicie wiedzieć, że zawieszenie się konsoli jest czymś niezmiernie rzadkim i niemalże niespotykanym. Posiadam konsolę jakieś 3 lata i przez ten okres doszło do zawieszenia się konsoli może ze 3-5 razy, wypada mniej więcej półtora raza na rok. Nigdy nie zdarzyło się, żeby jedna gra zawiesiła ją dwukrotnie. Thief zawiesił mi konsolę około 8 razy, a więc średnio raz na dwa dni grania (grałem po półtora godziny dziennie). Przez zawieszenie się konsoli rozumiemy całkowity brak reakcji na wszystkie przyciski pada. Obraz zostaje zamrożony, co ciekawe, nadal gra muzyka z gry, a konsola przestaje całkowicie reagować na pada. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest fizyczne brutalne zrestartowanie konsoli, poprzez wstanie z łóżka i wciśnięcie zielonego przycisku na urządzeniu. Konsola się wyłącza, po czym można ją włączyć z powrotem już normalnie za pomocą pada. Podsumowując, jak najbardziej grę polecam, jest to jedna z najfajniejszych gier w jakie grałem na konsoli, gra się bardzo przyjemnie. Jednocześnie biorąc pod uwagę problemy z zawieszaniem konsoli, niemożliwością zrobienia save a szpitalu i urwanym w połowie jednym filmowym przerywnikiem, jest to jedna z najbardziej zabugowanych gier w jakie grałem na konsoli. Mimo wszystko, naprawdę warto.

I tym optymistycznym akcentem... :)

Moja ocena: 8/10.

Tomb Raider

Adventures of Lara Croft.

Dzisiaj będzie trochę wspomnień z dzieciństwa. Jak wam już gdzieś tam pisałem przy jakiejś okazji, dzisiaj mam 32 lata. A więc jeśli sobie dobrze policzycie, to odkryjecie, że moje świadome dzieciństwo przypadło akurat na czasy, kiedy tech powolutku zaczynały zyskiwać na popularności. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia pewnie trudno jest to sobie wyobrazić, ale jeśli mnie pamięć nie myli, to całą podstawówkę przeżyłem nie posiadając komputera. Wiem na pewno o jednym koledze ze szkoły, że był szczęśliwym posiadaczem Amigi. Amigę mieli także moi bogatsi kuzyni. Z tego względu bardzo lubiłem ich odwiedzać jako dziecko.

W mojej pamięci bardzo mocno utkwiła taka jedna sytuacja, jakoś pewnie z drugiej połowy szkoły średniej. W jednym ze sklepów w mojej rodzinnej miejscowości na ladzie było wystawione wielkie pudło z dyskietkami. Na każdej dyskietce były naklejki z napisami tytułów gier i programów. Dyskietki były podzielone bodajże na dwie części, jedne pasowały do jednego typu komputerów (Amiga?), drugie do innego (bodajże Atari). Tego dnia byłem w sklepie akurat z tatą, i pamiętam dokładnie pytanie jakie mu wtedy zadałem: "czy jeżeli byśmy kiedyś kupowali komputer, to kupimy ten (Amigę), czy raczej tamten (Atari)?" Mój tato zawsze był kompletnie zielony w takich sprawach, więc zapewne na chybił trafił odpowiedział: "raczej ten (Amigę)" :) Niestety aż do końca szkoły podstawowej nie było mi dane poczuć jak to jest mieć własny komputer. Co nie znaczy że byłem całkowicie na bakier z grami video; Pegasus sprawdzał się w tej roli całkiem nieźle.

Jak się później okazało, nie dane mi było nigdy w życiu obcowanie z własną Amigą, Atari, ani niczym podobnym. Swój pierwszy komputer w życiu otrzymałem idąc do szkoły średniej (jeśli dobrze policzyłem, miałem jakieś 16 lat). Kupiła mi go ciocia (matka chrzestna) za sumę bodajże coś koło 6-7 tysięcy złotych. Był to najprawdziwszy komputer PC, z procesorem Intel Celeron 400MHz, dyskiem twardym 4,3GB, kartą graficzną vga bodajże 4MB pamięci, coś koło 64 MB Ramu i Windowsem 98 na pokładzie. I to właśnie wtedy zaczęła się moja największa przygoda z grami komputerowymi, która trwa (z niewielkimi przerwami) do dnia dzisiejszego.

Dlaczego w ogóle o tym piszę. Po pierwsze, tak mi się jakoś zebrało na wspominki :) Ale po drugie: pierwszą grą komputerową jaką kupiłem w swoim życiu (oczywiście na zasadzie: ja wybierałem, tata płacił), był Tomb Raider III: Adventures of Lara Croft. Ładnie zapakowana oryginalna płyta z grą kosztowała tatę chyba coś koło 130zł. Przyjeżdżamy do domu, wkładam płytę do napędu, instaluję, klikam play - i w tym momencie na mojej twarzy pojawia się blady strach. Pamiętam że na ekranie pojawił się jakiś komunikat z błędem, a gra ani raczy ruszyć z miejsca. Pierwsza myśl - mój komputer nie spełnia wymagań minimalnych. Ale po dokładnym i kilkukrotnym przeczytaniu tego co pisze na pudełku, stwierdziłem, że jednak spełnia. A więc co jest grane w mordę jeża? Komputer miałem od niedawna, i nijak się na tym nie wyznawałem, ale wiem że pogrzebałem coś w ustawieniach gry na chybił trafił, coś tam pozmieniałem i na szczęście udało się grę uruchomić.

Tomb Raider III z początku okazał się dla mnie bardzo traumatycznym doświadczeniem. Prześliczna jak na tamte czasy grafika, sterowanie nieco toporne (tylko klawiatura), ale przede wszystkim poziom trudności. Jeśli graliście, to zapewne pamiętacie, że tam jest bodajże 5 etapów, 5 różnych światów, różnych miejsc na kuli ziemskiej w których się dzieje akcja. I można je wykonywać w dowolnej kolejności, ale najpierw trzeba przejść przez dżunglę. No właśnie. Ta cholerna dżungla. Zaraz jak odpalimy grę, i zrobimy Larą dwa kroki do przodu, zaczynamy zjeżdżać w dół. Nawet sobie nie wyobrażacie ile czasu zajęło mi obczajenie, w którym momencie należy skakać, żeby bezpiecznie zjechać na sam dół :) Pamiętajcie że byłe 16-letnim dzieciakiem, to był mój pierwszy komputer w życiu, pierwsza gra komputerowa, i pierwsza przygoda z klawiaturą. Zjechanie na dół, tak aby Lara pozostała cała i zdrowa, zajęło mi kilka dni, jeśli nie tygodni. Później już naprawdę na dobrych kilka tygodni (miesięcy?) utknąłem w tym pierwszym niewielkim rozdziale (cały etap Dżungla dzielił się jeszcze na bodajże 5 mniejszych rozdziałów). Teraz to wydaje się śmieszne, ale wówczas to naprawdę była dla mnie trauma, która w jakiś tam sposób zostanie we mnie już do końca życia. Pamiętam że byłem tak szczęśliwy, gdy tata kupował mi tę grę. A później niemal na każdym kroku życie stawiało przed nami (przede mną i przed Larą) trudności nie do rozwiązania. Pamiętam że w końcu zrezygnowany odstawiłem tę grę na kilka miesięcy lub nawet lat. Wróciłem do niej po długim czasie, gdy już wiedziałem co to są 'solucje' i gdzie ich szukać. Dopiero wówczas udało mi się ukończyć tytuł, i dobrze się przy tym bawić.

A propo samego początku gry i tego zjeżdżania w dół w dżungli. W nowym Tomb Raiderze jest coś podobnego: wodospad. Zasada jest dokładnie taka sama jak w części trzeciej. W odpowiednim momencie musisz manewrować Larą na prawo i lewo, skakać i strzelać. Uwielbiam takie fragmenty. Powtarzałem go chyba z 50 razy (poważnie!), zanim w końcu jakimś cudem udało mi się dotrzeć do samego końca.

Przy tej okazji jeszcze warto powiedzieć, jak bardzo zmieniły się gry komputerowe w przeciągu tych 10-15 lat. W Tomb Raiderze III prawie nie było przerywników filmowych. Od początku do końca miało się pełną kontrolę nad Larą, nad każdym jej ruchem. Nie było żadnych dziwnych sekwencji QTE (quick time event), w których użytkownik w odpowiednim momencie musi nacisnąć odpowiedni przycisk. Prawda że to jest nawet trudne do wyobrażenia? :) Ale że jak to nie było sekwencji QTE? I tak się dało? Ano dało się. Kiedyś wszystko się dało. Dawniej gra była naprawdę grą. I w grę się naprawdę 'grało'. Uwaga: samemu. Nie to co teraz, że gra się 'gra' w zasadzie sama. Że w grę się nie gra, tylko się ją w 60% 'ogląda', że niby 'filmowość' i te sprawy, że tak się teraz robi gry i nic na to nie poradzimy. Że dzięki temu odbiorca bardziej przeżywa to co się dzieje na ekranie. Aha, gó*no prawda, za przeproszeniem. Ja bardziej przeżywałem grę jak sam w nią grałem, i nie miałem co trzy kroki uruchamianego jakiegoś skryptu w którym coś tam mi się waliło na głowę, albo fragmentu filmu ze spadającym na mnie w spektakularny sposób przeciwnikiem.

Ale starczy już tego narzekania. Gry się zmieniły, czy tego chcemy czy nie. Aby przejść Tomb Raidera III, musiałem do niego najpierw przez kilka miesięcy dorosnąć. Nowego Tomb Raidera przeszedłem (/obejrzałem?) z jedną ręką w kieszeni. Ale pomimo tego mojego całego narzekania i stękania muszę powiedzieć, że nowy Tomb Raider jest jedną z fajniejszych gier w jakie grałem w życiu. Jeśli przymknąć oko na te wszystkie aspekty które wymieniłem powyżej, i spojrzeć na grę jako na produkt roku 2016, z punktu widzenia dzisiejszego odbiorcy, to grało mi się przez cały czas naprawdę bardzo przyjemnie (pomijając wspomniany wodospad, który mnie troszkę zdenerwował tak gdzieś mniej więcej za 30 podejściem). Gra jest na tyle różnorodna, że ani razu nie czułem znudzenia. Grałem mniej więcej 1,5-2 godziny dziennie, i każdego dnia czekałem aż nadejdzie wieczór i będę mógł znowu odpalić grę i trochę pograć. W zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Podoba mi się grafika, podobało mi się zachowanie wrogów. Nawet, o dziwo, napiszę, że zadania stawiane przed graczem dają radę. Jeśli porównać nowego Tomb Raidera ze starymi, np. właśnie z trzecią częścią, lub czwartą (w którą również grałem dawno temu). Nie są to oczywiście zadanka tego samego typu, mają inny charakter, są dużo prostsze, jest tutaj dużo mniej kombinowania, po chwili zastanowienia wszystko staje się oczywiste co trzeba w danym momencie zrobić. Nowy Tomb Raider to w zasadzie zupełnie inna gra niż stare Tomb Raidery. Można powiedzieć, że jest to nowa gra, wrzucona w stare realia. Oczywiście można się tutaj doszukać pewnych podobieństw, w końcu gra nazywa się Tomb Raider, a więc jakieś nawiązania do poprzedniczek musiały się pojawić: przede wszystkim bohaterka, jest motyw zabijania zwierząt, jest niby dżungla, jest jakieś tam niby plądrowanie grobowców. Ale tak naprawdę wydaje mi się, że gdyby wyjąć Larę Croft i zamiast niej włożyć jakiegoś innego bohatera, i zmienić tytuł gry, to nikt by się nie skapnął że to Tomb Raider. Co nie zmienia faktu, że jest to bardzo fajna gra. Mimo to, powiedzmy że, jak na dzisiejsze standardy, gra 'daje radę' jako spadkobierca dawnych Tomb Raiderów. W konsekwencji wystawiam jej z czystym sumieniem najwyższą ocenę. Mimo że nie jest to już ten stary dobry Tomb Raider. No ale na to nic nie poradzimy. Świat się zmienił, i gry również.

Moja ocena: 10/10.

Już dawno nic nowego nie pojawiło się w tym dziale, a od ostatniego wpisu zdążyliśmy przecież ograć kilka nowych tytułów. W tym momencie mam już tak zorganizowany grafik całego tygodnia, że jak uda mi się wyłuskać jeden wieczór w tygodniu na granie, to jest bardzo dobrze. Dzisiaj przedstawię wam dwa tytuły, obydwa godne polecenia.

Pierwszy to Magic: The Gathering – Duels of the Planeswalkers. Z tą grą było tak, że kupiłem ją sobie już jakiś czas temu na jakiejś tam wyprzedaży w muve.pl lub cdp.pl, i gra leżała sobie w bibliotece steam co najmniej z rok. Miałem na nią dużą ochotę, ale jej nie ruszałem, bo wiem że bardzo lubię tego typu produkcje (ogólnie lubię karcianki, zwłaszcza te w realu), i czułem że jak już się wciągnę, to na długo. No i rzeczywiście. Wystarczyło rozegrać kilka pierwszych partii, poznać mechanikę gry, żeby gra mnie wciągnęła całkowicie. W pewnym momencie poświęcałem jej każdą wolną chwilę, włączałem nawet na pół godziny przed snem, żeby rozegrać jedną-dwie partie. Na ten moment mam już ograne jakieś 45 godzin, a to stawia tę grę na półce z dosłownie kilkoma grami, które były w stanie odebrać mi tak dużą część życia. Takich gier nie było wiele. Był Heroes of Might and Magic III, byli Kozacy: Europejskie boje, i może jeszcze z kilka. Dla takich gier jak te jestem w stanie zarwać kawałek nocki, mimo że na następny dzień muszę wstać wcześnie rano do pracy. I Magic jest właśnie taką grą.

Przede wszystkim ma bardzo fajnie skonstruowany gameplay. Oczywiście pomijając fakt, że tak naprawdę cały czas robimy dokładnie to samo :), bo każda partia wygląda niemal identycznie, jedyne co się zmienia to karty. Główna kampania składa się bodajże z sześciu etapów, każdy kolejny jest trudniejszy od poprzedniego, każdy etap składa się bodajże z czterech pojedynków, plus piąty to pojedynek z bossem danego etapu. Łącznie daje to około 25-30 pojedynków. Do każdej walki musiałem podejść zwykle ze 2-3 razy. Rzadko zdarzało mi się wygrać za pierwszym razem (ale się zdarzało), i rzadko kiedy musiałem do jakiejś walki podchodzić 5-6 razy (chociaż tak też się zdarzało). Gdy przeszedłem kampanię, okazało się że odblokował drugą mini-kampanię, tzw. ‚zemstę’ :), w której raz jeszcze musiałem się zmierzyć z bossami poszczególnych etapów. Po przejściu ‚zemsty’ pozostaje jeszcze tryb dowolnego ustawiania pojedynków z jednym, dwoma, lub trzema przeciwnikami jednocześnie, gdzie można sobie wygrywając odblokowywać kolejne karty z talii. No i na koniec zostaje multiplayer, za którym osobiście nigdy nie przepadam, ale który daje tak naprawdę chyba najwięcej emocji.

Jak wygląda rozgrywka. Mamy talię kart, przeciwnik ma swoją talię. Dopieramy sobie 7 kart z ręki, i na przemian z przeciwnikiem zagrywamy określoną liczbę kart. Są karty lądów, które decydują o tym, ile kart z ręki możesz wyłożyć na stół, są karty potworów, służące do obrony gracza i ataku przeciwnika, są karty zaklęć, powodujące różne rzeczy. Wszystko wygląda na ekranie bardzo ładnie, i długo się nie nudzi.

Tak naprawdę pewnego rodzaju znudzenie odczuwam dopiero teraz, po 45 godzinach zabawy, gdy już przeszedłem całą kampanię dla pojedynczego gracza. Dlatego zamierzam odstawić grę na jakiś czas, i ewentualnie powrócić do niej kiedyś tam znowu, ale już grając inną talią kart, żeby poznać też pozostałe talie. Bo talii jest kilka, o czym jeszcze nie wspomniałem. I różnymi taliami gra się trochę inaczej. To sprawia że wszystkich rodzajów kart jest naprawdę bardzo dużo. I to dzięki temu gra się długo nie nudzi.

Podsumowując. Jeśli lubicie karcianki i klimaty fantasy, możecie brać w ciemno. Gra jest właściwie idealna, w kategorii gier karcianych. Ja na mojej liście zakupów mam już wersję papierową. Zamierzam sprawić sobie jakieś dwa gotowe decki i być może jeden duży zestaw boosterów, żeby móc pograć od czasu do czasu w realu z jakimś znajomym.

Moja ocena: 10/10.

Metro 2033

Aż strach się bać.

Druga z gier, które dzisiaj sobie omówimy, to Metro 2033. Pierwsze co rzuca się w oczy w przypadku tej gry, to niesamowita grafika. Gra nie jest przecież nowa, swoją premierę miała na początku 2010 roku, a mimo to nawet dzisiaj robi bardzo duże wrażenie. Grałem na mocnym komputerze, na dużym 28 calowym monitorze, mogłem sobie pozwolić na ustawienie wszystkich opcji graficznych na maksa. Przy takich ustawieniach gra wygląda niesamowicie. Nic dziwnego że przez długi czas to właśnie ona była dobrym benchmarkiem dla komputerów i kart graficznych, testowanych przez redaktorów różnych komputerowych czasopism.

Jak już weszliśmy na temat grafiki w grach, to można zrobić tutaj małą dygresję odnośnie tego, czy grafika w grach ma znaczenie czy też nie. Moim zdaniem – ma duże znaczenie, ale nie przesądzające o ostatecznej ocenie danej gry. Jeśli gameplay jest dobrze zrobiony, to w daną grę gra się niezwykle przyjemnie, nawet pomimo słabszej grafiki. A jednocześnie nawet nieziemska grafika nie uratuje gry, która jest bezsensowna i nudna. Ale fakt jest (dla mnie) taki, że z dobrą grafiką gra mi się w dany tytuł o wiele przyjemniej.

Ok, wracając do Metro 2033. Wcześniej grałem na konsoli PS3 w Metro: Last Light. W tamtą grę również grało mi się bardzo przyjemnie, ale nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak ta teraz. Przez to że grałem w nią na konsoli, grafika wydała mi się dużo gorsza, lokacje jakieś takie bardzo ciasne, hermetyczne. Być może gdybym w Last Light również zagrał na komputerze, miałbym inne wrażenia. No ale już trudno, co się ograło, to już się nie odegra (odogra?).

Podobnie jak w przypadku Magic, a nawet jeszcze bardziej, po prostu zakochałem się w klimatach postapokaliptycznych przy okazji czytania pierwszej części Metro 2033 Dmitra Glukhovsky’ego. Fabuła gry poprowadzona jest poprawnie, chociaż jakoś specjalnie się w nią nie zagłębiałem. Nie jest to jednak zwyczajny fps, jak np. seria BioShock. Niby tutaj też chodzi o strzelanie, ale w porównaniu do BioShocka moim zdaniem Metro jest tak mniej więcej dwa razy lepsze. Na ekranie cały czas coś się dzieje, AI przeciwników jest o niebo lepsze od tych szalonych ludzi z BioShocka. Gameplay w Metro 2033 jest poprowadzony znakomicie. Ani razu nie odczuwałem znudzenia, ani razu nie zdarzyło mi się gdzieś zgubić i nie wiedzieć gdzie mam teraz iść i co zrobić. Jedyną złą rzeczą jaka mi się przydarzyła podczas grania, to brak wystarczającej ilości filtrów do maski przeciwgazowej na etapach które się działy na powierzchni. Dokładnie ten sam problem miałem w przypadku Last Light. Zaczynając etap na powierzchni, miałem w ekwipunku raptem 2 filtry. Musiałem się cofnąć do poprzedniego poziomy, przejść go ponownie w miarę szybko, wykorzystując jak najmniej filtrów, tak aby jak najwięcej zostało mi ich na następny etap. Nie uważam tego za żadną wadę gry. Przeciwnie, jeżeli mam świadomość że za chwilę skończą mi się filtry, zaczynam grać bardziej chaotycznie, biegając z kąta w kąt w poszukiwaniu kolejnego filtra. Jest to bardzo realistyczne rozwiązanie, nadaje dodatkowych emocji podczas grania, jest to raczej plusem niż minusem.

Podsumowując. Gra, podobnie jak Magic, jest dla mnie ideałem w swoim gatunku. Fantastyczna, około 15-godzinna zabawa. Nie mam się do czego przyczepić, nawet gdybym chciał.

Moja ocena: 10/10.

Awesomenauts

To pierwsza MOBA w moim życiu. I już wiem, że to nie będzie mój ulubiony gatunek gier.

Dzisiaj w naszej recenzji pojawia się gra, której nie ukończyłem, bo tej gry się chyba nie da ukończyć. Gra jest stosunkowo nowa [w porównaniu do poprzednio recenzowanych Hitmanów :)], ukazała się w 2012 roku. Tak sobie teraz pomyślałem, że maszyna ogrywająca gry (=ja) jest nieco podobna do maszyny losującej lotto. W bębnie maszyny losującej znajduje się pewna liczba gier. Gier jest dużo, bo są to gry zbierane przez lata głównie z różnych magazynów drukowanych o grach komputerowych, do których były dołączane płyty cd, później dvd, a ostatnio od 2-3 lat są to już wyłącznie gry w wersjach elektronicznych, kupowane zwykle na różnych wyprzedażach tudzież innych wiosnobraniach. Gier jest setki, jeśli nie tysiące, i najprawdopodobniej już na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie ograć ich wszystkich do końca życia, nie mówiąc już o tym, że co jakiś czas do puli wpada jakaś nowa gra z kolejnej wyprzedaży. I podobnie jak w lotto, wybór gry do ogrania jest zasadniczo za każdym razem całkowicie losowa. W tym momencie wybór padł akurat na Awesomenauts :)

Czym jest ta gra. Zasady są bardzo proste, i łapie się je bardzo szybko. Powiem szczerze, że pierwszy raz w życiu grałem w coś takiego. Najbliżej tej grze jest do gatunku Tower Defence. Mamy swojego ludka, i musimy się nim przebić przez całą planszę. Startujemy po jednej stronie planszy, tutaj mamy swoją bazę, którą przeciwnik będzie chciał zniszczyć. Obok bazy mamy też miejsce, gdzie naszemu ludkowi odnawia się zdrowie, oraz sklep, w którym możemy ulepszać pukawki. Naszym zadaniem jest przedostać się na drugi koniec planszy, do bazy przeciwnika. Gdy któraś z baz zostanie zniszczona (nasza lub przeciwnika), gra się kończy. Można obrać sobie dwie różne drogi, a na każdej z dróg porozstawiane są po dwa działka strzelnicze. Nasze działa strzelają we wrogie jednostki, wrogie działka strzelają w nas. Do dyspozycji mamy jeszcze dwa ludki, czyli razem z naszym trzy, którymi mogą sterować nasi znajomi jeśli gramy w sieci lokalnej, inni ludzie jeśli gramy przez Internet, lub AI, jeśli nie mamy przyjaciół, albo nie chcemy grać z obcymi ludźmi z całego świata. Dodatkowo co pewien okres czasu na planszę wyłażą takie małe robociki, nazwijmy je miniomkami. Są nasze miniomki, które atakują wszystkie wrogie jednostki (miniomki, ludki, działka i bazę) przeciwnika, i są wrogie miniomki, które atakują nas i wszystkie nasze jednostki. Ludków jest kilkanaście, każdy ma inne pukawki, tak jakby inne moce, i to jest fajne, można sobie wybrać którym ludkiem chce się grać. Planszy też jest kilka, ale niestety różnią się jedynie wyglądem, a nie funkcjonalnością i ukształtowaniem terenu.

Powyższy opis wyszedł mi chyba nieco zagmatwany, ale w praktyce naprawdę szybko łapie się o co w tym wszystkim chodzi, już po 3-4 rozegranych meczach wiemy co i jak. Gra jest szybka, wygląda ładnie, jest grywalna. Z każdym kolejnym rozegranym meczem rośnie nam pasek doświadczenia, który odblokowuje kolejnych ludków i nowe plansze. Oczywiście jest to gra nastawiona na rozgrywkę sieciową. Dopiero z żywym przeciwnikiem gra nabiera rumieńców, najlepiej do tego ze znajomymi. Niestety osobiście zawsze byłem zdeklarowanym singlem. Jeśli multi, to tylko ze znajomymi w sieci lokalnej, np. podczas wizyty u kuzynów. Ale to już nie jest problem gry, że ja jestem singlem i nie przepadam za rozgrywkami sieciowymi.

W zasadzie niczemu mi w tej grze nie brakuje. To co jest, jest moim zdaniem zrobione dobrze. Chyba jedyną wadą, ale za to bardzo dużą, jest dla mnie kompletny brak zróżnicowania plansz. Na wszystkich planszach gra się w identyczny sposób. Jeśli ktoś jest singlem tak jak ja, można sobie z przyjemnością zagrać ze dwa-trzy mecze dziennie od czasu do czasu, najlepiej z innymi żywymi ludźmi przez neta. Jeśli macie znajomych którzy również mają tę grę, jest ona idealna na kilka wieczorów, najlepiej właśnie tak co jakiś czas, nie codziennie :) bo myślę że szybko się znudzi, mimo wszystko właśnie przez ten brak różnorodności w rozgrywce.

Moja ocena: 6/10.

Hitman HD Trilogy

Lubicie zabijać? Ja też lubię. Let's go and kill some people.

Jakoś dziwnie brzmiało mi wyrażenie ‚blog growy’, a więc będzie to ‚blog o grach komputerowych’ :) Tak naprawdę będą to po prostu ‚tak jakby’ recenzje gier, z wystawioną na końcu moją subiektywną oceną. Tak jakby, ponieważ nie będziemy trzymali się sztywno formatu recenzji. Będziemy sobie opowiadali o grach, z którymi mieliśmy do czynienia, w luźno blogowym stylu.

Myślę że tyle wystarczy, nie ma co się tutaj więcej rozpisywać, możemy sobie przejść od razu do pierwszej gry, a właściwie aż trzech gier. Mam 31 lat. Nigdy wcześniej nie grałem w żadnego Hitmana. HD Trilogy otrzymałem w ramach Playstation Plus, za które płacę 20 zł na miesiąc, i w ramach tego otrzymuję co miesiąc jakieś 3-4 gry od Sony, a więc jeśli już coś dostanę, to wszystko staram się ściągać, instaluję, odpalam, sprawdzam, i jeśli po 15 minutach grania stwierdzę, że to jest do niczego, to usuwam i zapominam że coś takiego w ogóle kiedykolwiek miałem na dysku :) Hitmana nie usunąłem po 15 minutach, lecz powolutku, misja za misją, dobrnąłem do końca całej trylogii.

Hitman HD Trilogy to pakiet składający się z trzech gier:

Hitman 2: Silent Assassin,

Hitman: Contracts,

Hitman: Blood Money.

Z tego co sprawdzałem, wychodziły one co dwa lata: w 2002, 2004 i 2006. Nie będziemy się na tym blogu rozpisywali na temat fabuły gier, bo od tego są inne duże serwisy o tematyce growej. Nas będzie przede wszystkim interesowała jedna kwestia: jak w to się gra. A w Hitmana gra się bardzo fajnie. Gra jest stara (najnowsza z trylogii na dzień dzisiejszy ma 9 lat), ale być może właśnie dzięki temu ma w sobie to coś, czego brakuje wielu współczesnym produkcjom. W przerwie pomiędzy jednym a drugim Hitmanem zacząłem sobie grać w Borderlands 2, a więc grę z 2012 roku, i może to głupio zabrzmi, ale Hitman był dla mnie bardziej grywalny. Moje obcowanie z grami polega na tym, że gdy rozpocznę jakiś tytuł, to gram tylko w niego, i dopiero jak przejdę całą grę, to zaczynam kolejną. Grając sobie w Hitmana mniej więcej 2-3 misje dziennie wieczorami, na drugi dzień gdy zbliżał się wieczór nie mogłem się trochę doczekać kolejnej misji. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o Borderlands, zwłaszcza gdy musiałem powtarzać niemal godzinny fragment, który już przeszedłem poprzedniego dnia, bo gra z jakichś niewyjaśnionych przyczyn nie zapisała mi stanu gry, pomimo że wczoraj wyraźnie ‚mówiła’ że zapisała :) W Hitmanie można zapisywać grę w dowolnym momencie nawet na PS3. [Swoją drogą, człowiek który wymyślił save’y powinien dostać nagrodę Nobla.] Na razie sobie odpuściłem Borderlandsy po 4 wieczorach, i jakoś specjalnie nie mam ochoty do niej wracać.

Wszystkie 3 Hitmany to gry bardzo do siebie podobne, i gra się w nie w zasadzie identycznie. Jeśli w nazwie pakietu znajdują się literki HD, to podejrzewam że grafika została poprawiona w stosunku do oryginału, bo gry wyglądają całkiem fajnie. Ani grafika, ani muzyka, ani AI przeciwników nie przeszkadzają w czerpaniu przyjemności z gry. Tak jak wspomniałem wyżej, mam 31 lat, jestem już trochę stary, i nie zawsze miałem cierpliwość żeby grać tak, jak się powinno grać w Hitmana :). Jeśli się dało rozstrzelać wszystkie osoby znajdujące się na mapie, często dochodziło z mojej strony do rzezi. Bo tak było szybciej i przyjemniej :). Gdybym chciał ukończyć całą trylogię z odznaczeniem Silent Assassin, zajęłoby mi to rok. A ja się szybko nudzę :). Kilka razy musiałem zajrzeć na Youtube żeby zobaczyć jak przejść daną misję, np. gdy liczył się czas, lub gdy trzeba było coś zrobić w odpowiedniej kolejności a nie chciało mi się zgadywać w jakiej.

Podsumowując. Jeśli jakimś cudem tak jak mnie ominęły was wszystkie wydane do tej pory Hitmany, dajcie im szansę. Są takie gry, w które wypadałoby zagrać, chociażby z czystej przyzwoitości, bo wszyscy je znają, wszyscy o nich mówią, i Hitmany to jedna z takich właśnie serii. Grafika w wersji HD jest całkiem przyzwoita, a grywalność nawet dziś, po tylu latach od premiery, stoi na wysokim poziomie. Jedna gra to około tygodnia grania, grając dwie godzinki wieczorami. Bawiłem się bardzo dobrze, nie żałuję spędzonego przy nich czasu.

Moja ocena: 7/10.