Kościół

Kościół to nie ja.

Już od jakiegoś czasu zbierałem się, żeby coś tutaj napisać, bo od ostatniego wpisu w tym dziale minęły całe cztery miesiące. Weźmy więc sobie dzisiaj na tapetę kolejny rozdział z "Modlitwy ...". Wypowiedź jest jak zwykle krótka, zajmuje niecałe pół strony w książeczce (piszę o niej zdrobniale, bo książka jest formatu A6, czyli takiego jak połowa szkolnego zeszytu), ale poruszonych zostało w niej kilka osobnych wątków. Dzisiaj student rozpoczyna od stwierdzenia, które często się słyszy, że mianowicie ktoś 'wierzy w Boga, ale nie wierzy w księży', albo 'wierzy w Chrystusa, ale nie wierzy w Kościół'. No więc, jeśli ktoś wierzy w Boga, a nie wierzy w księży, to bardzo dobrze, bo księża nie są od tego, żeby w nich wierzyć. Natomiast najpewniej chodziło tutaj o inną wiarę, taką na zasadzie wiary w człowieka, albo wiary w człowieczeństwo. Mówimy często komuś: wierzę w Ciebie, wierzę że Ci się uda, albo wierzę że jest w Tobie dobro. Myślę że w tej wypowiedzi chodziło właśnie o taką 'wiarę' w księży. Spotkałem na swojej drodze wielu księży. Nigdy nie zdarzyło mi się osobiście nic, co by zburzyło moją wiarę w danego księdza. Podam może inny przykład, analogiczny, i jak się za moment okaże, bardzo istotny. Zdarzyło mi się kiedyś osobiście, że podczas zatrzymania przez policję, panowie policjanci wprost zaproponowali mi, żebym im dał łapówkę, w zamian za niewypisanie mandatu. Mandat mi się wówczas jak najbardziej należał, a ja, takie cielę, nawet po jakiejś drobnej sugestii nie wpadłem na to, żeby samemu zaproponować łapówkę, a więc gdy policjanci widząc że nie łapię dyskretnych sugestii, musieli powiedzieć wprost jakie mam możliwości do wyboru: 'to co, płacimy, czy wypisujemy mandat?'. To był dzień, w którym całkowicie i nieodwracalnie upadła moja wiarę w Policję. Chociaż dzisiaj oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to byli tylko i wyłącznie dwaj policjanci, którzy akurat w taki sposób postanowili sobie dorabiać do pensji, i że nie można tego przenosić na całą instytucję, jaką jest Policja, i na wszystkich policjantów. Ale zobaczcie, że my właśnie to robimy z księżmi. Jeśli się zdarzy, że jeden czy drugi ksiądz molestuje dzieci i sprawa ujrzy światło dzienne, to od razu przenosimy to na wszystkich księży i na cały Kościół. To jest zupełnie nielogiczne i bez sensu, i już chyba kiedyś o tym pisałem. Natomiast te przykłady pokazują jedną rzecz: że policjanci są zupełnie normalnymi ludźmi. Jestem przekonany, że większość policjantów jest dobrymi ludźmi, uczciwymi, sprawiedliwymi. Ale zdarzają się tacy, którzy nie są fajni, którzy oszukują żeby sobie dorobić, itd. Podobnie trzeba powiedzieć o księżach, że są to zupełnie normalni ludzie. I tutaj ponownie jestem przekonany, że ogromna większość księży żyje tak, jak na księdza przystało, jak my byśmy chcieli, żeby wyglądało ich życie. Natomiast na pewno wielu księży ma coś tam za uszami, typu nieuczciwe wzbogacanie się, nałogi, własne dzieci, przygodny seks, molestowanie, itd. Ja akurat nigdy nie zawiodłem się na żadnym księdzu, nie zdarzyło mi się być świadkiem czy też uczestniczyć w jakimś gorszącym wydarzeniu. Odnośnie tego drugiego zdania ('wierze w Chrystusa, ale nie w Kościół'), sprawa ma się nieco podobnie. Wydaje mi się, że zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku problem polega na niezrozumieniu, niedojrzałości osób, które wyposiadają takie zdania. Jeśli ktoś dojrzy mentalnie, przetrawi to wszystko w sobie, zrozumie czym jest Kościół, nie będzie miał problemu żeby w niego wierzyć, podobnie jak w księży. Kościół tworzą wszyscy wierni, wszyscy którzy są ochrzczeni, a nawet ci, którzy nie są. Kościół jest więc jednocześnie święty i grzeszny. Możnaby tu jeszcze dużo napisać, ale idźmy dalej, bo w tym tempie nigdy nie dotrzemy do końca.

Student mówi dalej, że 'są tacy, którym słowo Kościół kojarzy się z inkwizycją, antysemityzmem, nietolerancją, hamowaniem postępu'. Wszystkie te pojęcia rzeczywiście wiążą się mocno z Kościołem. I tutaj nie będziemy jakoś specjalnie bronili Kościoła, skoro takimi a nie innymi działaniami na przestrzeni wieków zasłużył sobie na to, żeby go z tymi pojęciami kojarzono. Przed momentem przeczytałem sobie pierwszy lepszy znaleziony w sieci artykuł traktujący o inkwizycji, o metodach torturowania ludzi aby wymusić przyznanie się do herezji, o tym, że to sam papież zezwolił na takie rzeczy i kazał rozgrzeszać katów, oraz o tym, że to właśnie dzięki inkwizycji wzrosła popularność tortur, że stały się one tak powszechne po dziś dzień. Moim zdaniem ludzie, o których pisze student cytowany na początku tego akapitu, to osoby które nie są zbyt blisko związane z Kościołem, albo których z Kościołem w ogóle nic nie łączy. Kościół przez swoje czyny wyrobił sobie taką a nie inną złą reputację, i teraz kojarzy się takim osobom właśnie tak a nie inaczej. Pozostaje nam spróbować odwrócić to, co się stało. Czyli przede wszystkim powiedzieć prawdę: tak, rzeczywiście robiliśmy takie rzeczy, narobiliśmy wiele zła. Następnie przeprosić, tak po prostu, stanąć w prawdzie: co się stało to się już nie odstanie, nie jesteśmy w stanie cofnąć czasu. A następnie mówić i pokazywać, jaki jest naprawdę, albo jaki powinien być Kościół Jezusa Chrystusa. I to właśnie musimy robić my wszyscy, którzy należymy do Kościoła, którzy jesteśmy Kościołem, każdego dnia, to jest nasze zadanie. W ten sposób staramy się odwrócić to, co się stało. Na szczęście żyjemy w takich czasach, kiedy tego wszystkiego już nie ma, a na pewno nie w takiej skali, jak dawniej. Bo na przykład w konfesjonałach dzieją się nieraz różne rzeczy: potępianie, nietolerancja, dyskryminacja, niesłuszne oskarżenia. Tutaj oczywiście dużo zależy od księdza na którego się trafi, czyli to o czym pisałem powyżej. Każdy człowiek jest inny, i każdy ksiądz również jest inny. Już o tym kiedyś pisałem: jeśli z jakiegoś powodu nie pasuje Ci jeden ksiądz, nie ufasz mu, albo widzisz że nie jest dobrym człowiekiem, powiedz mu 'do widzenia' i poszukaj sobie takiego kapłana, który będzie Cię przybliżał do Boga, a nie od Niego oddalał. W tym względzie uważam że już od dawna jest dużo lepiej w zakonach niż w normalnych kościołach parafialnych, a po drugie jest dużo lepiej u młodych księży, niż u starych, zwłaszcza wiejskich proboszczów, których z reguły należy omijać szerokim łukiem niestety.

Następnie mowa jest o tym, że 'wielu uważa, iż Kościół to papież i duchowni', oraz że 'księża są bardzo często tematem rozmów, krytyki i plotek'. Student zastanawia się, co ma powiedzieć, gdy ktoś 'agresywnie wypowiada się o księżach', o tym że 'wszyscy znają fakty na ich temat'. Student sądzi, że 'te fakty na temat księży są często wyolbrzymiane przez ludzi, którzy w ten sposób usprawiedliwiają własną grzeszność'. O podziale Kościoła na duchowieństwo i wiernych wspomnieliśmy też w ostatnim poście. Moim zdaniem nie da się uniknąć i do końca zwalczyć takiego podziału. Ja już dzisiaj mam świadomość, że Kościół to jesteśmy my wszyscy, że ja sam jestem cząstką tego Kościoła. Ale do niedawna sam byłem święcie przekonany, że Kościół to jednostka organizacyjna lub instytucja, złożona z papieża, biskupów i księży. Zapewne dużą winę za taki stan umysłu ludzi dzisiaj ponoszą sami duchowni. Ale jeszcze większą winą należy obarczyć po prostu nasz brak wiedzy w tej materii. Jedyne co możemy zrobić w tej sprawie, to najpierw uświadomić sobie samym, jak jest naprawdę, a później uświadamiać o tym innych ludzi. Z Kościołem jest trochę tak jak z Państwem. Państwo tworzą wszyscy obywatele, a nie tylko politycy. Każdy obywatel Państwa jest za to Państwo odpowiedzialny. Chociaż oczywiście rządzący mają największy wpływ na to, jak to Państwo funkcjonuje, według jakich zasad działa, i w jakim kierunku zmierza. Podobnie jest w Kościele. Z tymi rozmowami, krytyką i plotkami również jest tak, że tego raczej nie unikniemy. U mnie w rodzinnym mieście nie ma imienin, na których nie rozmawiałoby się o politykach, albo o księżach. Mamy w mieście dwie parafie, dwóch proboszczów. Jeden jest dobrym człowiekiem, zwłaszcza dla ludzi, można u niego wszystko załatwić bez problemu. Drugi nie jest dobry, zawsze robi jakieś problemy, szuka dziury w całym, w jego zachowaniu i sposobie wyrażania ciężko jest się doszukiwać miłości do bliźniego. Podczas rozmowy o nim staram się nie odzywać niepytany, a na pewno go nie oceniać. Natomiast uważam że nie powinniśmy się bać mówić prawdy, oceniać nie samego człowieka, lecz jego czyny i słowa. Nie wyolbrzymiać, nie naciągać faktów, nie domniemywać. Jeśli wiemy z całkowitą pewnością, że ksiądz zrobił coś złego, powiedzieć jasno i wprost, że to było złe. I tyle.

Na kociec nasz student pyta te wszystkie osoby: 'Jesteś ochrzczony?' W odpowiedzi słyszy: 'Tak'. Pyta więc: 'Należysz do Kościoła?' Na co pada odpowiedź: 'Niby tak, ale... Kościół to nie ja'. No właśnie. To jest kwestia świadomości, albo, uwaga, wypisania się z Kościoła, tyle że nie tak formalnie, ale jednak powiedzenia: nie chcę mieć z tym Kościołem nic wspólnego. Wydaje mi się że tutaj mamy do czynienia często właśnie z tym drugim przypadkiem. Ludzie zrazili się do Kościoła. Kiedyś poprzez inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję i hamowanie postępu. Dzisiaj przez proboszczów małych miasteczek i wsi, którzy odmawiają chrztu dziecku poczętemu i narodzonemu w nieformalnym związku. Poprzez idiotyczne komentarze księży skierowane do samotnych młodych matek, które przychodzą ochrzcić swoje dziecko. Samotnych, bo ojciec dziecka porzucił je gdy dowiedział się o ciąży. Poprzez molestowanie dzieci, kleryków w seminarium, zakonnic. Poprzez prawdę który wychodzi na jaw, że ksiądz ma dzieci ze swoją gosposią. Ale uwaga. Ludzie zrażają się do Kościoła również przez nas wszystkich, członków tego Kościoła, kiedy nie żyjemy według zasad Ewangelii. Kiedy chodzimy co niedzielę do kościoła, a w ciągu tygodnia żyjemy tak, jakby Boga nie było. Każdy z nas, członków Kościoła, gdy swoim czynem lub słowem powoduje słuszne zgorszenie, zraża ludzi do Kościoła. Tak więc uważajmy, bo wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, jak ludzie widzą Kościół, którego jesteśmy cząstką. Cząstką maleńką, ale jednak cząstką.

I tym optymistycznym akcentem... :)

Krzyż Chrystusa

O dwóch rodzajach cierpienia i o krzyżyku na szyi.

Przed momentem sobie sprawdziłem, kiedyśmy napisali ostatni wpis na tym blogu. Okazuje się że było to na początku czerwca, a dzisiaj mamy koniec listopada, a więc mieliśmy niezamierzoną, niemal półroczną przerwę w pisaniu. Postaram się powolutku wrócić do systematycznego pisania, ale powrót do formy po takiej dłuższej przerwie może trochę potrwać. Zaczniemy więc od czegoś prostego, biorąc na warsztat kolejny rozdział książki "Modlitwa zniechęconego".

Dzisiejsza wypowiedź studenta rozpoczyna się od stwierdzenia, że wiara chrześcijańska kojarzy mu się z krzyżem, że znak ten towarzyszy nam przez pokolenia już od dwóch tysięcy lat. Szkoda że wiara chrześcijańska nie kojarzy mu się ze zbawieniem, bo krzyż to jedynie niewielki przystanek na drodze życia Jezusa. Natomiast fakt faktem, że właśnie po krzyżu można nas - chrześcijan - rozpoznać najszybciej. Noszenie krzyża nie jest konieczne do tego, aby być chrześcijaninem. Ale jeśli już ktoś nosi krzyżyk na szyi, zazwyczaj świadczy to jednoznacznie o jego przynależności do chrześcijaństwa.

Opowiem Wam jak to jest ze mną jeśli chodzi o noszenie krzyża. W tym momencie na mojej szyi wisi mały drewniany krzyżyk. Kupiłem go dokładnie rok temu na rynku we Wrocławiu, na jednym ze stoisk jarmarku bożonarodzeniowego. Jeśli się go weźmie do ręki to od razu widać, że krzyżyk został ręcznie wyrzeźbiony. Osoba która go wykonała nawet specjalnie się nie przyłożyła do swojej roboty. Krzyżyk jest strasznie kanciasty :) wykonany najprawdopodobniej po prostu szybko, bez przejmowania się czy będzie ładny i prosty. Ważne żeby miał "mniej więcej" kształt krzyża. Mimo wszystko mnie się podoba, przyzwyczaiłem się do niego. Jest pierwszą rzeczą którą zakładam wstając rano z łóżka, i ostatnią którą zdejmuję gdy się kładę wieczorem do snu. Na stoisku zapewniono mnie, że wszystkie rzeczy które sprzedawali, zostały wykonane przez rodziny z Betlejem. A ja sobie dopowiadam, że krzyżyk powstał z drzewa oliwnego, które naprawdę rosło gdzieś tam w Betlejem :) Niezależnie od tego czy to prawda czy nie, od roku krzyżyk nieustannie znajduje się na mojej szyi. Niemniej jednak nie zawsze tak było.

W swoim życiu mam takie okresy, że pewnego dnia po prostu postanawiam, że nic nie będzie wisiało na mojej szyi. I taki stan rzeczy potrafi trwać przez kilka lat. W okresie liceum miałem bardzo podobny krzyżyk do tego który noszę teraz. Również drewniany, na brązowym rzemyku, zakupiony najprawdopodobniej nad morzem. Nosiłem go długo, przez kilka lat. A później pewnego dnia postanowiłem, że koniec z tym. I przez następne kilka lat nie nosiłem nic, bo wszystko mi przeszkadzało. Także z noszeniem krzyżyka u mnie jest tak, że nie mam potrzeby go nosić. Jestem chrześcijaninem, całe moje wnętrze jest chrześcijańskie, mój światopogląd i sposób postrzegania świata jest chrześcijański. Ale nie mam potrzeby pokazywać tego ludziom i światu poprzez noszenie krzyża, tudzież taki czy inny sposób ubioru, tatuażu, itp. Także w tym momencie krzyżyk wisi na mojej szyi przede wszystkim dla mnie. Lubię się nim na przykład bawić, jak nie mam co robić z rękami :)

Dobra. Idźmy dalej, bośmy się rozgadali. Dalej student mówi, że są tacy ludzie, "dla których krzyż kojarzy się z antysemityzmem, z nietolerancją". Trochę nie rozumiem dlaczego krzyż miałby się kojarzyć z antysemityzmem oraz z nietolerancją. Mnie się tak chyba nigdy nie kojarzył. Trzeba by zapytać tych ludzi, dlaczego krzyż kojarzy im się z antysemityzmem i nietolerancją. Ciężko jest mi się do tego odnieść.

Student mówi następnie, że kiedy słyszy słowo 'krzyż', często myśli o cierpieniu, którego tak wiele jest w każdym czasie i w każdym miejscu. I to jest już coś, z czym możemy polemizować. Skojarzenie 'krzyż' plus 'cierpienie' - jak najbardziej. Ale czy naprawdę tak wiele cierpienia jest w każdym czasie i miejscu, czyli zawsze i wszędzie dookoła? Zróbcie sobie kiedyś taki eksperyment. Gdziekolwiek mieszkacie, wyjdźcie z domu i pójdźcie do centrum Waszego miasta. Jeśli mieszkacie akurat na przykład we Wrocławiu, to idźcie na rynek. Stańcie w samym środku, i rozejrzyjcie się dookoła. I sami sobie odpowiedzcie na pytanie, co widzicie. Czy widzicie cierpienie, czy może radość. Moim zdaniem tego cierpienia wcale nie ma aż tak dużo na tym naszym świecie, ani w naszym życiu. Jasne, czasami cierpimy. Opowiem Wam, jak to z tym cierpieniem jest u mnie. Posłuchajcie.

Jeśli chodzi o temat cierpienia, to mam pełną świadomość, że moje podejście do tego tematu jest inne, niż wielu ludzi. Moim zdaniem, do mojego sposobu postrzegania cierpienia trzeba dotrzeć. Nie wszyscy dotarli jeszcze w swoim życiu tak gdzie ja jestem w tej chwili, dlatego mogą postrzegać cierpienie nieco inaczej. W moim życiu występuje cierpienie dwojakiego rodzaju: fizyczne i duchowe. To pierwsze jest niczym w porównaniu z tym drugim. Fizycznie cierpiałem na przykład dokładnie dwa dni temu. Gdy nagle ni stąd ni z owąd i bez jakiegoś specjalnego powodu koło południa zacząłem odczuwać przysłowiowe 'korzonki'. Jeśli ktoś nigdy nie miał tej dolegliwości, to będzie mu trudno sobie wyobrazić, jak to się objawia. Jak sobie wpiszecie w google słowo 'korzonki', to wyskakuje opis tego, co to jest, skąd się to bierze, i czym się objawia. Jednym zdaniem, ma to jakiś związek chyba z kręgosłupem, a w każdym razie z nerwami związanymi z kręgosłupem. Objawia się tym, że człowiek nie może się ruszyć, bo każdy, nawet najdrobniejszy ruch powoduje przeszywający ból. W takim stanie nawet oddychanie jest utrudnione, nie mówiąc już o jakimś kaszlnięciu lub, nie daj Boże, psiknięciu. Przechodzi to to samo, dokładnie tak nagle jak się pojawia, zwykle nie trzeba stosować żadnych metod ani środków. W moim przypadku przeszło jeszcze tego samego dnia pod wieczór, w okolicach kolacji. Jest to już dla mnie zupełnie normalne, od pewnego czasu pojawia się systematycznie mniej więcej raz na 3 miesiące.

I nie zrozumcie mnie źle. Cierpienie fizyczne potrafi być bardzo dotkliwe, ba, potrafi być nie do zniesienia, jasne że tak. Człowiek jest tak zbudowany, że cierpienie fizyczne może być dla nas nie do zniesienia. Mamy te wszystkie nerwy, itd. Rzadko na przykład boli mnie ząb, ale jeśli już boli, potrafię przeklinać jak szewc. Dwa dni temu również przeklinałem. Z bólu. Natomiast wierzcie mi, cierpienie fizyczne jest niczym w porównaniu z cierpieniem duchowym. I teraz najważniejsza sprawa, już chyba kiedyś o tym wspominałem. Już od dłuższego czasu nic z zewnątrz nie jest w stanie sprawić, że ja będę cierpiał. To jest trochę tak jak mówił Jezus, że to co wchodzi do człowieka z zewnątrz, nie jest w stanie mu zaszkodzić. Ani inni ludzie, ani świat (to co mi się przydarza), nie są w stanie stać się przyczyną mojego cierpienia. Już od dłuższego czasu tylko i wyłącznie ja sam mogę stać się przyczyną mojego cierpienia. Jak konkretnie? Grzesząc. Jeśli sam z własnej woli uczynię coś, co ja sam uważam za grzech. Wtedy cierpię duchowo, i to bardzo. Nieraz do tego stopnia, że fizycznie powoduje to problemy z oddychaniem, tak jak przy korzonkach. Tylko że cierpienia duchowego stosunkowo łatwo można się pozbyć, niestety w przeciwieństwie do cierpienia fizycznego, którego nieraz pozbyć się nie sposób. O ile nie pomoże Ibuprom, tudzież inny Nurofen. Żeby pozbyć się cierpienia duchowego związanego z grzechem, zazwyczaj wystarcza pójść do spowiedzi. "Tak po prostu. Tak to działa." Cytując autora Polskiego Kursu Blendera :) który ostatnio udało mi się jakimś cudem wreszcie przerobić do końca.

Także podsumowując. Moim zdaniem tego cierpienia naprawdę nie ma aż tak wiele, jak to się przyjęło mówić. Nieporównywalnie więcej jest na świecie radości, pokoju, miłości, ogólnie braku cierpienia (czy cierpienie ma w ogóle swoje przeciwieństwo?), niż cierpienia. Ja na przykład cierpię nieporównywalnie mniej, niż nie cierpię. Najczęściej nie cierpię. Chociaż od czasu do czasu zdarza mi się oczywiście cierpieć, zarówno fizycznie jak i duchowo, jak każdemu normalnemu człowiekowi.

Następnie student wydaje się pytać, dlaczego istnieje cierpienie, dlaczego cierpimy. Nie będziemy się do tego odnosić, bo wydaje mi się że już to gdzieś robiłem wcześniej.

Natomiast fajne jest ostatnie pytanie, tak jakby kluczowe dla całej wypowiedzi. Student pyta, co ma powiedzieć matce, która utraciła dziecko, co powiedzieć oszukanemu, zdradzonemu, temu, który nie wierzy, że może wyrwać się z nałogu. Nie będą już po raz kolejny pisał, że pytany biskup nawet się nie odnosi do postawionych pytań i wypowiedzianych przez studenta kwestii, bo to już jest chyba reguła w tej książeczce :). Po przeczytaniu tego rozdziału odniosłem nawet wrażenie, że biskup w życiu na oczy nie widział wypowiedzi studenta. Kazali mu po prostu napisać trzy zdania o krzyżu Chrystusa, to wziął i napisał. Że "Jezus Chrystus, Syn Boży, przyszedł na świat, aby nas zbawić." No super, wszystko jasne, prawda :) No to niech biskup rzeczywiście spróbuje powiedzieć to tej matce, o której mówi student. Ja, będąc na miejscu tej matki, bym wyśmiał w twarz takiego biskupa, gdybym coś takiego usłyszał, w momencie w którym właśnie straciłem dziecko.

Wydaje mi się, że w takiej sytuacji nie ma sensu niczego mówić. Czasami tak się zdarza, że dzieci umierają. Jest to zupełnie normalna sytuacja. Tak działa nasz świat, tak jest ten świat zbudowany, że czasami dzieci umierają. Nie jest to fajne, chcielibyśmy żeby tak nie było, ale tak jest, i nic na to nie poradzimy. Co tu można więcej powiedzieć. Dziecko umarło i tyle. Można jedynie usiąść i zapłakać, można się wkurzyć na Boga, jeśli ktoś w Niego wierzy, można się na Niego obrazić. I tyle. To samo z oszukanym i zdradzonym. Możemy powiedzieć: ktoś Cię oszukał bracie, albo ktoś Cię zdradził przyjacielu. Ludzie się wolni, mogą robić co zechcą. A więc mogą także oszukiwać i zdradzać. Tak jest, tak jest ten świat urządzony, i tyle. Natomiast brak wiary, że można wyrwać się z nałogu, to już jest zupełnie inna bajka. Takiej osobie, która nie wierzy że może się wyrwać z nałogu, trzeba po prostu powiedzieć, że jest to jak najbardziej możliwe. Nie jest to łatwe, przeciwnie, jest cholernie trudne, ale jak najbardziej możliwe. Tyle.

I tym optymistycznym akcentem... :)

Bóg miłosierny

Dlaczego Bóg jest miłosierny?

Na samym początku zacytuję wam, jaka była moja pierwsza myśl po przeczytaniu wypowiedzi studenta z tegoż rozdziału: "Ja pierdzielę.". Tyle że w wersji bardziej niecenzuralnej, czyli z końcówką: '-olę', jak np. w słowie 'wolę' (to, a nie tamto) :) Taka myśl pojawiła mi się dlatego, że ta wypowiedź jest całkowicie bezsensu, ogólnie chodzi o to, że w ogóle się kupy nie trzyma. Każde zdanie jest o czym innym, i jedno do drugiego ni w ząb nie pasuje. Tak jakby ktoś sklecił 6-zdaniową wypowiedź z 6 losowo wybranych zdań. Oczywiście trochę przesadzam, ale tylko trochę.

Odpowiedź biskupa to już jest dno totalne, jak się można było spodziewać. Chciałbym się mylić, ale obawiam się że tak będzie już do końca tej książki. Czyli że odpowiedzi biskupa na pytania studentów nawet nie warto czytać, bo ich czytanie będzie całkowitą stratą czasu. Przy okazji jak czytałem tę wypowiedź, przyszło mi na myśl jeszcze coś takiego, że nawet sam 'autor' tej wypowiedzi, czyli biskup Jan Szkodoń, nie czytał 'swojej' wypowiedzi, ale że to ktoś inny, np. autorzy książki, kimkolwiek byli, 'stworzyli' tę wypowiedź i 'włożyli' ją w usta biskupa, a biskup po prostu przejrzał książkę, dał zgodę na publikację, i zgarnął umówioną wcześniej sumę pieniędzy. Być może oczywiście się mylę. Ale naprawdę już tylko te dwie wypowiedzi 'biskupa', z tego i ta z poprzedniego rozdziału, sprawiają takie właśnie wrażenie. Słów 'własnych' biskupa w tej krótkiej 6-zdaniowej wypowiedzi, jest 17 (razem z 'i', 'w', itp.). Reszta to są cytaty z Pisma i Katechizmu. I oczywiście odpowiedź nijak nie odpowiada na pytanie studenta :)

Ale do rzeczy. Jeżeli biskup nie pokusił się żeby chociaż spróbować na postawione pytania odpowiedź, to my spróbujmy to zrobić za niego.

Student rozpoczyna swoją wypowiedź od stwierdzenia, że wiele razy słyszał stwierdzenie Jana Pawła II, że mianowicie dziś niektórzy ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. I z tym się na razie w pełni zgadzamy, bo nie sposób się tutaj nie zgodzić. Ale już w kolejnym zdaniu student strzela z armaty, mówiąc że "chyba jest tak, że nie ma zbyt wielu ludzi (przynajmniej w naszym kraju), którzy twierdzą, że są niewierzący". No bzdura totalna, za przeproszeniem. Student ów się chyba urwał z księżyca, a przynajmniej z choinki. Jest zupełnie przeciwnie. Czyli jest olbrzymia ilość ludzi, którzy twierdzą, że są niewierzący. Zwłaszcza ludzi młodych i świadomych swojej wiary (lub niewiary), w wieku około 25-35 lat. Zgadzam się, że dużo takich osób to mieszkańcy innych krajów Europy. Ale w Polsce również jest ich już na chwilę obecną bardzo dużo. Mam wrażenie że właśnie teraz, a mamy rok 2016, w naszym kraju przechodzimy okres totalnego kryzysu religijności. Czyli doszliśmy właśnie do momentu w dziejach kraju, który to moment bardziej rozwinięte kraje Europy i świata mają już dawno za sobą. Do kościoła w Polsce chodzą ludzie tak 'na oko' w wieku 45-90 lat. Młodych ludzi widzi się jedynie w dużych miastach, takich jak Poznań, Wrocław, Kraków, Warszawa, i to nawet tutaj jedynie w kościołach zakonnych, u Dominikanów czy u Franciszkanów, gdzie poziom kazań i 'oferta' duszpasterska są nieporównywalnie wyższe niż w kościołach parafialnych.

W kolejnym zdaniu student pisze, że "częściej spotykamy takich, którzy twierdzą, że wierzą, ale nie praktykują, lub wierzą, ale nie uznają Kościoła, a przynajmniej niektórych Jego twierdzeń i wymagań". Z tym twierdzeniem możemy się zgodzić, po zamianie słowa 'częściej' na 'często'. Te dwa przypadku sprowadzają się tak naprawdę do jednego i tego samego. Ludzie wierzą (a przynajmniej tak twierdzą), że Coś lub Ktoś tam jest (Bóg), ale na tym się kończy ich religijność. Czyli w ich życiu w jakimś tam podstawowym stopniu jest obecna wiara, a nie ma zupełnie religii. Powodów takiej sytuacji jest kilka. Jednym z nich jest na pewno postęp cywilizacyjny. Zobaczcie że w każdym rozwiniętym cywilizacyjnie kraju religia umiera, powoli zanika. Wiara i religia, a zatem i Bóg, stają się chyba trochę niepotrzebne w cywilizowanym społeczeństwie. Wiara i religia są za to bardzo mocno obecne w krajach nierozwiniętych lub słabo rozwiniętych. To właśnie tam gdzie nie ma postępu, jest jeszcze miejsce na różnego typu wierzenia (i zabobony?). Poczynając od wierzeń religijnych ludów prymitywnych, poprzez kraje całkowicie islamskie, gdzie np. kobieta nie ma żadnych praw, nie może wychodzić z domu, nie może jeździć samochodem, a za mąż za dorosłych (a często zwyczajnie starych) mężczyzn wydaje się 10-letnie dziewczynki, i na porządku dziennym są samosądy uliczne i kary ukamienowania za cudzołóstwo. Młodzi dojrzali ludzie (w wieku 25-35), wychowani w kulturze krajów rozwiniętych, wychowani na Internecie, w wolności myślenia, ludzie którzy myślą samodzielnie, często oczytani i obeznani ze światem, a na pewno o dużym poziomie inteligencji, tacy ludzie chcą być wolni, nie pozwolą się 'zamknąć' w duchowej klatce. Nie pozwolą nałożyć na siebie jakichkolwiek pęt czy ograniczeń, zakazów i nakazów. A Kościół w takiej czy innej postaci przychodzi do nich właśnie z różnego typu nakazami, zakazami, karami (wiecznymi), itd. Dlatego młodzi ludzie dzisiaj rezygnują z Kościoła.

Następnie ni z gruchy ni z pietruchy student wyskakuje zupełnie z innym tematem. Mówi mianowicie, że "niektórych ludzi fakt, że są różne religie i wyznania, prowadzi do wniosku: wszystko jedno, w co się wierzy, byle wierzyć i być dobrym człowiekiem". No więc, jeśli to co teraz napiszę przeczyta ktoś kto ma władzę w Kościele, to mnie wyrzucą ze wspólnoty wierzących, i będę musiał sobie szukać nowego Kościoła. Osobiście uważam bowiem, że to zdanie jest trochę prawdziwe. Tak się akurat przydarzyło, że urodziłem się w Polsce, w rodzinie religijnej, i od dziecka do dnia dzisiejszego jestem chrześcijaninem, katolikiem. Dlatego uważam że chrześcijaństwo jest fantastyczną religią. Ale nie wiem czy najfajniejszą ze wszystkich, bo nie znam innych religii, nigdy nie wyznawałem żadnej innej religii oprócz swojej. Natomiast podpisuję się pod tym zdaniem studenta niemal obiema rękami i nogami. Nie jest żadną winą ludzi urodzonych w innych zakątkach świata, że są zagłębieni w różnych innych religiach. Muzułmanin wyznaje islam, bo urodził się tam gdzie się urodził, i wychował w takiej kulturze i w takiej religii, w jakiej się wychował. I podobnie rzecz się ma z buddystą, żydem, hinduistą, protestantem, czy świadkiem Jehowy. Co więcej, wydaje mi się że nawet sam Kościół byłby w stanie się pod tym podpisać. A tak naprawdę to przecież nie jesteśmy w stanie w tym momencie stwierdzić, czy chrześcijaństwo jest jedyną prawdziwą religią, a wszystkie inne są nieprawdziwe. Dopiero (jak wierzymy my - chrześcijanie) po śmierci okaże się, czy rzeczywiście spotkamy tego naszego Boga, Jezusa, i Ducha świętego, a nie spotkamy Allaha, Buddy, tudzież innego Rama Kryszny.

Idźmy dalej. W kolejnym zdaniu student stawia sobie pytanie (i inni, pewnie jacyś znajomi naszego studenta, również je sobie oczywiście stawiają), dlaczego Bóg jest miłosierny, a w historii i dziś, wokół studenta, bliżej i dalej, jest tyle zła (w nim, czyli wewnątrz naszego studenta, także) i tyle cierpienia. Jaki związek ma miłosierdzie Boga do obecności w świecie i w ludziach zła oraz cierpienia, nie wiem. Musielibyśmy zapytać o to studenta, żeby nam tę kwestię doprecyzował. Miłosierdzie moim zdaniem wiąże się bardziej z przebaczeniem. Bardziej pasowałoby więc zapytać: skoro Bóg jest dobry, to dlaczego na świecie istnieje tyle zła? Wydaje mi się że już gdzieś o tym pisałem, także nie będziemy się już na ten temat tutaj rozpisywać. W każdym razie dobro Boga (a tym bardziej Jego miłosierdzie) w niczym nie przeszkadza, że na świecie i w ludziach istnieje zło i cierpienie. Bóg jest osobnym bytem, i jako taki może być dobry i miłosierny, a ludzie są zupełnie odrębnymi bytami, i jako tacy mogą być źli, i mogą wyrządzać zło innym ludziom, planecie, sobie samemu. Bo są wolni, mogą wybierać, czy chcą być dobrzy czy źli, i czy chcą czynić dobro czy zło, budować czy niszczyć.

Ciekawszym zagadnieniem jest postawienie pytania w następujący sposób, bardziej precyzyjnie niż zrobił to student: jeżeli wszystko co istnieje zostało stworzone przez Boga, i nie ma nic, czego On by nie stworzył, i jeżeli to On w każdej sekundzie podtrzymuje wszystko w istnieniu, i jeżeli (jeden) jest (tylko) dobry, i nie ma w Nim ani odrobiny złego, to w takim razie skąd się wzięło zło i cierpienie, i dlaczego cały czas istnieją, a nawet powstają nowe 'instancje' zła i cierpienia? To jest ciekawe pytanie. A może jest tak, że zło tak naprawdę nie istnieje (jak mówi filozofia, że zło jest brakiem dobra), i wszystko to, co nam się wydaje złem i cierpieniem, również jest dobrem, tylko że dobrem w oczach Boga, a nie naszych. Nam się wydaje że coś jest złem, a Bóg już widzi dobro, jakie z tego wyniknie, bo przecież dla Niego tysiąc lat jest jak jeden dzień. Nie będziemy się nad tym teraz rozwodzić, bo na tym zagadnieniu można by zbudować osobny wpis.

My tymczasem przejdźmy już do ostatniego zdania w pytaniu studenta. A w ostatnim zdaniu student wpada nagle w nostalgiczny, filozoficzny nastrój, wypowiadając opinię na temat dzisiejszego świata. Że mianowicie "człowiek goni za pieniądzem, sukcesem, przyjemnością, czasem ucieka w narkotyki, alkohol...". Zdanie (i zarazem cała wypowiedź studenta) kończy się właśnie w taki sposób, tymi trzema kropkami. I znowu: jaki to ma związek ze złem i cierpieniem, nie mam zielonego pojęcia. Wszystkie te rzeczy są raczej fajne, a nie niefajne. Pieniądze są fajne, sukces jest fajny, przyjemność jest fajna, tym bardziej narkotyki i alkohol jest fajny. Z punktu widzenia człowieka są to rzeczy dobre, które mu się przydarzają, a nie złe. Cierpieniem i złem jest dla człowieka brak pieniędzy (bieda), brak sukcesu (porażki), nieprzyjemności (przykrości), trzeźwość. Tutaj też nie będziemy już jakoś wielce dywagować. Tak rzeczywiście dzisiaj jest, takie mamy czasy, taki klimat. Chociaż tak mi teraz przyszło na myśl, że przecież chyba zawsze tak było. Człowiek woli być bogaty niż biedny, woli osiągać sukcesy niż porażki, woli przyjemności od przykrości. I moim zdaniem nie ma w tym niczego złego. Alkohol i narkotyki to chyba w większości przypadków nie jest ucieczka, lecz ciekawość, jakaś tam forma przyjemności i szczęścia. Oczywiście w dużych dawkach szkodliwa. Ale jak wiemy, od wina nawet Pan Jezus nie stronił, tylko je pomnażał, najpierw przemieniając w nie wodę, a później swoją krew... :)

I tym optymistycznym akcentem dzisiaj zakończmy :)

Wiara i rozum

Ku czemu zmierza świat?

Studentami zadającymi pytania są zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Nieraz z treści pytania widać, czy pytający jest ‚studentem’, czy może ‚studentką’, innym razem nie da się tego odczytać, bo w treści pytania nie występują wyrazy z końcówkami płciowymi. Dlatego dla uproszczenia na blogu będziemy zwykle używali formuły męsko-bezpłciowej: student. Chyba że z tekstu jednoznacznie uda się odczytać płeć pytającego, wówczas zastosujemy formę żeńską.

Natomiast żeby nie być posądzonym o niezgodne z prawem kopiowanie treści książki bez zgody autorów, omówimy sobie wypowiedzi studentów własnymi słowami (zrecenzujemy), a zacytujemy tylko i wyłącznie konkretne pytanie danego studenta.

Wypowiedź pierwszej studentki jest dość mocno zagmatwana :) We wstępie mówi o tym, że żyjemy wśród ludzi, samotnie a jednocześnie z innymi, że żyjąc często liczy na innych ludzi, mimo że czasami nie można liczyć nawet na najbliższych. Zastanawia się, czy inni mogą liczyć na nią. Następnie mówi o tym, że ma wiele planów i nadziei, niektóre nigdy się nie spełnią. Czasami jest zauroczona nauką, postępem i techniką. Wydaje jej się, że wiara religijna jest zbędna. Ale rozczarowujące są dla niej sytuacje, gdy postęp wykorzystywany jest do niszczenia, zabijania, itp. Natomiast pytanie trochę abstrahuje od tego wszystkiego, jest bardziej natury ogólnej i brzmi następująco:

Ku czemu zmierza świat? Czy nie jest tak, że i rozum, i wiara są bezradne wobec pustki, jaka jest we mnie? Gdzie znajdę źródło nadziei i światło na przyszłość?

Jak widać, są to właściwie trzy odrębne pytania.

Pierwsze: ku czemu zmierza świat?

Odpowiedź: nie wiemy, ku czemu zmierza świat. Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiemy, co się zdarzy jutro, nie wiemy nawet, co się wydarzy ze światem w następnej sekundzie. Jeżeli jakaś osoba jest jasnowidzem, ma dar widzenia przyszłości, to jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie bardzo konkretnie. Podobno jest to możliwe, i podobno nawet istniały czy też istnieją osoby, które były czymś takim obdarzone. Osoba z darem jasnowidzenia być może byłaby w stanie odpowiedzieć na pytanie, ku czemu zmierza świat. O ile oczywiście byłaby w stanie zobaczyć odpowiednio daleką przyszłość. Osobiście nie posiadam takiego daru, nie jestem w stanie zobaczyć przyszłości, dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć pewnie na tak postawione pytanie. Jednakże gdybym miał wyrazić moją prywatną opinię na ten temat, to powiedziałbym, że świat zmierza ku zagładzie :) Jest to tylko i wyłącznie przypuszczenie, gdybanie, i miejmy nadzieję, że nigdy się nie sprawdzi. Skąd u mnie taka czarna wizja przyszłości? Po pierwsze, z każdym dniem coraz bardziej zaludniamy Ziemię, i jednocześnie żyjąc na niej coraz bardziej ją niszczymy, co jest chyba nieuniknione. Każda rzecz, którą się używa, z czasem niszczeje. Dokładnie tak samo jest z planetą. Natomiast po drugie, na dzień dzisiejszy jesteśmy już w stanie zniszczyć samych siebie. Nawet jeśli nie dysponujemy jeszcze odpowiednią ilością bomb nuklearnych, atomowych, jądrowych, biologicznych, to myślę że bylibyśmy w stanie spokojnie taką ilość wytworzyć, aby zniszczyć całkowicie życie na Ziemi, a może i nawet samą Ziemię. Obawiam się tego, że któregoś słonecznego dnia któryś z ludzi mających w miarę swobodny dostęp do takiej broni, po prostu naciśnie przycisk. Powód naciśnięcia przycisku nie będzie już wtedy istotny :) Wymyślcie sobie jakikolwiek: czy to aby wywołać wojnę, czy to z ciekawości, z choroby psychicznej, przez przypadek, czy cokolwiek innego.

Zapomnieliśmy jeszcze o jednej osobie :) mianowicie o Bogu. Jeżeli istnieje Bóg, i jeżeli jest wszechwiedzący, to On być może jako jedyny z całą pewnością wie, ku czemu zmierza świat. Można spróbować Go o to zapytać, jeśli akurat będzie w dobrym nastroju, na pewno odpowie :)

Drugie pytanie: czy nie jest tak, że i rozum, i wiara są bezradne wobec pustki, jaka jest we mnie?

Moim zdaniem odpowiedź brzmi: nie, tak nie jest. Rozum rzeczywiście może być bezradny wobec pustki która się w nas znajduje. Moim zdaniem jesteśmy w stanie zrozumieć bardzo mało rzeczy które się w nas dzieją, w naszej psychice, duszy. Ale jest coś takiego jak psychologia. Ja nie jestem psychologiem, dlatego trochę się na tym nie znam. Ale z tego co słyszałem albo czytałem, jesteśmy (to znaczy psychologia jest) już na dzień dzisiejszy w stanie wyjaśnić bardzo dużo ‚rzeczy’ związanych z nami i z naszą psychiką. Ale również z tego co słyszałem i czytałem, to jeszcze więcej tych ‚rzeczy’ nie jesteśmy w stanie wyjaśnić/zrozumieć. A więc rozum dzisiaj jest bezradny, co nie znaczy, że tak będzie zawsze. Z każdym dniem jesteśmy w stanie wyjaśnić coraz więcej.

Natomiast te właśnie braki rozumu ma za zadanie załatać w jakimś tam stopniu wiara. W zależności od tego w co wierzysz, to właśnie Twoja wiara może wytłumaczyć ‚rzeczy’ które się dzieją w Tobie, a wobec których rozum pozostaje na razie bezradny. Moja wiara mówi, że we mnie nie ma żadnej pustki. Że nawet gdyby nie było tam nic innego, to zawsze jest Bóg. Wiara również nie wyjaśnia wszystkich rzeczy. Powiedziałbym nawet że więcej nie wyjaśnia niż wyjaśnia :) Ale często przychodzi z pomocą, tam gdzie rozum zawodzi.

I trzecie pytanie: gdzie znajdę źródło nadziei i światło na przyszłość?

Hm. Można tego poszukać w sobie samym. Tak głosi wiele szkół duchowości, nie tylko naszej, chrześcijańskiej. Można również poszukać tego w drugim człowieku. Moim zdaniem ludzie z natury są dobrzy, może inaczej: raczej dobrzy, niż raczej źli. Możesz mieć nadzieję, tak jak ja, że nikomu nie zdarzy się nacisnąć tego przycisku o którym było wyżej :) A możesz też znaleźć to w Bogu. Wprawdzie Jemu również zdarzało się już niszczyć i zabijać niemalże całą ludzkość :) ale później niby obiecał, że już tego nigdy więcej nie zrobi.

Ja zasadniczo Mu wierzę :)

Pewnego dnia w moje ręce trafiła mała książeczka wydawnictwa WAM pt.: Modlitwa zniechęconego. Miało to miejsce kilka lat temu i wydaje mi się, że książka była dodatkiem do jakiegoś chrześcijańskiego czasopisma, ale dzisiaj już nie jestem tego pewien. Być może po prostu zobaczyłem ją w jakiejś księgarni, zainteresował mnie tytuł i opis na tylnej okładce, i postanowiłem zabrać ją sobie do domu. Tak czy inaczej, książka spędziła kilka lat leżąc sobie w moim pokoju na półce, a ostatnio wziąłem ją do ręki i zacząłem czytać.

Cała książka składa się z króciutkich trzyczęściowych fragmentów – tak jakby rozdziałów. Są studenci, którzy zadają jakieś krótkie konkretne pytanie, następnie biskup Jan Szkodoń w kilku zdaniach odpowiada na to pytanie, oczywiście totalnie nie na temat, jak to biskup :), a następnie jest modlitwa_własnymi_słowami ułożona przez tegoż biskupa, odnosząca się bliżej lub dalej do danego tematu pytania.

I teraz o co chodzi z tym blogiem, co to w ogóle będzie i czym będziemy się tutaj zajmować :) Biskupi już chyba tak mają, że zwykle nie odpowiadają na zadane im pytanie. Najczęściej wygląda o tak, że jeżeli w pytaniu jest cokolwiek o miłości Boga, to biskup odpowiadając zaczyna jechać wyuczonymi i powtarzanymi formułkami na temat miłości Boga. Biskup to jest takie coś [:)], taka zaprogramowana maszyna, że jeśli usłyszy formułę „Boża miłość”, to w głowie otwiera mu się właściwa szufladka, no i się zaczyna: że „Bóg jest miłością”, że „Bóg nas kocha”, że „wydał za nas swojego Syna”, że „Jezus z miłości do nas umarł na krzyżu”, itd. Człowiek który zadał pytanie, po tak udzielonej odpowiedzi, jest jeszcze głupszy niż był przed zadaniem pytania :). I dokładnie tak samo jest w przypadku tej książki.

Dlatego wpadliśmy (Duch Święty i ja) na genialny pomysł, żeby samemu spróbować odpowiedzieć na zadawane przez studentów pytania. Zobaczymy jak nam to pójdzie, miejmy nadzieję że nieco lepiej niż pytanemu w książce biskupowi :) Przejdziemy sobie po kolei przez wszystkie pytania które zadają studenci i spróbujemy się zmierzyć z tymi pytaniami.

A więc do dzieła :)