Pyrkon 2015

I jeszcze jeden festiwal fantastyki.

Coś widzę że ciężko mi idzie to pisanie :) Od założenia bloga byłem już na dwóch wydarzeniach, o których spokojnie można było już dawno napisać, ale jakoś ciężko jest mi się zebrać żeby to zrobić. Coś mi się zdaje, że nowe wpisy na tym blogu będą pojawiały się stosunkowo rzadko :) Raczej nie ma potrzeby, żebyście każdego dnia rano sprawdzali, co pojawiło się tutaj coś nowego. Jeśli zajrzycie gdzieś tak raz na dwa tygodnie, to będzie akurat :) Będzie rzadziej, ale za to pozwolimy sobie na nieco dłuższą formę wypowiedzi.

Pierwsze odbyło się jakoś pod koniec kwietnia, i był to największy konwent fantastyki w Polsce, tak zwany Pyrkon. Trzydniowe prawdziwe święto dla osób, które interesują się tematami fantasy i mangi, odbywa się już któryś rok z rzędu. I ja również uczestniczyłem w nim już któryś raz z kolei. Mimo że nie jestem już taki młody, to powiem Wam, że lubię tą imprezę. Dobrze się tam czuję, bo nagle zdaję sobie sprawę, że nie jestem odosobniony w moich dziwactwach. Nagle okazuje się, że takich jak ja jest dużo więcej, że można być 30-letnim facetem, mieć ‚normalne’ życie, być ustatkowanym, mieć rodzinę, normalną pracę od 8 do 16. A do tego czytać powieści fantastyczne, zbierać komiksy, i od czasu do czasu zarywać nocki przechodząc nowego Wiedźmina lub zabijając kolejne potwory w World of Warcraft. Nagle okazuje się, że można się na trzy dni w roku przebrać za Batmana lub za Supermankę, albo przefarbować sobie włosy na fioletowo, i że to wcale nie jest śmieszne ani żenujące. Uwielbiam takich ludzi, mega pozytywnie zakręconych, na punkcie swojego hobby, swoich bohaterów z komiksów, kolorowych, tak innych od zwykłej szarej codzienności i przeciętności. Pewnie dlatego że sam jestem inny, jestem do nich do nich podobny.

To nam się zrobiło trochę filozoficznie :) Wiemy już że Pyrkon jest fajny, to teraz napiszmy dlaczego. Głównym daniem konwentu dla mnie osobiście są prelekcje, wykłady, dyskusje. Tym razem również się nie zawiodłem w tym względzie. Jest tego mnóstwo, i zawsze można znaleźć coś dla siebie. Niektóre trochę gorsze, inne lepsze, niektóre beznadziejne, inne wybitne, zależy od tematu, i przede wszystkim od prowadzącego. Od wydarzenia minęły już prawie dwa miesiące, dlatego dzisiaj niewielu już mi w głowie zostało. Ale warto napisać o dwóch spotkaniach. Na jednym ze zdjęć widzicie największą salę konwentu, zdolną pomieścić najwięcej ludzi. Najprawdopodobniej największą atrakcją tego Pyrkonu była wizyta Dmitra Glukchowskiego. Na spotkaniu z autorem Metra zjawił się chyba cały Pyrkon, sala którą widzicie na zdjęciu pękała w szwach, nie było ani jednego wolnego miejsca. A tu ci niespodzianka: Dmitry na Pyrkonie nie mówił :) Miał tak zachrypnięty głos, że właściwie można powiedzieć że nie miał go wcale. Oficjalnie dlatego, że w poprzednim dniu miał spotkanie z fanami bodajże w Empiku, dużo mówił, no i tak jakoś wyszło. Oczywiście ja mam swoją prywatną teorię na ten temat :) Że mianowicie po tym spotkaniu w Empiku odbyło się jeszcze małe afterparty, najprawdopodobniej w niewielkim gronie, Dmitry udał się z Polakami na wódkę, panowie sobie trochę popili, pośmiali się, no i Dmitry na Pyrkonie nie mówił :). A szkoda. Bo cały Pyrkon przyszedł na spotkanie z Dmitrem, a Dmitry powiedział pewnie ze 4 zdania na krzyż. A drugie szkoda dlatego, że z już po tych 4 zdaniach widać było, że jest to bardzo fajny facet, że mądrze gada, i mógłby powiedzieć dużo fajnych i ciekawych rzeczy. A tak trochę kicha.

I drugie spotkanie, które pamiętam do dziś, i pewnie jeszcze długo nie zapomnę. Była to ostatnia prelekcja na całym Pyrkonie, ostatniego dnia, a więc tak naprawdę prelekcja zamykająca Pyrkon. Ludzi było niewiele, bo większość już się zebrała i pojechała do domu. W ogóle ta niedziela jest takim trochę dziwnym dniem, bo niby Pyrkon jeszcze trwa, ale ludzie już mniej więcej od południa zaczynają się rozjeżdżać do domów. Prelekcję prowadziła młoda dziewczyna, które w ogóle się nie przejęła tym, że organizatorzy włożyli ją na sam koniec konwentu. Moim zdaniem, było to jedno z najlepszych wystąpień na całym tegorocznym Pyrkonie. Nawet nie ze względu na temat prelekcji (powtarzające się motywy w bajkach Disneya), bo ten był dla mnie średnio ciekawy, ale właśnie ze względu na prowadzącą. Dziewczyna była niesamowita sama w sobie, widać było że jej fascynacja tematem nie jest udawana, że to wszystko jest szczere i prawdziwe. I poprowadziła to w sposób idealny, tak że naprawdę miło się ją słuchało.

Przy tej okazji taka mała sugestia w stronę organizatorów. Siedząc wtedy na sali pomyślałem sobie, że po przyjeździe do domu znajdę tę dziewczynę w Internecie, i napiszę jej że zrobiła coś niesamowitego. Niestety nie było takiej możliwości. Na stronie Pyrkonu nie ma żadnych namiarów na prowadzących, i nie byłem w stanie jej odszukać. Jeśli jakimś cudem kiedyś przeczytasz te słowa, to wiedz :) że jesteś niesamowita, że Twoja prelekcja była jedną z najlepszych, i że zapraszam Cię na kawę/piwo, co tam wolisz :)

A co poza wykładami? Na Pyrkonie odbył się turnieje dwóch gier zespołowych: Quidditcha i Juggera. Chyba obydwie gry widziałem pierwszy raz w życiu na oczy na żywo. Quidditch (z Harrego Pottera) jest strasznie chaotyczny, boisko jest stosunkowo małe, a zawodników stosunkowo wielu, wszyscy ciągle biegają w tę i wewtę, ciężko się w tym harmidrze połapać, o co w ogóle chodzi i gdzie jest piłka, tym bardziej że piłek jest kilka :). W skrócie z tego co udało mi się obczaić, to gra polega na tym, że są dwie drużyny po około 10 osób każda. Wszyscy mają w rękach miotły i udają że na nich latają, podczas gdy tak naprawdę żaden zawodnik ani na moment nie oderwał się od ziemi. Co było dla mnie dużym zawodem. Gdyby mecz rzeczywiście odbywał się w powietrzu, widowisko bardzo zyskałoby na atrakcyjności. Są trzy tak jakby bramki po każdej stronie boiska, czyli w sumie sześć. Jedna osoba z każdej drużyny broni tych bramek. Około dwóch trzech osób próbuje strzelić gola drużynie przeciwnej. Bodajże dwie osoby z każdej drużyny mają swoje piłki i próbują nimi ustrzelić zawodników z przeciwnej drużyny. I do tego wszystkiego jest jeszcze jeden gość, który biega po boisku i cały czas czegoś szuka, tak naprawdę nikt nie wie czego. W pewnym momencie na boisko wybiega kolejny koleś, nienależący do żadnej z drużyn, i zaczyna latać po całym boisku, z tyłu mniej więcej na wysokości pośladków ma przyczepioną małą piłeczkę. Wtedy ten co cały czas czegoś szukał zaczyna gonić tego z przyczepioną piłeczką. Gdy go złapie, to mecz się kończy.

Jak widzicie, już ten powyższy opis jest strasznie chaotyczny. A w rzeczywistości jest jeszcze gorzej :). Nie podobało mi się, nie lubię, nie polecam, zawiodłem się że zawodnicy tylko udają że latają, ogólnie nic szczególnego, jeden wielki chaos.

Natomiast druga gra – Jugger – okazała się naprawdę fajna. Mamy dwie drużyny, po pięć osób każda. Czterech tak jakby ‚wojowników’, z których każdy dysponuje inną bronią. Jeden ma broń długą na jakieś 2 metry, drugi maczugę, trzeci długi kij podobny do dwustronnego miecza ze star wars, czwarty nie pamiętam. Najważniejszy jest piąty zawodnik, którego zadaniem jest tak jakby strzelić gola, tyle że piłką w tej grze jest kawałek czegoś, nie wiadomo czego, bo nie miałem okazji aby przyjrzeć się temu czemuś bliżej. Najprawdopodobniej tym czymś może być cokolwiek, co się mieści w dłoni. I chodzi o to, aby ten piąty zawodnik zaniósł to coś, czyli tego juggera (chyba) do bazy drużyny przeciwnej. Bazą jest leżąca na ziemi opona. Pozostała czwórka zawodników broni własnego piątego przed atakami czwórki przeciwników, ale jednocześnie stara się nie dopuścić do tego, aby piąty zawodnik drużyny przeciwnej, posiadający juggera, umieścił go w bazie tej czwórki.

Być może na papierze brzmi to trochę dziwnie, ale w rzeczywistości zasady są bardzo proste, a gra jest bardzo widowiskowa, i fajnie się to ogląda. Podejrzewam że jeszcze fajniej się w to gra, będąc jednym z zawodników. Niestety nie mam zdjęć z tych meczów, nie miałem tego dnia aparatu przy sobie.

Kolejną rzeczą o której można napisać, to widoczny na którymś zdjęciu pawilon zakupowy. Ogromny, mnóstwo stoisk, można było kupić praktycznie wszystko, co związane z tematyką mangi i fantasy. Kubki, koszulki, gry planszowe, karciane, figurki, kostki, przypinki, zakładki, książki, komiksy, do wyboru do koloru. Postanowiłem nie robić zakupów zaraz pierwszego dnia, tylko poczekać z tym na sam koniec. To był błąd. Nigdy tak nie róbcie. Po pierwsze, co fajniejsze rzeczy były już wykupione. Pierwszego dnia widziałem fajne bryloczki do klucza, trzeciego dnia niestety już ich nie było. A po drugie, gdy wreszcie zdecydowałem się coś sobie na spokojnie kupić, organizatorzy postanowili zamknąć pawilon sklepowy, mimo że do zakończenia konwentu pozostały jakieś 3 godziny. i tym sposobem na zakupy miałem 10 minut. Zdążyłem wyjść z jedną koszulką, która mi się rzuciła w oczy już dosłownie w ostatniej minucie. Gdyby nie to, wyjechałbym z Pyrkonu z pustymi rękami.

Następna rzecz, już powoli kończąc. Cosplayerzy, czyli osoby które postanowiły się przebrać, zwykle za jakąś postać, ale chyba niekoniecznie. Było ich dużo, jak widać na zdjęciach, niektóre stroje były fantastyczne, zwykle wszyscy chętnie pozowali do zdjęć. Najładniejsza cosplayerka na całym pyrkonie, moim zdaniem: dziewczyna z jasno-niebieskimi włosami i żółtymi gwiazdkami. Za przepiękny uśmiech.

I na sam koniec to co najważniejsze: jedzenie. Było dużo, i było bardzo dobre, nie było z nim problemu, kolejki nie były jakieś mega długie, ceny były zupełnie normalne, niewygórowane, było piwo, nawet takie niszowe, nieznane, zawsze było miejsce gdzie można było sobie spokojnie usiąść z tym jedzeniem.

Podsumowując. Z każdym kolejnym rokiem Pyrkon jest lepiej zorganizowany nic w latach poprzednich. Organizatorzy się uczą na błędach, poprawiają to, co nie grało poprzednio. W zeszłym roku w kolejce czekało się około godziny. W tym roku czekałem dosłownie jakieś 10 minut. Było dużo kas, sprzedaż przebiegała szybko i sprawnie. Tylko tak dalej. Jestem bardzo zadowolony. Myślę że każdy powinien być zadowolony, z tych którzy byli. Jeśli jeszcze nigdy nie byliście na Pyrkonie, polecam. Fantastyczni ludzie, fajna atmosfera, dużo atrakcji.

Tyle. Widzimy się za rok, na Pyrkonie 2016 :)

Toruń

Copernicon.

Króciutko tytułem wstępu. Jestem typem domatora. Przez większą część w roku nie chce mi się ruszyć mojego tyłka z fotela żeby wyjść trochę z domu, poznać jakichś ciekawych ludzi, zobaczyć nowe miejsca, itp. Ale uwaga: w głębi serca jestem podróżnikiem :) Marzy mi się pojechać absolutnie do każdego miejsca na świecie, żeby zobaczyć jak tam jest, poznać tylu ludzi, ilu tylko zdołam, poznać ich kulturę, zobaczyć jak żyją, pomieszkać jakiś czas w całkowicie innym miejscu, albo w ogóle nie mieć domu, takiego na stałe, tylko ciągle przenosić się z miejsca na miejsce, na przykład co roku do innego miasta. Pierwszą i najbardziej istotną przyczyną powstania tego bloga jest to, żebym co jakiś czas ruszył tyłek i gdzieś wyjechał, żebym podróżował, poznawał nowe miejsca i nowych ludzi. Spróbujemy przegonić tego mojego lenia, który siedzi sobie w środku i nie ma ochoty wychodzić z domu. Drugą przyczyną będzie chęć pokazania wam ciekawych miejsc na spędzenie wolnego czasu.

Postawmy sobie w pierwszym wpisie na tym blogu bardzo ambitny plan :) – odwiedzić większość miast Polski, zwłaszcza tych dużych, a następnie duże miasta w innych krajach. Tak abyśmy w ostatnim wpisie na tym blogu mogli bez ściemy napisać, że byliśmy wszędzie, w dosłownie każdym miejscu na świecie.

A teraz od razu relacja z pierwszej podróży. Od razu zauważycie że coś tu się nie zgadza, pogoda jest inna na obrazkach, a nieco inna za oknem… :) to dlatego że mamy ostatni dzień marca, a więc jutro zaczyna się kwiecień, dzisiaj już od rana padał śnieg z deszczem, później koło południa świeciło przepiękne słońce, a w tym momencie niebo jest tak zachmurzone, że wydaje się że lada chwila będzie burza. Po prostu Polska :)

Toruń odwiedziłem w wakacje zeszłego roku. Pogoda trafiła się fantastyczna, niebo niemal całkowicie bezchmurne. Nie żeby pogoda odgrywała jakąś znaczącą rolę w podróżowaniu, ale trochę przyjemniej się zwiedza gdy jest ciepło i świeci słońce, niż w ulewnym deszczu lub zimą :) Dlatego w tym miejscu już możemy śmiało założyć, że 99% wpisów będzie miała miejsce latem. Skłamałbym mówiąc, że zwiedziłem cały Toruń. Poruszałem się głównie w samym centrum, obszedłem wzdłuż i wszerz rynek i jego najbliższe okolice, zasadniczo tak jak widać na obrazkach. Ogólne wrażenia z pobytu w Toruniu – bardzo pozytywne. Nie spotkało mnie nic przykrego, a to już jest duży plus :), nie mogę się absolutnie do niczego przyczepić. Wszystko było fajne, miasto (przynajmniej w tej części którą widziałem) bardzo ładne, kolorowe kamienice, rynek długi, ładnie oświetlony po zmroku, idealny na wieczorne spacery. Mili ludzie, bardzo dużo kafejek, restauracji, sklepików. Dobre jedzenie, pierniki [niby jedyne oryginalne :)], stare szczątki jakiegoś fortu, Wisła tuż przy rynku – super.

Tak się złożyło, że w dzień wizyty akurat Polska grała mecz w siatkówkę, nie pamiętam już dzisiaj dokładnie z kim, ale to był już bodajże ćwierć lub nawet półfinał mistrzostw. Spędziłem ten wieczór właśnie na rynku, w jednym z ogródków piwnych z wystawionym dużym telewizorem. Mnóstwo ludzi, fantastyczna atmosfera, zimne piwo i jakiś hamburger do tego. Super sprawa. Niestety nie ma tego na żadnym obrazku, wieczorem już nie brałem aparatu idąc na miasto.

Podsumowując. Spędziłem tam 3 dni. Jak na okres letni, fantastyczne miasto, nawet na to żeby wynająć sobie jakiś tani pokój na miesiąc i pomieszkać tam nieco dłużej. Na pewno jeszcze kiedyś bardzo chętnie tam zawitam.