O aborcji

Czyli o zabijaniu nienarodzonych dzieci.

Dzisiaj jeden z trudniejszych tematów światopoglądowych. Chociaż dla mnie akurat zmierzenie się z nim nie nastręcza jakichś wielkich trudności, ponieważ moje poglądy w tym temacie są jasne i klarowne już od dłuższego czasu. Temat aborcji naszedł mnie po obejrzeniu dwóch materiałów na ten temat. Jak się złożyło zupełnie przypadkiem, że dwa dni temu w ofercie 'polecane' HBO 'wybrało mi' (wylosowało?) film pod wiele mówiącym tytułem "Paulina". Będziemy mówili tutaj o dwóch filmach, ale będę one dla nas jedynie podstawką pod dzisiejszy temat aborcji, dlatego jesteśmy w dziale "Inne", a nie "Filmy i seriale". Tytuł "Paulina", lub też w oryginale "La Patota", zapewne nic Wam nie powie. Na Filmwebie ma 170 głosów, 308 ludzi zamierza go obejrzeć w bliższej lub dalszej przyszłości, średnia ocen to 4,9 w skali od 1 do 10, a więc 'średni'. Film opowiada o młodej dziewczynie, z wykształcenia prawniczce, która nie zamierza pracować i robić kariery prawniczej. Bardziej interesuje ją 'praca u podstaw', podobnie jak głównego bohatera "Ludzi bezdomnych" Stefana Żeromskiego. Powraca do rodzinnego miasteczka i rozpoczyna pracę w szkole średniej dla młodzieży z miejscowej biedoty. Pewnego dnia wracając w nocy od koleżanki staje się przypadkową ofiarą gwałtu kilku młodych mężczyzn. Okazuje się, że jednym z gwałcicieli jest jej obecny uczeń. Głównym gwałcicielem i prowodyrem całego zajścia był młody chłopak pracujący w miejscowym tartaku. Dziewczyna zachodzi w ciążę. Dopowiedzmy jeszcze, że pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jej ojciec jest sędzią, dodatkowo posiada chłopaka. Podejmuje decyzję, żeby po pierwsze nie usuwać ciąży i urodzić to dziecko, a po drugie, pomimo że po pewnym czasie dowiaduje się, kim byli napastnicy, nie wskazuje gwałciciela policji, nie zeznaje przeciwko niemu. Nie będziemy tutaj oceniać filmu, bo to nie jest recenzja. Powiem tylko, że moim zdaniem film jest naprawdę warty obejrzenia.

Dzisiaj obejrzałem drugi materiał na temat aborcji, również zupełnie przypadkiem. Wybrałem sobie kategorię 'Filmy dokumentalne', i natrafiłem na dokument pod tytułem "Róg Dwunastej i Delaware". Ta tytułowa 'Dwunasta' oraz 'Delaware' to nazwy ulic, na których skrzyżowaniu znajduje się klinika aborcyjna (bodajże w Stanach Zjednoczonych, ale nie jestem pewien, nieistotne). Na drugiej stronie ulicy celowo usytuowała się klinika opieki nad ciążą. Film jest oparty całkowicie na faktach, jest to dokument, w przeciwieństwie do 'normalnego' filmu, którym jest wcześniej opisana "Paulina". Większość dokumentu jest przedstawiona z punktu widzenia obrońców życia, którzy protestują przed kliniką aborcyjną. Próbują wszelkimi sposobami przekonać przychodzące do kliniki aborcyjnej kobiety, aby tam nie wchodziły i nie zrobiły tego co zamierzają zrobić (usunąć dziecko), oraz 'przemówić' rodzinie która prowadzi klinikę do rozsądku, aby doprowadzić do zamknięcia kliniki. Dopiero pod koniec materiału pokazany jest też obraz z punktu widzenia właścicieli kliniki aborcyjnej. W Stanach Zjednoczonych (przed chwilą doczytałem, akcja dokumentu dzieje się na Florydzie) aborcja jest dopuszczona i całkowicie legalna do 14 tygodnia ciąży. To jest trzy i pół miesiąca. Można być przez trzy i pół miesiąca w ciąży, po czym usunąć dziecko.

Może jeszcze zanim przejdziemy do dyskusji [(która będzie toczyła się w moim wnętrzu, pomiędzy mną a mną... :)], napiszmy kilka faktów. Wikipedia podaje, że rocznie (!) na całym świecie wykonuje się 56 milionów aborcji. Ja sobie nie zdawałem sprawy, że to są aż tak duże liczby. Uwaga, poczujcie to. Co roku w wyniku aborcji jest zabijanych 56 000 000 nienarodzonych jeszcze dzieci, które były w brzuszkach swoich mam. Mega smutne i mega przerażające. Nie wiem czy jest coś bardziej przerażającego, w tym momencie nic takiego nie przychodzi mi do głowy.

Wypisałem sobie 'na brudno' kilka wątków, które można tutaj poruszyć, i jest ich aż pięć, i to tak na szybko od ręki. A więc w tym temacie można powiedzieć bardzo dużo. Zróbcie sobie proszę jakąś dobrą owocową herbatę, bo wpis będzie długi :)

Zacznijmy od tego, czym jest to 'coś', co powstaje w brzuszku kobiety, gdy nastąpi 'zbliżenie' [co by użyć języka biblijnego :)] kobiety i mężczyzny. Istnieją na to 'coś' różne określenia. Mówi się o zarodku, o embrionie, o płodzie, czy o zbitku komórek. Ja mówię po prostu: 'dzieciątko'. Podzielimy sobie tutaj ludzkość na dwie części, na zwolenników i przeciwników aborcji, mimo że można by na pewno wyłonić jeszcze z ludzkości jakieś tam grupy pośrednie. Natomiast te grupy pośrednie nie są nam w tym momencie do niczego potrzebne w rozważaniach. A więc spór między zwolennikami a przeciwnikami aborcji osadza się często na tym, że to 'coś' jeszcze nie jest człowiekiem. To, czy coś jest człowiekiem czy nie, można dość łatwo określić. Wystarczy wziąć jakąkolwiek definicję słowa 'człowiek'. Swoją drogą, zauważcie, że ciężko jest podać definicję człowiek. Spróbowałem sobie przed chwilą sam wymyśleć takową definicję. No bo co powiecie: że człowiek to jest takie coś, co ma głowę, dwie ręce i dwie nogi? A ktoś kto stracił w wypadku całą rękę już nie jest człowiekiem? Jest. Powiecie że człowiek to jest istota rozumna? A dziadek który już nie rozumie absolutnie nic, bo od dawna choruje na chorobę Alzheimera, nie jest człowiekiem? No jest. Potrafilibyście podać swoją definicję? Czym jest 'człowiek'? Co to jest 'człowiek'? Ok, ale powiedzmy że jesteśmy w stanie odróżnić człowieka, od wszystkich innych rzeczy. Wiecie zapewne, że przeciwnicy aborcji mówią o tym, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć, kiedy zarodek staje się człowiekiem. Nie jesteśmy w stanie wskazać momentu, w którym embrion staje się człowiekiem. Jesteśmy w stanie powiedzieć mniej więcej dokładnie, w którym momencie podgrzewana woda zaczyna się gotować. Jesteśmy w stanie wskazać moment, w którym dziecko się rodzi. Jesteśmy w stanie wskazać dokładny moment, w którym zachodzi słońce. I tak dalej. Problem z człowiekiem jest taki, że 'zarodek' i 'człowiek' to po prostu słowa, to pojęcia filozoficzne. U motyli jest tak, że też mamy dwa pojęcia: gąsienica i motyl. Najpierw jest gąsienica, a potem jest motyl. Gąsienica w pewnym momencie przemienia się w motyla. Jesteśmy nawet w stanie wskazać dokładny moment, w którym się dokonuje ta przemiana, ale nie w tym rzecz teraz. Uwaga. U ludzi tak nie jest. Zarodek nie zamienia się w człowieka. To co się 'wykluwa' zaraz po zbliżeniu mężczyzny i kobieta określamy nazwą 'zarodek', żebyśmy lepiej wiedzieli o co nam chodzi w rozmowie, zwłaszcza gdy rozmawiają dwaj biolodzy. Natomiast to, co jest później, po urodzeniu, aż do śmierci, nazywamy 'człowiekiem'. To są pojęcia czysto filozoficzne, słownikowe. U ludzi 'zarodek' i 'człowiek' to jedno i to samo. Jeśli sobie to uświadomimy, to dalej już pójdzie z górki. Zarodek jest cały czas człowiekiem, aż do jego śmierci, a człowiek jest cały czas zarodkiem, od poczęcia aż do śmierci. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, że do tego momentu mamy do czynienia z zarodkiem, ze zbitkiem komórek, a od tego momentu to już nie jest zarodek, tylko człowiek.

Idźmy dalej. Zwolennicy aborcji pokażą nam zarodek, albo kilka-kilkaset komórek, i powiedzą: "zobaczcie, czy to wygląda jak człowiek?". No nie. To nawet nie przypomina człowieka. Zgadzamy się więc, że zarodek wygląda zupełnie inaczej niż człowiek. No i co z tego? Człowiek na każdym etapie swojego życia wygląda zupełnie inaczej. Człowiek w ciągu swojego życia cały czas się zmienia, jego wygląda cały czas się zmienia. Inaczej wygląda w brzuszku mamy zaraz po zaistnieniu (po zapłodnieniu), zupełnie inaczej wygląda gdy ma 2 miesiące, inaczej gdy ma 9 miesięcy i za chwilę ma się urodzić, inaczej wygląda gdy ma 5 lat, zupełnie inaczej gdy ma lat 30, i kompletnie inaczej gdy ma lat 90, a jeszcze inaczej 5 lat po śmierci, a także 150 lat po swojej śmierci. Wygląd człowieka się zmienia. Ale to jest cały czas jeden i ten sam człowiek, jeden i ten sam byt, jedno i to samo 'coś', prawda? No przepraszam, ale nikt mi nie powie, że jest inaczej :) Komórka jajowa pojawia się na świecie znikąd w pewnym konkretnym momencie historycznym. Uwaga - komórka jajowa nie jest człowiekiem. Pozostawiona sama sobie po prostu obumrze i zostanie wydalona, nigdy nie stanie się człowiekiem. Plemnik pojawia się na świecie znikąd w pewnym konkretnym momencie historycznym. Uwaga - plemnik również nie jest człowiekiem. Pozostawiony sam sobie po prostu obumrze i zostanie wydalony, nigdy nie stanie się człowiekiem. Ale gdy dojdzie do połączenia plemnika z komórką jajową, to takie 'coś', taki byt, pozostawiony sam sobie, stanie się człowiekiem. Zacznie się dzielić, zacznie rosnąć, zacznie się proces wykształcania i uruchamiania wszystkich narządów, zacznie przybierać postać (czyli wygląd) człowieka, w pewnym momencie (po 9 miesiącach) się po prostu urodzi, a po pewnym czasie (po około 90 latach) zwyczajnie umrze. To jest człowiek, od momentu poczęcia, do samej śmierci. Nie od urodzenia, bo to 'coś', co się rodzi, totalnie niczym nie różni się od tego, co przed momentem jeszcze było w brzuszku kobiety. To jest jeden i ten sam byt, ten sam zlepek komórek, od poczęcia do śmierci. Zaczyna się po prostu od jednej komórki, potem jest ich coraz więcej. Dokonując aborcji, czyli uśmiercając embrion, zabijamy to, co pozostawione samo sobie, po roku byłoby już normalnym dzieckiem. I tyle w tym akapicie. Idźmy dalej.

Powiedzieliśmy sobie, że aborcja jest zabiciem człowieka. Wychodząc od tego faktu, co powiemy na temat kobiet, które mówią: "Mój brzuch, moja sprawa."?, czarnych protestów, próbie ograniczania 'praw kobiet' [:)] przez władzę i różnego typu ustawy chroniące życie od poczęcia, na temat nielegalnych aborcji i 'wieszaków'? Przyznam Wam się szczerze, że gdyby ktoś mi nie wytłumaczył, dlaczego te kobiety w Polsce jakiś czas temu wyszły na ulice z wieszakami, to bym w życiu na to nie wpadł. Jak to typowy facet :). Chociaż znając siebie mam wrażenie, że nawet gdybym był kobietą, to bym się nie domyślił że wieszak może służyć do czegoś innego niż do wieszania ubrań w szafie, a już na pewno nie do tego, o czym dzisiaj rozmawiamy. "Mój brzuch, moja sprawa." Ok, zgadzam się z tym w stu procentach. Podpisuję się pod obiema rękami i nogami. Akurat tak się składa, że staram się zrzucić niepotrzebną tkankę tłuszczową, która się zgromadziła przez zimę, zacząłem ostro ćwiczyć brzuszki, żeby sobie wyrobić ładny sześciopak, i dobrze wyglądać nago latem na plaży. Poważnie. Mój brzuch, moja sprawa. Drogie panie, kobiety, dziewczyny i dziewczęta. Wasz brzuszek, Wasza sprawa. Ale uwaga, jeśli jesteście w ciąży, to w tym Waszym brzuszku macie innego człowieka. Czy naprawdę tak trudno to sobie wyobrazić? :) Tak jest akurat ten świat zbudowany, że nowi ludzie powstają w brzuszkach innych ludzi płci żeńskiej, tak spędzają pierwsze 9 miesięcy swojego życia, tam sobie normalnie żyją, rosną, a gdy są gotowi, wychodzą z brzuszków na światło dzienne. Drogie panie, macie w sobie innego [jakkolwiek strasznie to brzmi :)] człowieka. A nie wolno krzywdzić i zabijać innych ludzi. Proste. Jeżeli można skrzywdzić albo zabić tego człowieka który siedzi w Waszym brzuszku, to równie dobrze można skrzywdzić i zabić jakiegokolwiek innego człowieka. Bo niby dlaczego jednych ludzi można zabijać, a innych nie? Pomijam już nawet fakt, że dokonując aborcji, zabijacie swoje własne dzieciątko. Nie jakiegoś tam zupełnie obcego człowieka, tylko swoje własne dziecko, które po 9 miesiącach przyszłoby na świat. Jasne? Jasne. Idźmy dalej.

Został nam ostatni większy akapit do omówienia. Mianowicie co w sytuacji, gdy dziewczyna zostaje zgwałcona i zachodzi w ciążę. A także aborcja z innych, różnych powodów. Znacie mnie i wiecie, że nie jestem zatwardziałym 'katolikiem konserwatystą', który ślepo wierzy i powtarza prawdy które głosi Kościół. Wręcz przeciwnie. Jeśli uważam że w pewnych aspektach warto pójść inną drogą, niż tą którą wskazuje Kościół, będę pierwszy który to powie głośno i wyraźnie. Co zrobić w przypadku, gdy kobieta zostaje zgwałcona i zachodzi w ciążę. Łukasz mówi: fajnie jest postąpić tak, jak postąpiła Paulina, z filmu o którym wspomnieliśmy na początku tego wpisu. Dziecko które powstało w ten sposób, nie jest niczemu winne. Natomiast jest to bodajże jedyny przypadek, w jakim jestem w stanie zaakceptować aborcję. Zaraz powiem jeszcze o innych przypadkach, podobnych. W tym konkretnym przypadku dochodzi do głosu moja umiejętność zrozumienia drugiego człowieka, którą to umiejętnością się bardzo szczycę i sobie ją chwalę :). Moim zdaniem gwałt zadany kobiecie jest jedną z najgorszych rzeczy, jaką można zrobić człowiekowi. Jestem w stanie zrozumieć co taka kobieta doświadczyła, i czego nadal będzie doświadczać, nosząc w sobie przez 9 miesięcy tak poczęte dzieciątko. Uważam że dziewczyny, która postanawia nie przerywać ciąży i urodzić takie dziecko, ociera się o świętość. Myślę że gdybym był na miejscu papieża to od razu ogłaszałbym takie kobiety świętymi. Ale jestem w stanie zrozumieć te, które nie chcą takiego dziecka. W tym jedynym przypadku ja stoję za kobietą, i akceptuję taką czy inną jej decyzję. Absolutnie nie potępiam.

Natomiast jeśli chodzi o różne inne przyczyny podjęcia decyzji o aborcji, jestem już o wiele bardziej na nie. Można mnie oczywiście przekonać, ale nie będzie to łatwe. Młoda dziewczyna niepełnoletnia zachodzi w ciążę ze swoim chłopakiem? Albo nawet z jakimkolwiek, przypadkowym chłopakiem? Nie widzę żadnego logicznego powodu, żeby nie urodzić takiego dzieciątka. Jasne, Twoje życie się zmieni, i to pewnie całkowicie. Chodziłaś do szkoły, miałaś jakieś tam plany w życiu, i Twoje życie właśnie legło w gruzach? Proszę Cię :) Tak, Twoje życie się zmieni, i Twoje plany być może będą musiały się trochę zmienić. Jak myślisz, ile razy moje życie się zmieniało o 180 stopni, a z moich planów nie wychodziło totalnie nic, ale to totalnie. Mogłabyś się mocno zdziwić :). I uwaga - nigdy nie byłem nawet w ciąży :). Pozwól się temu dzieciątku narodzić. To jest tylko jeden rok wyjęty z Twojego życia. Gwarantuje Ci, że zmarnujesz jeszcze nie jeden rok w swoim życiu :) ja zmarnowałem ich już wiele. Nie chcesz mieć dziecka? Żaden problem. Po urodzeniu zostaw je po prostu w szpitalu, pielęgniarki i lekarze się nim zajmą.

Ojciec dziecka zostawia Cię, albo to był przypadkowy seks i nie znasz ojca dziecka? Myślisz że sobie nie poradzisz sama z dzieckiem? Gwarantuje Ci, że sobie poradzisz :) Nawet nie wiesz, jak silna jesteś. Jesteś biedna, albo jesteście biedni, żyjecie w ubóstwie z chłopakiem/mężem, macie już kilkoro dzieci, i nie stać Was na wychowanie kolejnego dziecka? Gwarantuje Wam, że to dzieciątko nie będzie dbało o pieniądze i o bogactwo, jeśli w zamian pozwolicie mu się urodzić i żyć. Jeśli mi mówisz o pieniądzach, że to one są problemem, na mojej twarzy może pojawić się tylko uśmieszek rozbawienia. Dlatego nie rozśmieszaj mnie takim tekstem, proszę Cię :)

Idźmy dalej. Jestem w stanie zaakceptować sytuację, w której dziewczyna bądź kobieta jest zmuszona usunąć dziecko. Na przykład młoda małoletnia dziewczyna, która nie podejmuje jeszcze w pełni samodzielnie i rozumnie decyzji odnośnie siebie samej, której rodzina każe usunąć ciążę. Uważam, że nie ma tu żadnej winy dziewczyny. Kiedyś chyba gdzieś czytałem, że w Chinach nie wolno mieć więcej niż dwójkę dzieci, aby ograniczyć populację kraju, z przyczyn ekonomicznych. W takiej lub podobnych sytuacjach, oczywiście również nie widzę żadnej winy kobiety. Tutaj winne jest państwo, rządzący, którzy ustanawiają takie przepisy.

Dalej. Akceptuję jak najbardziej przerwanie ciąży, która zagraża życiu kobiety. Podobnie jak w przypadku gwałtu, ja staję tutaj za kobietą, i akceptuję każdą jej decyzję. Natomiast prawo często dopuszcza również aborcję w przypadku, gdy po badaniach okazuje się, że dziecko ma wadę wrodzoną, która nie pozwala mu na przeżycie, gdy wiadomo że dziecko będzie bardzo mocno upośledzone. Ja osobiście nie jestem w takich przypadkach za zabijaniem. Łukasz mówi: nie jest naszą winą, że dzieciątko będzie chore. Jest to sprawa Boga. Bo wszystko co się dzieje, jest Jego sprawą. Jeśli Bóg pozwala, żeby zaistniało życie, i żeby to dzieciątko było ciężko chore i cierpiało, Jego sprawa. Nic nam do tego, nie ma tu żadnej naszej (ludzkiej) winy. Nie jest to fajne. Nie jest fajnie patrzeć na cierpienie własnego dziecka. Natomiast ja bym spróbował się z tym zmierzyć. Podchodząc do tego właśnie w ten sposób. Dziecko zawsze można zostawić w szpitalu, albo oddać do domu dziecka, jeśli się okaże, że nie jesteśmy w stanie go przyjąć, że mama i tata nie są w stanie.

Tyle z mojej strony. Myślę że jako tako żeśmy wyczerpali temat :) To będzie na pewno jeden z najdłuższych wpisów na tym blogu.

I tym optymistycznym akcentem...

O zmianach

Czyli o tym, co nieuniknione.

Dzień dobry. Mamy połowę lutego, termometr za oknem pokazuje -2 stopnie, a więc u góry obrazek mocno zimowy, mimo że za chwilę będzie już marzec, a więc zima powoli powinna dobiegać końca :)

Jak być może zauważyliście, ostatnio kilka rzeczy na blogu uległo zmianie. Przede wszystkim z działów 'Filmy i seriale', 'Książki' oraz 'Gry' zniknęły okładki oraz plakaty. Osobiście uważam, że im więcej się mówi na temat jakiegoś filmu/gry/książki, tym lepiej dla danego dzieła, oczywiście dlatego że popularność wzrasta. Autorzy nie powinni mieć zatem nic przeciwko temu, że blogerzy tacy jak ja zamieszczają na swoich blogach okładki książek, plakaty filmowe, czy okładki pudełek od gier. Prawo jednak jest w tym zakresie w miarę jasno sformułowane. Okładki i plakaty są objęte prawem autorskim, i z tego co wiem nie wolno ich umieszczać na swoich stronach bez zgody autora, lub też bez zgody organizacji, która ma prawa do danego plakatu, np. wytwórni filmowej. Dlatego wszystkie okładki i plakaty zostały zastąpione oficjalnymi grafikami albo pojedynczymi kadrami. Od teraz o ile tylko będzie to możliwe, jako ubogacenie i uzupełnienie recenzji będziemy zamieszczać właśnie oficjalnie dostępne grafiki (Gry), kilka kadrów (Filmy i seriale), czy też ze dwa-trzy screeny z danej produkcji (Gry). W przypadku książek z tego co się zorientowałem, wśród blogerów jest rozpowszechniona bardzo fajna praktyka, polegająca na tym, że daną książkę (okładkę) się po prostu fotografuje, i umieszcza w recenzji właśnie taką fotografię. Tak też będziemy robić w przyszłości.

Kolejną rzeczą jaka uległa zmianie, jest podtytuł na stronie głównej. Z 'blog o rzeczach różnych' zrobiliśmy 'blog wielotematyczny', bo wydaje mi się że to określenie lepiej oddaje rzeczywistość. Zmodyfikowałem też nieznacznie tekst na głównej stronie, dodając akapit, który mówi że postaramy się, aby nowy wpis powstawał nie rzadziej niż raz w tygodniu. I rzeczywiście postaram się tego trzymać. Oczywiście wszyscy wiemy jak z tym staraniem bywa. Mimo wszystko chciałbym, aby nowy wpis pojawiał się przynajmniej raz w tygodniu, zwykle, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, w sobotę lub niedzielę.

Przed momentem przejrzałem sobie ilość wpisów we wszystkich kategoriach. Mam pewien pomysł na wprowadzenie jednej kategorii, natomiast zastanawiam się czy nie wyrzucić tych, w których wpisów coś nie bardzo przybywa. Jeszcze dzisiaj nie będziemy tego robić, ale być może pewnego dnia kilka kategorii zniknie bezpowrotnie, a pojawi się jakaś nowa. Wynika to z tego, o czym już kiedyś mówiłem. Czyli z tego, że jestem bardzo zmiennym człowiekiem, interesuje mnie wiele różnych rzeczy, czasami wpadam na szalony pomysł: "Będę robił blog na temat fotografii!". Oho, tak, jasne. W dziale 'Fotografia' stanęło na dwóch wpisach (bo przecież mamy luty, jest stanowczo za zimno, żeby gdziekolwiek łazić z aparatem i marznąć), w dziale 'Wrocław' sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej (jeden wpis...), podobnie jest z działami 'Podróże' i 'Tech'. Te cztery działy w zasadzie są martwe. Także proszę się nie dziwić, jeśli pewnego dnia zostaną pogrzebane.

Ostatnią zmianą o jakiej chcę dziś powiedzieć, a którą wprowadzimy niebawem, będzie zmiana adresu internetowego, a co za tym idzie, również nazwy całego bloga. Jak się zapewne domyślacie, wynika to z chęci zaoszczędzenia paru groszy. Przedłużenie ważności domeny na kolejny rok to kwota stu złotych, które można przeznaczyć np. na pizzę. Ruch na stronie jest na tyle niewielki, że spokojnie możemy sobie na to pozwolić. Nie jest jeszcze wybrany nowy adres. Poinformuję o tym w którymś z najbliższych wpisów. Jeśli ktoś czyta tego bloga namiętnie i podoba mu się to co robię, spokojnie, cały blog zostanie przeniesiony, zmieni się tylko i wyłącznie adres i nazwa serwisu, cała reszta zostaje bez zmian. Jeśli więc chcecie kontynuować tę niezwykłą podróż w głąb mojego umysłu... [:)], to śledźcie uważnie kolejne wpisy. Gdy tylko zostanie wybrana nowa nazwa i nowy adres, informacja o tym pojawi się zaraz na początku któregoś z kolejnych wpisów.

Jak już zaczęliśmy rozmawiać o pieniądzach, to może powiedzmy sobie od razu coś więcej na ten temat, tak przy okazji. Będziecie mieli w miarę pełny obraz tego, ile kosztuje posiadanie własnej strony internetowej. 'Posiadaniem' w cudzysłowiu, ponieważ nie wszystko jest moje. Strona internetowa, taka jak ten cały blog, aby była dostępna dla wszystkich użytkowników Internetu, musi znajdować się na jakimś komputerze (serwerze) z dostępem do Internetu. Myślę że to jest oczywiste dla wszystkich. Teoretycznie więc moglibyśmy umieścić stronę na naszym domowym komputerze. Ale uwaga. Taki komputer (serwer) musi być non stop włączony, aby użytkownicy mogli się z nim łączyć i oglądać stronę. Dalej, ten dostęp do Internetu musi być bardzo szybki, żeby wielu użytkowników (w przypadku dużych popularnych portali nawet kilkaset tysięcy) jednocześnie mogło oglądać stronę. I do tego jeszcze musi być super zabezpieczony, przed wszelkiego rodzaju wirusami i złośliwymi użytkownikami. Najczęściej więc korzysta się z serwera specjalnie przystosowanego do takich celów. Ja osobiście już od kilku lat korzystam z firmy home.pl, i bardzo sobie chwalę tę współpracę. Wiem że na innych portalach świadczących tego typu usługi ceny wyglądają podobnie. Na home.pl sprawa wygląda na dzień dzisiejszy następująco: wykupienie sobie władnej domeny, czyli adresu internetowego, np. www.marek.pl, trzeba zapłacić około 10 zł na pierwszy rok. Teraz mi się tak skojarzyło, że kiedyś już chyba gdzieś o tym pisałem :) No ale co tam, najwyżej będzie drugi raz. A więc na cały pierwszy rok będziemy mieli swój własny adres za 10 zł, albo nawet za darmo, jeśli trafimy akurat na jakąś promocję. Teraz akurat trwa promocja '5 domen za 0 zł'. Ale niestety przedłużenie ważności domeny na każdy kolejny rok to jest już kwota 100 zł za każdy kolejny rok. Jeśli nasza strona internetowa nie przynosi żadnych zysków, a do tego nie ma zbyt wielu czytelników, i nie zależy nam na jej adresie, to czasami nie ma sensu płacić 100 zł, jeśli można wziąć sobie jakiś inny adres za 10 zł. I dokładnie tak samo wygląda sprawa z serwerem, a konkretnie z miejscem na serwerze. Obecnie za 100 GB pojemności na serwerze zapłacimy około 50 zł za cały pierwszy rok. Taki wykupiony 'serwer' to jest najnormalniejszy w świecie katalog, w którym trzymamy wszystkie nasze strony. Po wykupieniu usługi 'miejsca na serwerze' możemy na nim trzymać tyle stron, ile nam się tylko podoba. Oczywiście do tego określonego limitu. Czyli wszystkie nasze pliki (strony internetowe), które trzymamy na serwerze, nie mogą przekroczyć np. tych 100 GB. Niestety przedłużenie ważności usługi na serwer kosztuje już kilkaset złotych, nie pamiętam teraz dokładnie, chyba coś pomiędzy 200 a 300 zł za każdy kolejny rok. Jeśli Wasza strona nie przynosi zysków pozwalających na jej utrzymanie, rezygnujecie z przedłużenia, i wykupujecie nową usługę serwera, płacąc znowu w okolicach 40-70 zł na rok, w zależności od wybranej opcji (ilość miejsca na serwerze, itp.). Tak więc, 'posiadanie' własnej strony internetowej, na 'własnym' serwerze, i z własnym adresem internetowym, nie jest już dziś strasznie drogie, i każdy może sobie na to pozwolić.

Mam takie wrażenie, że powinienem napisać jeszcze o jedne kwestii. Jak widzicie, jest to taki wpis trochę oszukany, chociaż w sumie można by go potraktować też zupełnie poważnie, jako wpis na temat 'prowadzenia bloga', albo też o tym, że 'wszystko się zmienia'. Dlatego pozwolimy sobie tutaj na pewną dygresję, zupełnie nie związaną z tym co było wyżej. Nie pamiętam czy już gdzieś kiedyś o tym mówiłem, czy może jeszcze nie. Dlaczego mianowicie bardzo często używam liczby mnogiej, pomimo że prowadzę tego bloga całkiem sam. Na pewno nieraz zwróciliście na to uwagę. No więc, odpowiedź brzmi: nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu taki styl pisarski. Dokładnie w ten sam sposób pisałem np. swoją pracę magisterską. Piszę w ten sposób od bardzo dawna, przyzwyczaiłem się już do tego. Uwaga - nie mam schizofrenii :) To nie jest na takiej zasadzie, że myślę o sobie jako o kilku osobach. Używanie liczby mnogiej to tylko i wyłącznie wybrany przeze mnie świadomie styl pisania. Nic poza tym. Być może to jest dziwne, być może ktoś może tego nie lubić. Nic na to nie poradzę. Mój blog, moje zasady :)

I tym optymistycznym akcentem...

O polskich obozach śmierci

Czyli o świętej wojnie jaką Polacy wypowiedzieli Niemcom w roku 2017.

Witajcie. Już od kilku tygodniu zamierzałem napisać co nieco na temat akcji, jaka się rozpętała w polskim Internecie odnośnie sformułowania, które widnieje w tytule tego wpisu, a Którego Absolutnie Nie Godzi Się Używać. Pewnie niektórzy z Was już słyszeli, że powstała nawet specjalna strona internetowa, wyszukująca właśnie to sformułowanie w Internecie. Strona o której mowa podaje linki, w które internauci mogą kliknąć, żeby się przenieść na daną haniebną witrynę, która dopuściła się zamieszczenia Sami Wiecie Jakiego Sformułowania. Teraz więc trochę strach go używać. Ostatnio znowu rozpętała się afera, bo dosłownie kilka dni temu Antyradio na swoim portalu zamieściło artykuł sprzeciwiający się Sformułowaniu Którego Nie Wolno Używać, i nieopatrznie zamieściło również grafikę z Napisem Którego Nie Wolno Zamieszczać. Od razu więc w tym wstępie napiszmy, że w tytule tego posta tylko i wyłącznie przytaczamy słowa, które krążą po Internecie, np. na Wikipedii. Absolutnie nie są to nasze słowa, podajemy je tutaj tylko i wyłącznie po to, aby czytelnicy wiedzieli, o jakie słowa chodzi. Trzeba nam również powiedzieć, że absolutnie nie zamieściliśmy tych słów po to, aby nasz portal odnalazła wspomniana na wstępie strona, automatycznie wyszukująca w sieci Sformułowania Którego Nie Wolno Używać. I może jeszcze tak na wszelki wypadek od razu przeprośmy wszystkich ludzi, którzy mogli poczuć się urażeni tym, że użyliśmy Tego Sformułowania w tytule tego postu. Najmocniej przepraszamy. Nie mieliśmy zamiaru nikogo urazić ani obrazić.

Ok. To teraz, gdy już wydaje się że wszystkie formalne kwestie mamy załatwione, przejdźmy do meritum sprawy. Akcja 'uświadamiania Niemców' trwa już od dobrych kilku tygodni. Zaczęło się bodajże od tego, że niemiecka telewizja ZDF użyła Sformułowania Którego Nie Wolno Używać. Jak podają Internety, został jej wytoczony proces przez byłego więźnia Auschwitz Karola Tenderę. Telewizja przegrała sprawę w sądzie i miała na swojej stronie internetowej przeprosić. Niby przeprosiła, ale gdzieś tam na samym dole strony małymi literkami, czyli nie do końca w sposób, jaki nakazał sąd. A już na pewno nie w sposób, w jaki życzyłby sobie Pan Karol i Polacy. Ale moim zdaniem afera w polskim Internecie rozpętała się od czegoś innego. Wydaje mi się że punktem zapalnym tego, że w polskiej sieci zawrzało, był ogromny billboard na kółkach, przyczepiony do samochodu, którym Polacy jeździli sobie po świecie, zaczynając od siedziby owej niemieckiej telewizji. Na billboardzie wielkimi literami widniał napis: "Death camps were nazi german. ZDF apologize!. GermanDeathCamps.org". Obok napisy na billboardzie widnieje grafika przywodząca jednoznaczne skojarzenia z Adolfem Hitlerem, wykonana w pomysłowy sposób. Przedstawia najprawdopodobniej wejście do któregoś z obozów koncentracyjnych i unoszące się na niebie włosy. Ułożenie włosów jest identyczne jak fryzura Adolfa ze starych fotografii, a samo wejście do obozu wystylizowano tak, aby przypominało jego wąsik. Jeśli ktoś przynajmniej raz w życiu widział Adolfa Hitlera na starych filmach lub fotografiach, nie będzie miał żadnych wątpliwości, że grafika ma budzić jednoznaczne skojarzenia z osobą wodza.

Dzisiaj przeczytałem, że Antyradio zostało zgłoszone do prokuratury za przytoczenie owej grafiki. Zgłoszenia dokonała tzw. Reduta Dobrego Imienia, czymkolwiek jest. Swoją drogą jak widać organizacja ta też wpadła na pomysł, żeby swoją nazwę zaczerpnąć z Harrego Pottera :). Ciekawe są dwa fakty w związku z tym zgłoszeniem do prokuratury. Minęło kilka dni od owego zgłoszenia, i jak sobie dzisiaj wszedłem na artykuł Antyradia który jest sporem w całej tej sprawie, moim oczom ukazała się już inna grafika, niż ta do której odnoszą się Internety, odwołujące się do Antyradia. Napis Którego Nie Wolno Wymawiać pozostał ("Polish death camps. Not german. Remember!'), ale został na nim domalowany znak 'zakazu skrętu w prawo, tylko że bez strzałki'. Już miałem ochotę zacząć psioczyć na Internety, że grafika którą przytaczają w oryginalnym artykule Antyradia wcale tak nie wygląda. Natomiast w tym momencie przyszło mi na myśl, że najprawdopodobniej Antyradio po aferze z prokuraturą wystraszyło się, i domalowało 'znak zakazujący skrętu w prawo, tyle że bez strzałki'. To jest pierwszy fakt. Natomiast drugi jest taki, że Antyradio jedynie przytacza (powiela, kopiuje) grafikę z serwisu 4chan.org, która to została znaleziona dzięki stronie PomozPamietac.pl. Jest to wprost napisane w artykule. Wydaje się jedynie, że zostało to dodane później, być może po zgłoszeniu do prokuratury, ponieważ akapit ten znajduje się na szarym tle, wyróżniającym się z reszty artykułu (białe tło). Ale tego nie mogę stwierdzić, ponieważ nie widziałem oryginały tuż po pojawieniu się, są to więc tylko i wyłącznie moje domniemania. Natomiast uwaga. Przecież dokładnie to samo, co najpierw zrobiło Antyradio, teraz robią wszystkie portale opisujące całą sprawę, a jest ich naprawdę niemało. Na swoich stronach większość z nich przekleja właśnie tę haniebną grafikę, którą wpierw ze strony 4chan.org przekleiło Antyradio. A więc jeśli Antyradio zostało podane do prokuratury za zamieszczenie na swoim portalu owej obrazoburczej grafiki, to teraz trzeba koniecznie wyszukać i zgłosić do prokuratury wszystkie te pozostałe portale, które opisały całą sprawę, i również zamieściły ową haniebną grafikę.

Tak jak pisałem, przeczytałem dokładnie cały artykuł w Antyradiu. I najśmieszniejsze w tej całej aferze jest to, że artykuł jest przeciwny Sformułowaniu Którego Nie Wolno Wymawiać. Co więcej, celem powstania artykułu było właśnie przeciwstawienie się temu Sformułowaniu i walka o prawdę. Nagłówek artykułu nosi tytuł: "I Ty możesz walczyć z „polskimi obozami zagłady” w internecie", natomiast podtytuł mówi: "Razem możemy powiedzieć gromkie „NIE” wypaczaniu historii dzięki witrynie, która na żywo śledzi pojawienia w sieci sformułowania „polish death camp” i podsuwa adresy do publikacji, tak by można było wyrazić swój słuszny gniew i oburzenie." Główną treścią artykułu jest przedstawienie wspomnianej wyżej strony pomozpamietac.pl, wyszukującej w sieci Sformułowanie Którego Nie Wolno Używać. Antyradio walcząc w słusznej sprawie, jak to czasami w życiu bywa, zostało ukarane skierowaniem do prokuratury i naznaczone w Internecie (portale informacyjne, media, komentarze internautów). Cóż, takie życie.

Z tego co wyczytałem na różnych portalach, Antyradiu zarzuca się, że zamieszczając taką a nie inną grafikę, chciało przyciągnąć do artykułu odbiorców. Że niby jesteśmy 'pokoleniem obrazkowym', że ludzie dzisiaj często nie czytają tekstów, a jedynie przeglądają obrazki, itd. Nie podlega żadnej wątpliwości, że obrazki przyciągają naszą uwagę. Moim zdaniem nagłówki również przyciągają uwagę, być może nawet większą niż obrazki. Z tego powodu że tych obrazków jest dzisiaj tak ogromna ilość, to moją uwagę osobiście chyba bardziej nawet przyciągają krzykliwe nagłówki, a więc jednak teksty, słowa, litery, niż obrazki. Natomiast jak najbardziej zgodzimy się z tym, że obrazy przyciągają (patrz chociażby Facebook, który funkcjonuje głównie w oparciu o obrazy), i wzbogacają artykuł. Z tego też powodu myśmy wprowadzili obrazy na nasz portal. Pamiętacie zapewne, że dawniej na tym portali nie było obrazów. Zostały dodane dopiero w pewnym momencie, już po jakimś czasie życia bloga. Czy moim zdaniem Antyradio zamieszczając tę grafikę przekroczyło jakieś granice? Moim zdaniem nie. Jeśli miałbym powiedzieć o jakimkolwiek przekroczeniu granic przez portal, to prędzej powiedziałbym o pornografii czy erotyce, które także są na portalu Antyradia obecne. Wedle mojego osobistego uznania, pornografia jest większym przekroczeniem granic, niż grafika z podmienionym tekstem, a w szczególności ta konkretna grafika z tym konkretnym tekstem ("german death camps, not polish, remember" podmienione na "polish death camps, not german, remember"). Poprzez umieszczenie tej grafiki został osiągnięty (zapewne niecelowo) trochę taki efekt, jakiego ja bym sobie życzył, gdybym to ja zrobił coś takiego (wykonał taką grafikę, i zamieścił ją na swoim portalu).

Jaki efekt mam na myśli? Powstało wielkie internetowe oburzenie na pewne sformułowanie. Założę się że wiele razy widzieliście sformułowanie oryginalne: "german death camps, not polish, remember", i że nic Was w tym sformułowaniu nie uderzyło, nie zabolało ani nie ukłuło. No więc, mnie ukłuło. Tak jak Was, drodzy internauci (uwaga: nie mylić z czytelnikami mojego bloga), ukłuło sformułowanie, które ktoś najprawdopodobniej dla jaj zmodyfikował i poprzestawiał wyrazy, tak że wyszło: "polish death camps, not german, remember"). Ukłuł mnie również samochód z wielkim billboardem z tekstem: "Death camps were nazi german. ZDF apologize!. GermanDeathCamps.org" i grafiką kojarzącą się jednoznacznie z Adolfem Hitlerem, jeżdżący po całym świecie (Niemcy, Bruksela). Ukłuła mnie wielka akcja w mediach społecznościowych, czyli święta wojna ze Sformułowaniem, Którego Nie Wolno Wymawiać. Dlaczego mnie to ukłuło? Bo jedną z najważniejszych zasad w moim życiu jest zasada: "Nie krzywdź, nie sprawiaj bólu". Bo jestem chrześcijaninem i wyznają zasady chrześcijańskie w czystej postaci, a więc te które są zapisane w Piśmie Świętym. Bo wzorem do naśladowania jest dla mnie Jezus, nie tylko w teorii, ale przede wszystkim w praktyce, w życiu codziennym. Bo uważam, że takie 'uświadamianie Niemców' nie jest potrzebne, że ono nie przynosi dobra, a może przynieść zło. A staram się unikać wszystkiego, co może przynieść zło, a raczej na pewno nie przyniesie dobra.

Żebyście mnie źle nie zrozumieli. Nie mam nic przeciwko powiedzeniu, że sformułowanie 'polskie obozy śmierci' jest niewłaściwe, jeżeli przez to sformułowanie rozumiemy 'obozy śmierci założone bądź prowadzone przez Polaków, w których to Polacy zabijali ludzi'. Jasne, jeśli taka jest prawda, należy to jasno i wyraźnie powiedzieć. Ale powiedzieć raz, 'w cztery oczy', komuś kto nie zdaje sobie sprawy z tego, jak brzmi prawda, komuś kto był w błędzie. Nie mam żadnych znajomych Niemców, natomiast moim zdaniem przez taką akcję jaka ma obecnie miejsce robimy sobie z Niemców wrogów. Taka akcja, na taką dużą skalę jak to ma miejsce obecnie, moim zdaniem jest niepotrzebna, z tego prostego powodu, że nie przynosi dobra, a na pewno przynosi jakieś tam zło. W postaci chociażby tylko zdegustowania Niemców, a być może nawet rodzi nienawiść. Młodych Polaków obecnych w Internecie do Niemców, i Niemców do Polaków.

Przeprowadźmy pewien mały eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie przez moment sytuację odwrotną do zaistniałej. Załóżmy że w Niemczech były obozy śmierci, utworzone za czasów wojny przez Polaków, w których strażnikami byli sami Polacy, i to Polacy mordowali ludzi, głównie Żydów. Po pierwsze, myślicie że łatwo byłoby nam się przyznać publicznie w mediach głównego nurtu, np. w którejś z podstawowych stacji telewizyjnych, największych portali internetowych lub gazet, że to były 'polskie obozy śmierci'? Jeśli tak Wam się wydaje, to jesteście w błędzie. Zapewniam Was, że wcale nie byłoby to takie łatwe. O wiele łatwiej byłoby powiedzieć, że były to 'niemieckie obozy śmierci', i później próbować to jakkolwiek odkręcić, wytłumaczyć, lub nawet przeprosić. A po drugie, wyobraźcie sobie proszę, że po Polsce jeździ samochód ciągnący przyczepkę z wielkim billboardem, z napisem 'polskie obozy śmierci'. Co byśmy zrobili, my - Polacy, gdybyśmy w jakimś mieście natknęli się na ową przyczepę? Wyobraziliście sobie? Widzicie to oczami wyobraźni? :) No właśnie. Wikipedia podaje, że tęcza na Placu Zbawiciela w Warszawie była podpalana siedmiokrotnie. Siedem razy! A to była tylko zwykła tęcza :). Taki billboard nie ujechałby w Polsce zbyt daleko.

I na koniec powiem jeszcze pewnie najbardziej obrazoburcze słowa :) Osobiście nie mam nic do samego sformułowania 'polskie obozy śmierci'. Wiem doskonale, że zostały stworzone przez Niemców, i że to Niemcy nimi kierowali. Uczyłem się o tym od dziecka: w szkole podstawowej, w liceum, a także ogólnie z tego co słyszałem od innych ludzi, z radia, telewizji, Internetu. Słysząc to sformułowanie nigdy nie przyszło mi do głowy, że obozy te mogły zostać zbudowane i kierowane przez Polaków. Uwierzcie mi, naprawdę nigdy. Oczywiście do czasu wybuchu afery o której jest tutaj mowa. Wcześniej zawsze ilekroć usłyszałem to sformułowanie, rozumiałem przez nie po prostu 'obozy, które znajdowały się w Polsce', czyli 'na terytorium Polski'. Dlatego sformułowanie 'polskie obozy śmierci / polskie obozy koncentracyjne' mnie osobiście w ogóle nie gorszy. Bo ja rozumiem przez to po prostu co innego, niż inni.

To teraz nie pozostało mi już nic innego, jak tylko się z Wami pożegnać i ze spokojem oczekiwać na wezwanie od prokuratury :)

I tym optymistycznym akcentem...

O studiach idealnych

Da się? Da się. Tylko trzeba chcieć. A dzisiaj mało komu się chce.

Wyobraźcie sobie studia, które dają wam całkowitą wolność. Wcale nie było jakoś strasznie trudno się dostać na takie studia. W zasadzie każdy kto tylko chciał, mógł się na nie dostać. Od razu na starcie otrzymujesz listę wszystkich przedmiotów, jakie są prowadzone na studiach. To ty wybierasz sobie, na jakie przedmioty chcesz w danym roku uczęszczać. To ty podejmujesz decyzję, czy chcesz mieć w danym roku akademickim dużo przedmiotów, tak abyś miał cały dzień wypełniony zajęciami, czy może akurat w tym roku chcesz mieć niewiele przedmiotów. Tylko od ciebie zależy, czy chcesz mieć zajęcia w każdy dzień tygodnia, czy może chciałbyś mieć zajęcia tylko przez np. trzy dni w tygodniu, ale wypełnione od rana do wieczora, a dwa dni w tygodniu chciałbyś mieć wolne. Zajęcia odbywają się również w weekendy, dla studentów zaocznych. Nie ma żadnego problemu z tym, że jesteś studentem studiów dziennych, ale uczestniczysz sobie w jakichś zajęciach w soboty wieczorem, bo np. właśnie wówczas odbywają się zajęcia, które cię zainteresowały. To ty wybierasz sobie godziny zajęć, czy wolisz chodzić na takie które odbywają się od rana, i wszystkie wieczory masz wolne, czy może nie lubisz wstawać wcześnie rano, a za to nie masz nic przeciwko, aby chodzić na zajęcia wieczorami. Jeśli jesteście studentami, albo byliście nimi kiedyś, to jestem przekonany że doskonale wiecie, że takie wieczorne zajęcia mają w sobie coś magicznego już tylko z tego powodu, że odbywają się właśnie późnymi wieczorami. Wykłady dodatkowe, tzw. monograficzne, mają to do siebie, że zwykle są o wiele ciekawsze, niż te normalne, 'obowiązkowe' (chociaż na tej uczelni, o której wam dzisiaj opowiadam, nie ma przecież czegoś takiego, jak zajęcia 'obowiązkowe'). Wracanie z uczelni do domu o godzinie 21:00 z takiego dodatkowego nieobowiązkowego wykładu naprawdę ma w sobie coś fajnego.

Prawda że już w tym momencie wygląda to dość niezwykle? To posłuchajcie dalej. Dostaliście się na studia na tej uczelni na jakiś jeden konkretny kierunek. Ale że jest to jedna z najlepszych uczelni na świecie, to przecież inne kierunki też wydają wam się bardzo atrakcyjne. Albo po prostu jesteście ciekawi jak wygląda studiowanie na innych kierunkach. Być może zainteresowały was jakieś konkretne przedmioty na innych kierunkach. No to posłuchajcie: nie ma najmniejszego problemu z tym, żebyście sobie wybrali za przedmiot w danym roku akademickim przedmioty, które są wykładane na innych kierunkach niż wasz. Możecie wybierać sobie zupełnie dowolnie z wszystkiego, co oferuje dana uczelnia. Co więcej, uczelnia ma podpisane umowy o współpracy z innymi uczelniami w mieście. A to oznacza, że jeśli tylko macie ochotę, możecie sobie pójść na wykład który prowadzi jakaś inna uczelnia, i nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby was z takiego wykładu wyrzucić.

Kolejna sprawa: kwestia sesji, egzaminów i zaliczeń. Zasadniczo, oczywiście w sesji są egzaminy. Ale jeśli student uzna, że nie chce zdawać egzaminu, bo nie jest mu on do niczego potrzebny, że nie potrzebuje oceny, i że wystarczy mu na koniec samo otrzymanie zaliczenia z danego przedmiotu, to na ostatnich zajęciach podchodzi do profesora z kartką papieru, na której jest prośba o zaliczenie przedmiotu na podstawie obecności na wykładach. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby jakiś wykładowca odmówił podpisania nam takiego dokumentu. Oczywiście na żadnym wykładzie w ciągu całego semestru ani razu nie była sprawdzana obecność. Czyli tylko i wyłącznie do ciebie zależy decyzja, czy chcesz zdawać egzaminy czy nie.

Nasza uczelnia jest jedną z lepszych uczelni wyższych na świecie. Zajęcia odbywają się w języku angielskim, studiują tutaj ludzie z całego świata. Uczelnia jest tak dobra, bo władze uczelni są w stanie zapłacić dobre pieniądze, żeby tylko ściągnąć najlepszych wykładowców, specjalistów w swoich dziedzinach, niezależnie od kraju z jakiego pochodzą.

Lubicie książki, nie wyobrażacie sobie życia bez czytania, chcielibyście mieć dostęp do pojedynczych egzemplarzy i samych źródeł wybranych dzieł sztuki? No to wyobraźcie sobie jak musi wyglądać biblioteka na takiej uczelni. Przepiękny, ogromny stary budynek, który już sam w sobie ma niesamowity klimat. A w środku niesamowite wręcz ilości książek ze wszystkich dziedzin jakie tylko można sobie wyobrazić. Gdybyście chcieli jedynie przejść się po całej bibliotece, żeby tylko zorientować się mniej więcej ile i jakie książki są w każdym momencie do waszej dyspozycji, musielibyście na to poświęcić przynajmniej dzień-dwa, i to nie zatrzymując się dłużej przy żadnym z regałów. Oczywiście jeśli macie taką potrzebę, możecie sobie skanować i kserować materiały do woli, a ogromną większość dzień można zabrać sobie do domu, żeby w spokoju przeczytać.

Jak już się może domyślacie, taka uczelnia istnieje naprawdę, i miałem ogromną przyjemność osobiście na niej studiować. Podczas studiów udało mi się skorzystać z programu Socrates Erasmus i na jeden cały rok wyjechać na studia do Belgii do typowo studenckiego miasteczka w Leuven, na University of Leuven - Katholieke Universiteit Leuven. Swoją drogą, jeśli akurat studiujecie, albo studia są jeszcze przed wami, i będziecie mieli okazję wyjechać sobie gdzieś na Erasmusa do innego kraju, nie wahajcie się ani chwili. Prze jeden lub dwa semestry macie okazję całkowicie za darmo (otrzymujecie duże stypendium) pomieszkać sobie i postudiować w zupełnie innym kraju. To jest najprawdopodobniej najfajniejsza rzecz jaka mi się przydarzyła w życiu jak dotąd. Wszystko co opisałem powyżej to nie żadne wymyślone banialuki. Naprawdę tak mogą wyglądać studia.

P.S. U góry macie zdjęcie biblioteki, o której pisałem. Robi wrażenie. Jeden z najładniejszych budynków jakie widziałem w życiu. I jeszcze dwie fotografie. Na obydwu zdjęciach jedno i to samo miejsce w Leuven, pierwsze zrobione za dnia, drugie wieczorem z innej perspektywy.

O posiadaniu wszystkiego

Bogactwa duchowe i ziemskie.

Kiedyś gdzieś wpadła mi w ręce bardzo fajna modlitwa, nie pamiętam już jak i gdzie, i nie jestem w stanie jej w tym momencie znaleźć w google. Ale jej sens był mniej więcej taki: „Panie Boże, chciałbym, abyś dał mi wszystko. I uważam, że to, że ja otrzymam wszystko, zupełnie w niczym nie przeszkadza, aby inni również otrzymali wszystko.”

Istnieje taka teoria, że po śmierci każdy człowiek otrzyma od Boga swój własny świat. Ale nie taki już gotowy, w którym wszystko już istnieje, zrobiony od początku do końca, skończony. Każdy z nas będzie miał po śmierci możliwość stworzenia swojego własnego świata, od początku do końca, całkowicie od zera.

Istnieje jeszcze inna teoria. Mówiąca, że o co tylko poprosimy Boga w imię Jezusa Chrystusa, Bóg nam to da. Wedle tej teorii, w każdym momencie możemy poprosić Boga o cokolwiek, a będzie nam to dane.

I właśnie na tym osadzona jest ta modlitwa. Oczywiście w oryginale była ona o wiele dłuższa, nie jestem w stanie przytoczyć jej w całości w tej chwili z pamięci, ale chodziło w niej właśnie o to. Uważam, że jest absolutnie genialna. Zobaczcie. Jeżeli każdy z nas może prosić o cokolwiek, to każdy człowiek może otrzymać od Boga absolutnie wszystko, co tylko zapragnie. A zatem każdy człowiek jest w stanie otrzymać wszystko, i w niczym nie będzie to przeszkadzało [przynajmniej w teorii :)], aby inni ludzie również otrzymali wszystko (o co tylko poproszą).

Chyba nigdy jeszcze wam o tym nie mówiłem. Pewnie to głupie, ale marzy mi się tak trochę, żeby nie mieć nic, żeby zostać bezdomnym, żebrakiem proszącym o pieniądze na ulicy. Za każdym razem, gdy widzę osobę, która siedzi dzień w dzień przez kilka godzin przed kościołem z garnuszkiem w dłoni i prosi chociaż o kilka groszy, to tak sobie myślę, że gdyby cały ten czas, zamiast klęczeć przed kościołem, spędzić klęcząc w środku, w kościele, na modlitwie, adoracji, rozmowie z Bogiem, to taka osoba po roku zostałaby mistrzem duchowym modlitwy. Jestem przekonany, że gdybym spędził choćby jeden rok dzień w dzień przez kilka godzin na modlitwie w kościele, to po takim roku przerastałbym wszystkich księży razem wziętych z tego kościoła, jeśli chodzi o bliskość z Bogiem, szkołę modlitwy, kontemplację tajemnic wiary itp.

Oczywiście mogę sobie tak gdybać, jak fajnie byłoby być bezdomnym, dopóki nim nie jestem. Gdyby mi się to przydarzyło naprawdę, pewnie wcale nie byłbym z tego faktu już taki zadowolony, jak mi się wydaje w tym momencie. A może właśnie niekoniecznie. Być może jeśli rzeczywiście nagle straciłbym wszystko, nie miałbym absolutnie niczego, to być może stałoby się to dla mnie impulsem, że przecież nie mam w życiu absolutnie nic do stracenia. Chociaż znając siebie, pewnie byłoby tak, że nawet gdybym zaczął realizować to swoje postanowienie spędzania kilku godzin dziennie w kościele zamiast przed kościołem, to mniej więcej po tygodniu już by mi przeszło :)

Ok. To powyżej to był taki wstęp, a teraz przechodzimy zasadniczo do tego, o czym tak naprawdę chciałem w tym poście napisać :) Że mianowicie ja już wszystko mam, jestem w pełni szczęśliwy, i niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Dzisiaj w Internetach jest bardzo duże parcie na motywację, na pewno też to zauważyliście. Powstają jak grzyby po deszczu nowe blogi motywacyjne, pełno jest na youtubach filmików motywacyjnych, kursy motywacyjne i mówcy motywacyjni zarabiają ogromne pieniądze na motywowaniu innych do działania, jakiegokolwiek, ale działania, nie siedzenia na tyłku. Do samorealizacji, realizacji swoich marzeń, do tego żeby wziąć wreszcie życie we własne ręce, do tego żeby się nieustannie rozwijać, żeby robić jakąś niesamowitą robotę nad samym sobą, nad swoim ciałem, itd. Żeby być w czymś najlepszym, żeby zmienić swoje życie, żeby zarabiać duże pieniądze, żeby mieć to co się chce. Że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko ruszyć dupę (za przeproszeniem).

A ja słyszałem co innego, mnie uczyli czegoś zupełnie przeciwnego. Moja religia, i nie tylko moja, bo mówią o tym wszystkie duże religie, i wszyscy wielcy mistrzowie duchowi, że w życiu chodziłoby o to, żeby się właśnie wszystkiego wyzbyć. Że rodzimy się z czystą kartą, i dorastając od dziecięcych lat wchłaniamy w siebie ze świata wszystko co tylko się da, że z każdym rokiem wkładamy na swoje barki coraz cięższe ciężary, że z biegiem lat dźwigamy coraz więcej: doświadczeń, ludzi, zranień, bogactw, rzeczy materialnych. Gdy byłem kiedyś w górach, pamiętam że trzy razy wychodziliśmy na długie górskie spacery. Dwa pierwsze razy, jak wszyscy pozostali, niosłem na ramionach napakowany po brzegi plecak, z jedzeniem, całą butelką napoju, kurtką w razie deszczu, ciepłą bluzą w razie chłodu. Oczywiście prawie z żadnej z tych rzeczy nie skorzystałem ani razu, bo nie było takiej potrzeby. Za trzecim razem postanowiłem nie brać w ogóle plecaka ze sobą. Kiedy zachciało mi się pić, musiałem poprosić kogoś z przyjaciół o łyk wody, a koleżanka podzieliła się ze mną swoją kanapką. Ale co się nie nadźwigałem ciężkiego plecaka – to moje. Podobno przez życie również najlżej idzie się właśnie wtedy, kiedy zrzucimy z siebie te wszystkie życiowe ciężary. Kiedy się uwolnimy od żądzy posiadania, pieniędzy, od ludzi, od ich opinii, od wszelkich złych doświadczeń z dzieciństwa i z młodości.

Powiadają mądrzy ludzie, że w każdym miejscu na świecie jest dokładnie tak samo, i że wszędzie można być szczęśliwym. Zobaczcie, że mnisi buddyjscy (i wszyscy pozostali również – zakonnicy) właśnie zamykają się i izolują od świata, co więcej, pozbywają się wszystkiego, nie posiadają niczego. W zakonach jest tak, że bracia zakonni wszystkie zarobione pieniądze oddają do wspólnej kasy jednemu zakonnikowi, który zarządza majątkiem zakonu. Żaden z braci zakonnych nie posiada niczego swojego, żadnych pieniędzy. A z moich obserwacji wynika, że to właśnie zakonnicy i zakonnice są najbardziej radosnymi i uśmiechniętymi ludźmi jakich znam. Może oznaczałoby to, że są najbardziej szczęśliwi?

Dzisiaj jestem w takiej sytuacji życiowo-duchowej, że niczego więcej w życiu do szczęścia mi nie potrzeba niż to co mam. Mam gdzie mieszkać, zarabiam jakieś tam pieniądze, więc mam na jedzenie i na rachunki, mam się w co ubrać. Wszystko co teraz kupuję, kupuję tylko i wyłącznie dlatego, że nie mam co robić z pieniędzmi :) Jeżeli jestem zdrowy fizycznie, psychicznie i duchowo, to mam już wszystko. Czasami miewam katar, wówczas brakuje mi zdrowia. Czasami coś mi dolega duchowo, wówczas potrzebuję uzdrowienia duszy. Czasami coś jest nie tak z moją psychiką, jestem smutny bo np. jestem samotny, brakuje mi drugiej osoby, przyjaciela, albo jestem nie wiedzieć czemu na coś zły. Ale jeśli tylko zupełnie nic mi nie dolega cieleśnie, psychicznie i duchowo, to mam już wszystko, niczego więcej mi nie trzeba, wszystko ponad to jest jakimś tam dodatkiem, tak naprawdę do niczego nie potrzebnym. Mogę w tym momencie umrzeć, stanąć przed Bogiem, niczego nie żałując.

To nie jest tak, że jak jestem w takim stanie (nirwana? wyzwolenie od wszystkiego? całkowita wolność?), to już tylko siedzę i nic nie robię, i czekam na zbawienie :). Wręcz przeciwnie – to właśnie wtedy mam największą ochotę coś robić, działać, nie siedzieć samemu w domu, wyjść do ludzi, zmieniać świat. Wtedy przychodzą mi do głowy najbardziej śmiałem pomysły i plany na życie. W takich momentach najczęściej rozpoczynam różne nowe projekty, które później zazwyczaj bardzo szybko upadają, bo przychodzi jakaś choroba, czy to cielesna czy duchowa; coś się psuje, zmienia się mój stan, przychodzi jakieś zniewolenie.

I to nie jest też tak, że jeżeli już jestem w takim stanie, że wszystko mam, to nie chciałbym mieć różnych rzeczy. Wręcz przeciwnie. Właśnie wtedy chciałbym mieć niesamowite i najfajniejsze rzeczy na świecie Chciałbym mieć żonę i dzieci, własny fajny duży dom, kilka szybkich sportowych samochodów w garażu, itd. Ale będąc w takim stanie (buddyjskie określenie ‚nirwana’ wydaje się tutaj jak najbardziej na miejscu), nic z tych rzeczy nie jest mi do życia koniecznie potrzebne. Pewnie że gdyby była żona i dzieci, byłoby fajnie, a nawet super. Ale tak się potoczyło moje życie że nie ma tych rzeczy, i nic na to nie poradzę, i ten brak wcale nie powoduje, że jestem nieszczęśliwy.

A najgorsze jest to, że do takiego stanu nirwany wiedzie bardzo długa i ciężka droga. Natomiast wychodzi się z niego niesamowicie łatwo i głupio :) Żyjąc na tym świecie już ponad 30 lat stwierdzam, że wolność nam – ludziom – nie służy :) To właśnie wtedy, będąc całkowicie wolnym i zdrowym w każdym aspekcie mojego bytu, od razu przydarza mi się upadek (grzech). Bo wydaje mi się wówczas, że wszystko mi wolno, bo nie zdążyłem już całkowicie zapomnieć o konsekwencjach grzechu. Podobno Adam i Ewa spędzili w raju zaledwie kilka godzin :), tak głosi stara żydowska legenda. U mnie w praktyce wygląda to dokładnie tak samo. Dochodzenie do stanu nirwany trwa zazwyczaj kilka tygodni, czasami kilka miesięcy. Pełnią wolności cieszę się zwykle dosłownie dzień lub dwa, po czym następuje spektakularny upadek :) i trzeba zaczynać wszystko od początku.

I jeszcze na koniec powiem wam, że wydaje mi się (wierzę), że zdrowie fizyczne i psychiczne nie ma tutaj nic do rzeczy. Że jeżeli duchowo wszystko jest ze mną ok, to nawet jeśli podupadnie zdrowie cielesne i psychiczne, to nadal nic się nie zmieni, nadal będzie ok. I do tego postaram się dążyć w najbliższym czasie w swoim życiu. Żeby za wszelką cenę nie popsuć sobie mojego stanu duszy, w którym się obecnie znajduję. Oczywiście na 90% to się nie uda, bo nigdy jeszcze się nie udawało na dłużej pozostać w takim stanie :) Zawsze coś się prędzej czy później spierdzieli. Ale założenie jest takie, żeby spróbować utrzymać ten stan tak długo, jak to tylko będzie możliwe.

Trzymajcie się ciepło :)

O kobietach

I o zakochaniu. A także o tym, co to znaczy, że mężczyźni są wzrokowcami.

Gdy piszę te słowa, na moim laptopowym zegarze w prawym dolnym rogu ekranu mojej Visty jest godzina 14:17. Jest poniedziałek 4 stycznia roku Pańskiego 2016. I wierzcie lub nie, ale siedząc od rana w pracy nie zrobiłem jeszcze absolutnie niczego konkretnego. To jest jeden z takich dni, w którym jest godzina 14 i jak na razie nic żeśmy nie zrobili, i wiemy że już do końca dnia najprawdopodobniej również nic nie zrobimy. W takich sytuacjach najlepiej jest po prostu posiedzieć i pozwolić aby ten dzień spokojnie dobiegł końca.

Swoją drogą, tak mi właśnie przyszło do głowy, że można by napisać bloga na temat Visty i różnych innych systemów operacyjnych, ale to nie w tym dziale, i nie dziś.

Ten dzisiejszy dzień wygląda tak jak wygląda, bo wczoraj wieczorem wróciłem z czterodniowego wyjazdu sylwestrowego. Jestem więc trochę niewyspany, lekko zmęczony, i taki jeszcze sylwestrowo-wczorajszy. Sam Sylwester był taki sobie, ogólnie cały wyjazd całkiem niezły, ale nie o tym będzie niniejszy wpis.

Wybraliśmy się większą grupą ludzi w góry, zmieściliśmy się jakimś cudem w jednym pensjonacie, było nas coś koło 30 osób. A że jesteśmy wspólnotą chrześcijańską, pokoje były podzielone na męskie i żeńskie. Ale w ostatniej chwili dołączyła do nas jeszcze jedna dziewczyna, którą trzeba było gdzieś rozlokować. No i tak się złożyło że trafiła akurat do mojego pokoju. Spaliśmy więc w piątkę, czterech mężczyzn i jedna kobieta.

Żeby było jasne, od razu napiszę, że dziewczyna kompletnie nie była w moim typie. Osobiście preferuję kobiety ciche, spokojne, nieśmiałe, nawet lekko zamknięte w sobie. Wśród takich dziewczyn poszukuję swojej przyszłej żony. Ta z którą jeszcze przedwczoraj miałem przyjemność spać w jednym pokoju, jest całkowicie ode mnie różna pod względem charakteru. Jest bardzo żywa, energiczna, niemal non stop gada, z najdrobniejszej rzeczy potrafi stworzyć problem na skalę światową :).

Gdybym tak pomieszkał z nią w tym jednym pokoju jeszcze ze dwa tygodnie, byłbym w niej zakochany po uszy.

Napiszmy to raz jeszcze: nie wyobrażam sobie być z taką dziewczyną jak ona. Nic mi się w niej nie podobało, wręcz przeciwnie, większość rzeczy mnie drażniła. Jej zachowanie, osobowość, charakter, sposób wyrażania się. Ale mieszkając z nią w jednym pokoju, miałem okazję obserwować ją wieczorem jak się szykuje do spania. Jakby na to nie patrzeć, jestem facetem, i pewnych mechanizmów działania mojego organizmu, chcąc nie chcąc, nie oszukam :) Wyobrażałem ją sobie zatem jak się przebiera w łazience, jak bierze prysznic (mieliśmy pokój z łazienką – słyszałem lecącą wodę…), jak się ubiera. Widziałem ją już przebraną w pidżamę jak wychodziła z łazienki. Obserwowałem jak czesze włosy – jeden z najpiękniejszych obrazów na świecie. Wieczorem przed snem, siedząc w swoim łóżku, uplatała sobie warkoczyk; gdy zapytałem po co to robi, odpowiedziała że tak jej jest wygodniej do spania. Rano po przebudzeniu rozczesywała włosy, najczęściej zostawiając je rozpuszczone na cały dzień. Obserwowałem ją rano jak się budziła. Panowie wiedzą o co chodzi, jeśli już kiedyś chociaż raz w życiu doświadczyli tego widoku. Drogie panie, nie ma dla mężczyzny nic piękniejszego na świecie, niż widok dopiero co przebudzonej kobiety. I teraz najważniejsze zdanie w tym poście. Drogie panie: nigdy nie będziecie piękniejsze, niż zaraz po przebudzeniu. Uwierzcie mi, a założę się że każdy prawdziwy facet wam to potwierdzi. Właśnie najśmieszniejsze jest to, że nie chcecie żeby ktoś was zobaczył takimi: z rozczochranymi włosami i bez makijażu. Uwaga! Właśnie takie jesteście najpiękniejsze. Choćbyście nałożyły sobie nie wiem ile makijażu, a nawet po wizycie u najlepszego fryzjera i makijażystki, nigdy nie będziecie piękniejsze, niż właśnie takie zaraz po przebudzeniu. Jesteście wtedy niesamowite.

Zdarzyło mi się to tylko kilka razy w życiu. Miałem przyjemność oglądać raptem 3, może 4 kobiety z rana, tuż po przebudzeniu. Na szczęście ten ostatni raz trwał tylko 4 dni. Bo dzięki temu nie zdążyłem się rozkochać w tym obrazie do końca.

Ale o co chodzi

Teoria ewolucji Darwina, w kontekście blogów internetowych.

Dwa zdania wyjaśnienia, co tu się stało na tym blogu i dlaczego tak a nie inaczej :)

Jakiś czas temu wpadłem na genialny pomysł: założę 10 osobnych blogów, każdy na inny temat, i będę każdego dnia pisał sobie jeden post, a więc na każdym blogu nowy post będzie się pojawiał mniej więcej co 10 dni. Zaczęło się bardzo dobrze, niestety już bodajże po drugim poście, czyli po około 2 tygodniach, moje chęci prowadzenia naraz 10 różnych blogów poszły się … no wiecie gdzie :) Tak więc postanowiłem zebrać wszystkie teksty razem do kupy, i zrobić jeden większy serwis, z różnymi działami tematycznymi. Na górze macie wszystkie obecnie prowadzone strony. Chciałbym żeby posty pojawiały się regularnie na wszystkich stronach w miarę równomiernie, ale sądzę że z tym może być różnie.

Powód tego co się wydarzyło jest jeszcze jeden, bardzo prozaiczny. Otóż wykupienie domeny internetowej na okres jednego roku to koszt rzędu maksymalnie 10 zł. A czasami można mieć domenę na pierwszy rok zupełnie za darmo, z jakiejś tam promocji. Niestety przedłużenie domeny na każdy kolejny rok to już wydatek rzędu 100 zł, na co przy obecnej sytuacji życiowo-finansowej nie możemy sobie pozwolić. Dlatego najprawdopodobniej jeszcze na razie adres serwisu będzie się co roku zmieniał :) aby zminimalizować koszta prowadzenia strony.

Dokładnie to samo dotyczy serwerów. Domena internetowa to tylko adres witryny. Ale aby strona była dostępna w Internecie, potrzebny jest jeszcze serwer. I tutaj sytuacja wygląda identycznie. Na pierwszy rok wykupienie miejsca na serwerze to koszt w okolicach 100 zł. Niestety po roku cena wzrasta do około 300 za każdy kolejny rok, a to już jest kwota nie do zaakceptowania. Dlatego cały serwis trzeba co roku przenosić na nowy serwer :). A nie wiem czy wiecie, ale przenieść działającego już wordpressa w nowe miejsce to nie jest takie hop siup, jakby się mogło wydawać. Dlatego w najbliższym czasie planuję zrezygnować całkowicie z wordpressa i napisać całą stronę od zera w czystym html’u. Wówczas przeniesienie serwisu na nowy serwer to będą dosłownie trzy kliknięcia myszą.

Tyle wyjaśnienia. Komentarze są wyłączone, ponieważ nie wiem jak je włączyć na stronach wordpressa, nie znalazłem żadnej takiej opcji w ustawieniach.

Zapraszam do lektury.

Nagłówki

Czyli jakich ciekawych rzeczy możemy się dowiedzieć z serwisów internetowych.

Zajmiemy się dzisiaj nagłówkami z najpopularniejszych portali internetowych. Weźmiemy sobie na tapetę Wirtualną Polskę, Interię oraz Onet. Często tak mam, zwłaszcza wtedy kiedy mi się troszkę zaczyna nudzić w pracy, że włączam sobie właśnie któryś z tych portali, i sprawdzam co się dzieje w Polsce danego dnia, czym akurat żyją Polacy. Zwykle nie wchodzę w treść artykułów, a jedynie przeglądam nagłówki, bo w pracy niestety nie mogę sobie pozwolić na swobodne czytanie tego co mnie interesuje, nad czym bardzo ubolewam. No to zobaczmy, czego możemy się dowiedzieć z dzisiejszych nagłówków. Jest 29 listopada 2015 roku, godzina 20:15.

Na Wirtualnej Polsce widzimy jakąś panią w okularach w średnim wieku. Wydaje się że jest posłanką. A nagłówek głosi: „Niewiedza czy manipulacja? Sztandarowa obietnica PiS to ‚ruch czysto marketingowy'”. Co ja sobie myślę widząc taki nagłówek, jak możemy to zinterpretować. PiS albo nie wiedział że nie może czegoś tam wprowadzić gdy to obiecywał, albo po prostu nas zmanipulował, czyli doskonale wiedział składając obietnicę, że jest ona bez pokrycia, a mimo to obiecał ją spełnić, jeśli tylko wygra w minionych wyborach. I co więcej, to nie była jakaś tam mało ważna obietnica, a obietnica sztandarowa, a więc dotycząca najprawdopodobniej najważniejszych kwestii, spraw wielkiej wagi dla nas jako obywateli. Jak się szybko okazało, wszak dopiero co były wybory, ta obietnica PiS była niczym innym jak tylko zwyczajnym ruchem marketingowym. A my, Polacy, znowu daliśmy się nabić w butelkę. Szkoda gadać.

Obok mamy obrazek rodem z kryminalnych: ktoś do kogoś mierzy z pistoletu, na pierwszym planie tabliczka z napisem ‚MASA’. I nagłówek głoszący: „‚Masa’: boją się mnie, bo wiedzą, czym to się może skończyć”. Jaka może być nasza interpretacja. No więc tak mniej więcej wszyscy się orientujemy, kim jest Masa. Jest to człowiek, który kiedyś tam robił jakieś porachunki mafijne bodajże, później postanowił zacząć współpracę z policją, policja musiała go gdzieś ukryć, otrzymał status świadka koronnego, i teraz donosi na wszystkich swoich byłych kolegów z mafii. Tyle wiem ja, albo takie mam wyobrażenie o człowieku o pseudonimie Masa. Wiem że wyszło już kilka jego książek-wywiadów; Masa po skończeniu kariery gangstera odnalazł się w roli pisarza, i idzie mu chyba całkiem nieźle. W każdym razie, z nagłówka wynika, że w tym momencie jacyś ludzie boją się masy, bo wiedzą czym to się może skończyć. Nie wiemy o jakich ludzi dokładnie chodzi, nie wiemy czym jest to ‚to’, i nie wiemy czym to ‚to’ się może skończyć. A więc w zasadzie nic nie wiemy z tego nagłówka. Możemy sobie tylko gdybać. Najprawdopodobniej chodzi o tych wszystkich byłych przyjaciół Masy, na których teraz Masa donosi, że się boją Masy, bo wiedzą, czym się to wszystko skończy. A skończy się, jak Masa w końcu powie wszystko co ma do powiedzenia, i wszyscy ci byli przyjaciele Masy trafią wreszcie do więzienia. I właśnie tego najprawdopodobniej się boją – pójścia do więzienia. I powiem wam że wcale im się nie dziwię. Na ich miejscu też bym się tego bał.

Kolejny news przedstawia obrazek jakiegoś F-16 tudzież innego myśliwca, a napis na obrazku głosi: „Rosyjski samolot naruszył przestrzeń powietrzną Izraela”. Czyli kilka dni temu Turcja, a teraz Izrael. Rosyjskie samoloty jak widać notorycznie naruszają przestrzeń powietrzną innych krajów, i Turcja nie była tutaj wyjątkiem. Rosja twierdziła niby, że ich samolot nie naruszył przestrzeni powietrznej Turcji, ale Turcja była skłonna pokazać dowody z kontroli lotów, że było zgoła inaczej. Teraz Izrael pójdzie w ślady Turcji i zestrzeli ten zagubiony rosyjski samolot. Rosjanie oczywiście będą się zapierać, że do żadnego naruszenia nie doszło. Ale my przecież już wiemy z nagłówka, że doszło. Dlatego myślę że najdalej jutro należy się spodziewać nagłówka mówiącego, że Izraelskie myśliwce zestrzeliły rosyjski samolot, który naruszył ich przestrzeń powietrzną.

Pozostałe nagłówki na głównej stronie Wirtualnej Polski to m. in.:

Doradca prezydenta wpadł na pomysł stworzenia nowych służb specjalnych w Polsce.

Kto tak naprawdę zajmuje się córką Martyny Wojciechowskiej?

Szymon Majewski szydzi z Dody: ‚Rozstali się, bo ich związek miał coraz mniej laików”.

To jeszcze tak krótko o tym, co w Interii piszczy. „Prezydent: To, co było robione źle, zostanie naprawione”. No nareszcie. Najprawdopodobniej chodzi o poprzednie władze. Wszystko to co wcześniej było w Polsce robione źle, teraz wreszcie zostanie naprawione. Super, nic tylko się radować. „Stany zjednoczone będą rządzić gospodarką świata”. Chciałoby się zapytać: a jeszcze nie rządzą? No w każdym razie, widocznie jeszcze nie, ale będą. To już jest postanowione. „Dlaczego nie osiągamy sukcesu w pracy?” Hm. Myślę że czasami dlatego że po prostu nie mamy szczęścia, czasami dlatego, że szef nie chce, abyśmy osiągnęli taki sukces. Czasami pewnie to nam się nie chce, nie chce nam się starać, nie chce nam się pracować, itd. Powodów dlaczego nie osiągamy sukcesu w pracy może być wiele. Jak chcecie to kliknijcie, Interia wam powie, dlaczego nie osiągacie sukcesu w pracy. Jak klikniecie to się tego dowiecie, i od jutra zapewne będziecie odnosić same sukcesy w pracy. „Czy wiesz, ile powinien ci płacić twój pracodawca?” No właśnie, drogi czytelniku; wiesz? Bo ja wiem, i nie muszę klikać żeby się tego dowiedzieć. Na rozmowie kwalifikacyjnej umówiłem się z moim pracodawcą na pewną stałą kwotę pieniędzy, którą znamy tylko ja i on, niestety nie mogę wam jej zdradzić, bo obowiązuje mnie tajemnica. Ale tak, wiem ile powinien mi płacić mój pracodawca. To jest dla mnie oczywiste :) zostało to ściśle i jednoznacznie określone podczas rozmowy kwalifikacyjnej.

I na koniec wieści z nagłówków Onetu. „Jest właścicielem firmy znienawidzonej przez wielu internautów. Zupełnie mu to nie przeszkadza”. Widocznie pan z obrazka pod tym nagłówkiem jest bardzo mocno zbudowany wewnętrznie, i dlatego nienawiść wielu internautów w stosunku do jego firmy zupełnie mu nie przeszkadza. Ja również tak mam. Nie zawsze, ale zdarzają mi się takie dobre dni, że nienawiść innych nie jest w stanie mnie dotknąć. A zwykle, już niezależnie od dnia, zupełnie nie przejmuję się nienawiścią innych w stosunku do mnie. „‚Platforma Obywatelska abdykowała z funkcji opozycji'”. To jest duży news. Wydawało się, że Platforma Obywatelska będzie właśnie tą siłą polityczną, która przez najbliższe 4 lata będzie mocną opozycją w stosunku do PiS. A tymczasem okazuje się nagle i zupełnie niespodziewanie, że PO abdykowało z funkcji opozycji. „Hakerzy bezlitośnie ośmieszyli ISIS”. Zapewne włamując się i wstawiając jakieś śmieszne obrazki z wizerunkiem proroka Mahometa na strony internetowe ISIS. „‚W zabudowanych rzeczach mój biust sprawia wrażenie trzy razy większego niż w rzeczywistości'”. I to jest bardzo ważna informacja. Dowiadujemy się z tego nagłówka, że jeżeli ubierzemy odpowiednie ciuchu, nasze biusty będą się wydawały trzy razy większe. Ja wprawdzie jestem facetem, i nie mam biustu. Ale gdybym miał, to ta informacja byłaby dla mnie niezwykle istotna.

Obrazek dzisiaj zimowy, bo też aura za oknem już jakaś taka nieprzyjemna, ponura, ciemno i zimno… Chyba zima idzie.

Tyle na dziś. Śpijcie dobrze. Dobranoc. Do poczytania.

Kampania wyborcza

Na kogo głosować, a na kogo nie.

Dzisiaj również politycznie, bo jeśli chcemy sobie porozmawiać na temat kandydatów na prezydenta Polski [a chcemy :)], to musimy się z tym pospieszyć, coby zdążyć przed ciszą wyborczą.

Wpisałem przed momentem w google’u hasło ‚lista kandydatów na prezydenta’, i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu okazało się, że kandydatów jest 11, a nie 5, tak jak byłem do tej pory przekonany :) I o ile nazwisko Adam Jarubas jest mi tak w ogóle ze słyszenia znane, bo gdzieś tam kiedyś mi się obiło o uszy w telewizji, to już np. o tym że w ogóle istnieje ktoś taki jak Jacek Wilk dowiedziałem się przed sekundą. Ale nie będziemy się tym teraz przejmować, bo porozmawiamy sobie jedynie o tych kandydatach, którzy są w kręgu naszego zainteresowania, czyli o tej pierwszej piątce w sondażach. Reszty albo nie znamy, albo nie istnieją (nie ma ich w mediach), albo nie mają nawet najmniejszych szans żeby zostać prezydentem, i dlatego nie będziemy się wypowiadali na ich temat.

Bronisław Komorowski. Był prezydentem przez 4 lata, pomieszkał sobie w pałacu prezydenckim, było mu przytulnie, ciepło i wygodnie na stołku (czytaj: fotelu) prezydenckim. I to jest moim zdaniem największy argument, żeby na niego nie głosować, i żeby teraz ktoś inny sobie pobył prezydentem. Na początku był dla mnie totalnie nijaki i w ogóle się nie nadawał na prezydenta. Z czasem się wyrobił, i teraz bardzo miło się na niego patrzy. Ot, po prostu miły prezydent, nikomu nie wadzi, nikomu nie szkodzi, muchy by nie skrzywdził, charyzmy w nim nie ma za grosz :) Gdyby go porównać z Władimirem Putinem, prezydentem – przywódcą kraju, nasz prezydent wypada bardzo blada. Pomimo tego, jeśli wybór ma się dokonać pomiędzy nim, a kandydatem numer dwa, należałoby mimo wszystko wybrać mniejsze zło, i pozwolić zostać Bronisławowi na kolejne cztery lata. Być może za te cztery lata na horyzoncie pojawi się ktoś, kto w sondażach będzie miał w miarę równe szanse z Bronisławem, i nie będzie z PiS’u :)

Kandydat numer dwa: Andrzej Duda. To jest oczywiście tylko moje zdanie, ale mam nieodparte przeczucie, że gdyby za Andrzejem nie stało całe PiS, to słupki procentowe Andrzeja Dudy i Jacka Wilka wyglądałyby niemal identycznie. Być może z lekką przewagą tego ostatniego, ze względu na fajniejsze nazwisko :) Jestem w stanie sobie uciąć to i owo, że gdyby nie poparcie i cała kampania reklamowa dużej partii jaką jest PiS, nie wiedzielibyśmy w ogóle o istnieniu takiego człowieka. Ale zastanówmy się, czy warto na niego głosować. Odpowiedź brzmi: nie, bo jest z PiS’u, a nic, co pochodzi od PiS’u, nie może być dobre :) Oczywiście nieco żartuję i przesadzam. Ale tylko nieco. Osobiście nigdy nie głosuję na partię, tylko zawsze na ludzi. Patrzę na człowieka, oceniam go moim krytycznym spojrzeniem, i głosuję (lub nie) na niego, na to jakim jest człowiekiem, jaką ma osobowość, jaki ma charakter, jaką ma duszę. Nawet nie na program który przedstawia, bo myślę że doskonale wiecie jak to jest z programami kandydatów i ich obiecankami. Zanim wydacie jakiś wyrok, posłuchajcie co dany człowiek mówi, i jak mówi, przemyślcie to co powiedział, czy aby nie mówi dobrze, i dopiero wtedy oceńcie, i zagłosujcie. Andrzej Duda: spojrzałem, posłuchałem, wyrobiłem sobie swoją własną opinię na temat człowieka, nie głosuję. Jedźmy dalej :)

Janusz Korwin-Mikke. Nie, nie, i jeszcze raz nie :) No nie, po prostu nie. Wystarczy że raz sobie go posłuchacie, jakie brednie opowiada i w jaki sposób mówi to co mówi. Człowiek jest niepoważny, moim zdaniem trochę nienormalny. Nie mam bladego pojęcia jakim cudem zaszedł tak daleko, że dziś jest kandydatem na prezydenta Polski. To tylko świadczy nie za dobrze o nas, Polakach, niestety. Prawdę mówiąc zawsze miałem bardzo dobre zdanie o Polsce i jej mieszkańcach, a już szczególnie o moim pokoleniu – ludziach młodych, w wieku dzisiaj około 30 lat. Niestety ostatnio coraz częściej się zawodzę. Jak widzę ludzi w swoim wieku, których uważam za mądrych i inteligentnych, a którzy mówią mi prosto w oczy że są za Januszem, to mi trochę ręce opadają, zaczynam się denerwować, a w kieszeni mi się otwiera scyzoryk :) Poważnie. Nie, nie głosujemy na Janusza, bo to nie jest parodia wyborów, tylko prawdziwe wybory na prezydenta Polski.

Paweł Kukiz. Teoretycznie dobry wybór, jeden z lepszych kandydatów, przy którym możemy postawić krzyżyk. Zawsze miałem dobre zdanie o artystach. Uważam że to są w większości mądre osoby. Nie wiem do końca z czego to wynika. Mam taką swoją teorię, że takie osoby, czy to muzycy, czy pisarze, czy artyści w jakiejkolwiek innej dziedzinie, robią po prostu to co chcą, robią to co kochają, zaryzykowali, w pewnym momencie swojego życia nie poszli do pierwszej lepszej pracy, jak 99% ludzkości, lub też w pewnym momencie swojego życia rzucili tę pracę, i zaczęli robić to, co kochają, zaczęli być wolni. Nie wiem czy ta teoria jest prawdziwa, moim zdaniem coś w tym jest. Jeśli nie byłoby Magdaleny Ogórek, to z tej piątki najbardziej warto byłoby zagłosować na Pawła Kukiza. Ale na szczęście mamy jeszcze jedną kandydatkę, ostatnią z wielkiej piątki :)

Magdalena Ogórek. Jest młoda, ładna, jest kobietą, i co najważniejsze, jest mądra. Moim zdaniem bardzo szkoda, że nie ma jej w mediach. Gdyby była bardziej obecna w telewizji, wydaje mi się że procentów byłoby o wiele więcej przy jej nazwisku. Po drugie wszystkie media po niej jadą od góry do dołu, czy to telewizja, czy to radio, czy Internet. Szkoda, bo w ten sposób jej szkodzą, a poza tym nie zasługuje na to żeby się z niej nabijać. Nie będę Was jakoś specjalnie przekonywał do głosowania właśnie na nią. Po prostu poszukajcie sobie na youtube jakąkolwiek przeprowadzoną z nią rozmowę, wywiad. Posłuchajcie co i w jaki sposób mówi. Nawet te może trochę niefortunne wypowiedzi na temat Rosji i Putina. Posłuchajcie, i przez chwilę się zastanówcie, czy to co mówi jest rzeczywiście tak całkowicie pozbawione sensu. Sam słyszałem kilka jej wywiadów, jest to niesamowicie mądra osoba. Gdyby to ode mnie zależało, to kandydatów byłoby tylko dwóch: Paweł i Magdalena. A z tych dwojga zdecydowanie wygrywa pani Ogórek.

Poza tym, tak sobie myślę, że fajnie byłoby mieć w końcu dla odmiany panią prezydent, a nie po raz kolejny mężczyznę :)

I na koniec mała dygresja :) Tak naprawdę z tymi wszystkimi wyborami jest jak ze zmartwychwstaniem Chrystusa. Wszyscy się ekscytujemy świętami wielkanocnymi, w Wielkim Poście chodzimy na drogi krzyżowe, umartwiamy się, w Wielki Piątek ubolewamy, bo Pan Jezus umarł, i oczekujemy z utęsknieniem aż przyjdzie Wielka Niedziela, na zmartwychwstanie Jezusa. A przecież to wszystko już dawno się wydarzyło, bo jakieś 2000 lat temu. Umarł, zmartwychwstał, i już wszystko jest jasne, a te święta to tak właściwie jedna wielka szopka, tak trochę dla picu :)

I tak samo jest z wyborami. Jeśli mamy sondaże, i na miesiąc czy nawet dwa przed wyborami wszystko jest już jasne i oczywiste, kto wygra, a kto nie ma żadnych szans, to przepraszam bardzo, ale po kiego grzyba wydawać pieniądze i robić wybory?

Trzecia wojna światowa

Jedno duże bum. I będziemy musieli się ponownie wyewoluować z małp. Czy z czego tam będziemy chcieli tym razem.

Dzisiaj będzie trochę politycznie, bo lada moment może się okazać, że żyjemy w niezwykle ciekawych czasach :) Jeśli wierzyć mediom, jesteśmy u zarania wybuchu trzeciej wojny światowej. Pisząc tego bloga, słucham sobie jednocześnie radia internetowego. I dosłownie przed chwilą w wiadomościach podano, że Wielka Brytania poderwała do lotu kilka myśliwców, bo dwa bombowce rosyjskie dalekiego zasięgu podleciały, oczywiście najprawdopodobniej zupełnie niechcący, nieco zbyt blisko brytyjskiej przestrzeni powietrznej. A to nie jest pierwszy raz w ostatnim czasie, gdy różne państwa muszą podrywać swoje samoloty, żeby odeskortować zagubione rosyjskie maszyny. Widocznie rozwój technologiczny w Rosji, jeśli chodzi o nawigację montowaną w samolotach, od kilkudziesięciu lat stoi w miejscu, bo samolotom tym zdarza się od czasu do czasu ni stąd ni zowąd wlecieć na terytorium innego państwa.

Nie rozumiem człowieka, który żyjąc w czasach pokoju, posiadając wszystko, wszelkie dobra materialne o jakich tylko zamarzy, który ponadto jest kimś wielkim, wzbudzającym respekt u wielu, a mimo to dąży do wojny. Nie znam osobiście prezydenta Rosji, wiem o nim tylko tyle, ile mówią i pokazują media. Być może nasze polskie media pokazują zafałszowany obraz Putina, być może on w ogóle nie dąży do żadnej wojny. Ale jeśli rzeczywiście to co widzę w telewizji jest prawdą, to powiem szczerze, że nie rozumiem tego człowieka. Ktoś, kto w czasie pokoju na świecie, mając wszystko, dąży do wojny, robi jakieś dziwne prowokacje, albo nie zdaje sobie sprawy jak będzie wyglądała dzisiaj taka totalna wojna pomiędzy supermocarstwami, albo robi to specjalnie i zupełnie świadomie, bo np. nudzi mu się i chce się pobawić w wojnę. W tym pierwszym przypadku, jest dla mnie idiotą i debilem, w drugim – szaleńcem. Być może ja jestem jakiś inny. Być może to dlatego że nie wiem czym jest wojna, bo całe moje życie jak dotąd to nieprzerwany czas pokoju. Być może gdybym doświadczył prawdziwej wojny, stwierdziłbym, że wojna jest fajna. Być może gdybym tak jak Putin miał na zawołanie wszelkie rozrywki jakie można sobie tylko wyobrazić, wszelkie materialne rzeczy, a nawet każdego człowieka, to również w końcu zaczęłoby mi się to wszystko nudzić. A wojna może być jakimś nowym, ciekawym doznaniem. Tym bardziej jeśli ma się w swoim ręku supermocarstwo, dowodzi potężną armią ludzi, i dysponuje takim arsenałem różnorakiej broni jak Rosja. Mimo wszystko uważam że jest idiotą albo szaleńcem. Bo w taki sposób nie zachowuje się człowiek normalny, myślący, na pewnym poziomie intelektualnym, który z natury dąży moim zdaniem do pokoju, dobra, tworzenia, poszanowania życia ludzkiego, a nie do niszczenia, zabijania, zabawy w wojnę. No ale to tylko moje zdanie.

Chciałbym, żeby do tej trzeciej wojny światowej nie doszło. Ale jak widzę co się dzieje, że jedno państwo (Rosja) zabiera sobie ot tak kawałek innego państwa (Ukrainy), reszta państw organizuje ćwiczenia bojowe na dużą skalę, że każdy się zbroi, mimo że żyjemy od kilkudziesięciu lat w czasach względnego pokoju, to zaczynam się bać. Tym bardziej że wiele państw (a tak naprawdę pojedynczych ludzi) dysponuje bronią masowego rażenia. Że już dzisiaj jesteśmy w stanie spokojnie całkowicie zniszczyć samych siebie, wszystkich ludzi na Ziemi, a pewnie nawet całą planetę. Chciałbym żeby tak nie było, ale myślę że jest całkiem prawdopodobne, że pewnego dnia ktoś gdzieś po prostu naciśnie przycisk. Z głupoty, zemsty, ciekawości, dla zwykłej zachcianki, dla zabawy, wszystko jedno. I skończy się tak jak w powieści Dmitra Glukhovskiego Metro 2033 :).

O tym, dlaczego to nie będzie wideoblog

Bo nie mam kamerki internetowej.

Mamy 27 marca 2015 roku. Wyraz ‚książka’ pojawia się już tylko w przykrytych grubą warstwą kurzu słownikach, zalegających na półkach polonistów. Ludzie z każdym dniem coraz bardziej zatracają umiejętność czytania i pisania. Przyszłe pokolenia nazwą tę epokę ‚wiekiem youtuba’. Jedynym sposobem na przekazywanie informacji pomiędzy ludźmi stały się obrazki i filmy, tak zwane wideoblogi. Być może blog, na którym się właśnie przypadkowo znalazłeś, jest ostatnim pisanym blogiem we wszechświecie. Takim na którym pojedyncze litery łączą się w słowa, a słowa tworzą zdania. Jeśli już tutaj trafiłeś, i masz jeszcze w sobie umiejętność czytania, jesteś prawdziwym szczęściarzem.

No dobra, a teraz już tak na poważnie :) Dlaczego ten blog nie będzie wideoblogiem, skoro wydaje się że dzisiaj rzeczywiście youtube rządzi światem i jedyne blogi które mają jakąkolwiek rację bytu, to wideoblogi? Przyczyna jest bardzo prosta. W chwili pisania tego postu jego autor ma 31 lat. I po pierwsze, możecie wierzyć lub nie, ale naprawdę kilkukrotnie próbowałem nagrać coś kamerką internetową, mówiąc do mikrofonu. I za każdym razem to co robię (mówienie do samego siebie przed mikrofonem) wydaje mi się tak głupie, bezsensowne i chore, że to co się nagrało od razu lądowało w koszu. Zdaję sobie sprawę z tego, że młode pokolenie (w wieku 15-25 lat) uznało mnie właśnie w tym momencie za jakiegoś nienormalnego. Przepraszam, ale po prostu nie potrafię mówić do mikrofonu ze świadomością, że TO SIĘ NAGRYWA, i jeszcze mówić w miarę składnie i sensownie, i co najważniejsze – nieprzerwanie, przez pewien okres czasu :) Być może jestem na to po prostu za stary. A po drugie, pewnie też w związku z moim wiekiem, bardzo dużą wagę przykładam do tekstu pisanego, uwielbiam czytać książki, a słowa mają dla mnie często magiczną, wręcz sakralną wartość.

Dlatego ten blog będzie blogiem pisanym, który trzeba czytać :) Nie będzie najprawdopodobniej żadnych filmów, chyba że się kiedyś jednak przekonam do nagrywania samego siebie. W co wątpię. Ale będą obrazki, w ramach rekompensaty za brak filmów.

To na koniec powiedzmy jeszcze co nieco na temat tematyki wpisów. O czym będzie ten blog? O wszystkim. Blog nie jest w żaden sposób ukierunkowany tematycznie. Wpisy mogą dotyczyć absolutnie każdej dziedziny życia. Jeśli mi się zachce napisać o polityce, będzie wpis o polityce. Jeśli rozbije się akurat jakiś kolejny samolot, będzie wpis na temat katastrof lotniczych, albo rozważania o śmierci. Jeśli akurat przytrafi mi się jakaś dziewczyna, albo jakaś inna dziewczyna postanowi akurat mnie rzucić, będzie wpis na temat miłości, zauroczenia, lub przyjaźni damsko-męskiej. I tak dalej, wiecie o co chodzi. Wpisy powinny się pojawiać mniej więcej co dwa tygodnie, bo częściej pewnie mi się nie będzie chciało. Tyle na dziś. Miłej lektury :)