O dogmatach wiary.

Czyli o tym, czy Maryja rzeczywiście była dziewicą.

Wczoraj wróciłem z trzydniowych rekolekcji wielkopostnych. W drodze powrotnej do Wrocławia w samochodzie w pewnym momencie zaczęliśmy rozmawiać ze znajomymi na temat dogmatu o dziewictwie Maryi. Zastanawialiśmy się głównie nad tym, czy Maryja pozostała dziewicą do końca swojego ziemskiego życia. Tak narodził się pomysł na wpis na temat dogmatów wiary w chrześcijaństwie, a konkretnie w katolicyzmie.

Zacznijmy od tego, czym zatem jest ten dogmat. Wikipedia powie nam, że pojęcie to jest używane zasadniczo tylko w teologii chrześcijańskiej, a oznacza "naukę wiary zawartą w Objawieniu, której poprawna interpretacja jest ściśle określona przez Kościół". Swoimi słowami powiemy, że dogmat to taka prawda wiary, którą Kościół podał do wierzenia ogółowi wiernych. Jeśli coś zostaje ogłoszone jako dogmat, wszelkie dyskusje i wątpliwości na ten dany temat zostają zakończone. Kościół ogłosił np., że Maryja była zawsze dziewicą, i nie będzie się więcej nad tą kwestią zastanawiał. Co więcej, dobrze jest nam - zwykłym zjadaczom chleba - się zgodzić z Kościołem, bo jeśli się nie zgodzimy z danym dogmatem, możemy zostać przypadkiem wyklęci. Tak bowiem zostały sformułowane niektóre dogmaty. Jest tam napisane dosłownie, że kto twierdzi, że np. Maryja nie była zawsze dziewicą, niech będzie wyklęty. Swoją drogą zobaczcie, że gdy pisałem to poprzednie zdanie, pojawiła się mała trudność, jak określić zwykłych ludzi, którzy de facto są przecież Kościołem, od tych, którzy ustanowili dany dogmat. Zupełnie niezamierzenie pojawił nam się podział na Kościół ustanawiający dogmat (czyli papież i biskupi), oraz ogół wiernych, którym to dany dogmat został jedynie przedstawiony i przedłożony do wierzenia. To my wszyscy tworzymy Kościół. A więc powiedzieć, że to Kościół ustanawia dogmaty, jest trochę nie ten teges, bo ja osobiście nigdy nie ustanowiłem żadnego dogmatu wiary. I zakładam że z Wami będzie podobnie. Tak więc to rządzący Kościołem ustanawiają dogmaty wiary, a lud te dogmaty przyjmuje. Przeciwstawiając się dogmatowi, tworzymy jakąś tam schizmę w Kościele, rozłam, i dlatego możemy zostać z niego wyłączeni. Tak więc lepiej jest w dogmaty wiary wierzyć, i za wiele z nimi nie dyskutować. Tak przy okazji zauważcie również, że określenie 'zwykłych zjadaczy chleba' (wyjęte ze 'Zbrodni i kary' Dostojewskiego, i bardzo chętnie przeze mnie przejętego), gdy mówimy o Kościele przybiera zupełnie innego znaczenia, niż zapewne zamierzył to autor 'Zbrodni i kary'. Mam na myśli oczywiście Eucharystię.

Podejmiemy teraz próbę wyjaśnienia własnymi słowami, o co chodzi w kilku przykładowych dogmatach wiary. Weźmiemy sobie tylko niektóre z nich, te najpopularniejsze, po pierwsze z tego względu, że ciężko jest znaleźć w Internecie wiarygodne źródło, podające listę wszystkich uchwalonych dotychczas dogmatów, a po drugie dlatego, że intencją tego wpisu jest zmierzenie się z czymś takim jak 'dogmat' w ogólności, a nie z każdym dogmatem jaki kiedykolwiek został uchwalony.

Zacznijmy od dogmatu o Maryi zawsze dziewicy, dzięki któremu zawdzięczamy dzisiejszy wpis. Przyznam się szczerze, że nie zagłębiałem się jakoś szczególnie w historię innych dogmatów które sobie za chwilę przytoczymy. Nie robiłem tego zupełnie celowo. Ideą przyświecającą całemu temu blogowi jest spojrzenie na świat, próba wytłumaczenia (opowiedzenia) świata, z perspektywy zwykłego człowieka. Jak sobie poszukacie, na jakiej podstawie Kościół (tutaj wyjątkowo: biskupi i papież) doszedł do wniosku, że Maryja była zawsze dziewicą, to odkryjecie, że wzięło się to z kilku dosłownie fragmentów Pisma, z których moim subiektywnym zdaniem absolutnie nic nie wynika, a już na pewno nie to, że Maryja była zawsze dziewicą. Co Kościół rozumie przez określenie 'zawsze dziewica', bo to może nie być dla wszystkich takie oczywiste. A rozumiemy to zasadniczo w ten sposób, że Maryja była dziewicą przed narodzeniem Jezusa, w trakcie jego narodzin, a także po jego narodzinach, i pozostała dziewicą aż do końca swojego ziemskiego życia, które jak wiemy z innego dogmatu, zakończyło się wniebowzięciem. Tak więc Maryja zawsze była dziewicą. Uwaga: dobrze byłoby zapytać osobę, która ustanowiła ten dogmat, co ona rozumie pod pojęciem dziewicy. Bo ja już na dzień dzisiejszy wiem, że to pojęcie również niekoniecznie dla wszystkich musi oznaczać to samo. Ojciec Adam Szustak mówi na przykład, że Bóg może przywrócić nam utracone dziewictwo. Chociaż na zdrowy rozum powiedzielibyśmy, że straconego dziewictwa nie da się przywrócić. Przyjmijmy więc sobie taką definicję słowa 'dziewica', jak rozumiemy to słowo dzisiaj. Powiemy, że dziewicą jest kobieta, która nie współżyła jeszcze (nie uprawiała seksu) z żadnym mężczyzną. Gdyby pod tym postem była możliwość komentowania, to założę się, że wielu z Was miałoby jakieś zastrzeżenia do takiej definicji. Mam rację? Zobaczcie, że już samo zdefiniowanie, co rozumiemy pod pojęciem 'dziewictwo', nie jest wcale takie proste, jakby to się mogło wydawać. Otworzyłem sobie teraz Wikipedię i widzę, że ona rozumie to pojęcie właśnie w taki sposób, jak napisaliśmy. Powiedzmy w tym miejscu może tylko tyle. Mianowicie, że argumenty przemawiające za dziewictwem Maryi są dla mnie śmieszne i zasadniczo nic nie warte. Moim zdaniem kwestia tego, czy Maryja kiedykolwiek uprawiała seks, wydaje się całkowicie nierozstrzygalne. Jedyną możliwością poznania prawdy w tym aspekcie, jest zapytanie o to samej Maryi. Natomiast spójrzcie, co my tak w ogóle robimy. Zastanawiamy się (cały Kościół się zastanawiał swojego czasu), czy Maryja była dziewicą czy nie. No kurcze, jakby to miało dla nas jakiekolwiek znaczenie, jak gdyby od tego zależało nasze zbawienie, mówiąc już trochę kolokwialnie :). Według mnie to jest osobista sprawa Maryi, czy kiedykolwiek uprawiała seks, i nic nam do tego. Jak ja podchodzę do tego problemu. Wierzę, bo muszę wierzyć, że Maryja była zawsze dziewicą, bo nie chcę zostać wyklęty. A tak praktycznie, nie ma to dla mnie totalnie żadnego znaczenia.

No dobrze, idźmy dalej. Dogmat o nieomylności papieża. Papież przemawiający ex cathedra w kwestiach wiary jest nieomylny. I tutaj znowu, najlepiej byłoby zapytać osobę, która ten dogmat ustanawiała, jak rozumie słowo 'nieomylny'. Bo jestem pewien, że można je rozumieć bardzo różnie. My, z racji tego że jesteśmy normalnymi ludźmi, weźmy sobie najbardziej oczywistą definicję, którą podają również słowniki w Internecie, że 'nieomylny' oznacza 'osobę, która się nie myli'. Moim zdaniem, papież jest normalnym człowiekiem, takim jak każdy inny człowiek. Nie wiem czy mieliście kiedyś okazję spotkać jakiegoś sławnego sportowca, albo jakąkolwiek sławną osobę. To są zupełnie normalni ludzie, tacy jak ja i Ty. Mówi się ponadto, że nikt nie jest nieomylny. Wydaje mi się że jest takie powiedzenie. Jeśli ja mogę się mylić w różnych kwestiach, zwłaszcza w kwestiach wiary, których nie da się udowodnić, to moim zdaniem papież również może się w tych kwestiach mylić. To znaczy może, przepraszam za wyrażenie, palnąć jakieś głupstwo, może powiedzieć coś, co później okaże się nie być prawdą. Tylko że tutaj zabawna uwaga :). Wiara z samej definicji jest czymś takim, czego nie da się udowodnić. A więc zasadniczo nie da się udowodnić papieżowi, że się pomylił. Jedynie ktoś, kto umarł, i zobaczył jak jest naprawdę, mógłby ewentualnie udowodnić papieżowi pomyłkę w kwestiach wiary. No i tutaj się pojawia problem. Bo osoby nieżywe z reguły nie są w stanie już nikomu niczego udowodnić niestety. Załóżmy więc, że papież jest nieomylny, jeśli nie chcemy być wyklęci. A nie chcemy. Przynajmniej ja nie chcę.

Ten post zrobił nam się już bardzo długi. Weźmy więc sobie na koniec pozostałe trzy dogmaty Maryjne omówmy już wszystkie razem za jednym zamachem. Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Dogmat ten mówi, że Maryja pewnego dnia została tak po prostu wzięta do nieba z duszą i ciałem. Tak mi się teraz trochę skojarzyło z ludźmi, którzy twierdzą, że zostali wzięci przez ufo do statku kosmicznego. Przepraszam, taka dygresja mi się nawinęła, zupełnie nieistotna. Moim zdaniem, nie jesteśmy w stanie dojść do tego, czy jest to prawda. Jedynym sposobem poznania prawdy, jest porozmawianie z samą Maryją, i zapytanie jej o to, czy takie wydarzenie rzeczywiście miało miejsce. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu mówi, że Maryja została poczęta bez grzechu pierworodnego. I tutaj znowu, moim zdaniem, jedynym sposobem poznania, czy tak było naprawdę, jest zapytanie o to chyba samego Pana Boga. Bo podejrzewam że sama Maryja może tego nie wiedzieć... :). Poważnie. Ja bym nigdy nie wpadł na to, że narodziłem się z grzechem pierworodnym, gdyby mi o tym ktoś nie powiedział. I śmiem twierdzić, że Wy macie tak samo. Idźmy dalej. Dogmat o bożym macierzyństwie Maryi mówi, że Maryja była matką Boga. Hm. Jeżeli Jezus był naprawdę Bogiem, to wydaje się w miarę logiczne, że Maryja była matką Boga, bo rzeczywiście Maryja była matką Jezusa, a Jezus był Bogiem. Mam nadzieję że rozumiecie :). Natomiast uwaga. Bo to trzeba dobrze zrozumieć, dlaczego to zostało ogłoszone jako dogmat. Co jest tutaj powiedziane w tym dogmacie. Że Maryja była matką Boga. Rozumiemy? Jest Bóg, który nie ma początku ani końca, który stworzył wszystko z niczego. I nagle okazuje się, że ten nasz Bóg miał jakąś matkę. Aha. Już rozumiemy? Jeśli Bóg miał jakąś matkę, to raczej wypadałoby może powiedzieć, że to ta matka jest Bogiem, a nie jej syn. Bo przecież logicznie rzecz biorąc, najpierw na świecie była matka, a potem dopiero jej dziecko. No właśnie. Dlatego trzeba dobrze rozumieć, co autor dogmatu miał na myśli :). A z tego co mi wiadomo miał na myśli po prostu to, że jeżeli Jezus był Bogiem, a Maryja była jego matką, to logicznie wynika z tego, że Maryja była matką Boga. Tyle. Aby potwierdzić, czy ten dogmat jest prawdziwy, trzeba by zapytać Jezusa, czy naprawdę jest Bogiem. A jak wiemy wiąże się z tym pewien problem, bo Jezus już od pewnego czasu przebywa w niebie ze swoim ojcem.

No dobrze. Na tym zakończmy i spróbujmy to wszystko jakoś podsumować. Doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy w stanie dowieść prawdziwości dogmatów. Czy dogmaty wiary są potrzebne? Moim zdaniem nie. Naprawdę nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy Maryja była zawsze dziewicą. Uważam że to jest jej prywatna sprawa, i nawet trochę niegrzecznie jest na ten temat dywagować. Mnie byłoby głupio dywagować nad tym, czy jakaś moja koleżanka jest dziewicą czy nie, a co dopiero jeśli mówimy o Maryi. Pamiętajcie, że dogmaty wiary, jak sama nazwa wskazuje, odnoszą się do wiary. Czyli: podobnie jak Kościół wierzy, że Jezus był Bogiem, tak też Kościół wierzy, że Maryja była zawsze dziewicą. A to oznacza, że jeśli chcemy być w Kościele katolickim, musimy przyjąć to, w co wierzy Kościół. Bo inaczej to by było bez sensu. Kościół katolicki ma takie a nie inne swoje dogmaty, swoje prawdy wiary, i albo je przyjmujemy, albo nie. Każdy inny Kościół i każda inna religia również mają jakieś tam swoje prawdy wiary, swoje dogmaty. Na tym się właśnie opiera istnienie Kościoła i każdej religii. Pamiętajcie że jesteśmy wolni, i nikt nas na siłę nie zmusza, żebyśmy byli w jakimkolwiek Kościele, czy w jakiejkolwiek religii.

I tym optymistycznym akcentem... :)

O niepełnosprawności, cierpieniu i uzdrowieniu.

Czy to prawda, że cierpienie uszlachetnia?

Przeczytałem sobie przed momentem ostatnie dwa akapity z naszego poprzedniego wpisu. I od razu znalazłem dwa błędy któreśmy zrobili. Zamiast 'będę' napisałem 'będą', i drugi już nie pamiętam jaki w tej chwili. Chciałbym Was na wstępie przeprosić za wszystkie tego typu błędy które mi się czasami zdarzają nieumyślnie na całym tym blogu. Tego typu błędy można by w prosty sposób wyeliminować. Wystarczy że jeden raz przeczytałbym dany wpis ze spokojem po jego napisaniu. Niestety nie robię tego, bo mi się nie chce i jest mi szkoda czasu. Wrzucam więc cały napisany tekst do Worda, i poprawiam tylko to, co Word mi podkreślił na czerwono. Niestety takich błędów jak ten powyżej Word nie podkreśli, bo słowo 'będą' nie zawiera błędu, a jedynie jest użyte w złej formie. Dlatego w moich wpisach będą od czasu do czasu pojawiały się takie kwiatki językowe, za co naprawdę przepraszam.

Chciałbym wrócić na chwile do tego, o czym pisaliśmy ostatnio. Pisaliśmy o krzyżu Chrystusa, a z krzyżem Chrystusa wiąże się również temat cierpienia. Jak pamiętacie, w tamtym wpisie nie odnieśliśmy się do tego wątku w ogóle. Ale chciałbym jednak teraz do tego wrócić. Na początku poprzedniego wpisu przytoczyliśmy myśl studenta, że wiara chrześcijańska kojarzy się studentowi z krzyżem. A mi przed momentem przyszło na myśl coś takiego, że krzyż kojarzy mi się z cierpieniem. Wynika to zapewne ze świata w którym dorastałem od narodzenia. Krzyż nie kojarzy mi się ze zbawieniem (a raczej właśnie tak powinien mi się kojarzyć), ale właśnie z cierpieniem, z drogą krzyżową. Pisałem również ostatnio, że mówienie o Chrystusie i o Bogu osobie, która cierpi, jest trochę bez sensu. Taka myśl pojawiła się w mojej głowie już kilka lat temu. Był taki czas, kiedy uczestniczyłem w rekolekcjach dla ludzi niepełnosprawnych. Pamiętam że siedziałem w ławce w Kościele na mszy świętej podczas takich rekolekcji, wokół mnie siedzieli ludzie o różnym stopniu niepełnosprawności, zarówno fizycznej jak i psychicznej. A ksiądz z ambony głosił kazanie, o tym że cierpienie uszlachetnia :) To jest chyba najczęściej spotykana odpowiedź księży na pytanie o cierpienie. Po pierwsze, że cierpienie uszlachetnia, a po drugie, że Jezus przychodzi i uzdrawia. Pamiętam że siedzę sobie wtedy w tej ławce kościelnej i myślę: "o czym ty człowieku do nich mówisz, byś się wstydził coś takiego mówić tym ludziom". Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że po pierwsze niestety cierpienie tych ludzi niepełnosprawnych wcale nie uszlachetnia. Spędziłem z nimi kilkanaście-kilkadziesiąt dni w swoim życiu, obserwowałem jak wygląda ich życie, i możecie mi wierzyć, że cierpienie ich nie uszlachetnia. Wiodą życie o wiele gorsze niż ludzie zdrowi, a oni sami najczęściej są o wiele mniej szlachetni, niż ludzie zdrowi. Cierpienie niczego w ich życiu nie uszlachetnia; ani ich samych, ani ich życia.

Wiecie kogo może uszlachetnić cierpienie? Piszę teraz czysto teoretycznie, według tego w co wierzę. Znacie mnie, i znacie już moje poglądy i to, w co wierzę. Moim zdaniem cierpienie może uszlachetnić albo świętego, czyli osobę która już jest na poziomie świętości, albo (drugi przypadek) rzeczywiście może doprowadzić kogoś do świętości, ale dzieje się tak bardzo rzadko, prawie nigdy. Ten drugi przypadek zdarzy się raz na tysiąc, i taka osoba rzeczywiście najczęściej zostaje uznana za świętą. Niestety w przeważającej części cierpienie nie uszlachetnia i nie doprowadzi danej osoby do świętości, a jedynie czyni życie danej osoby okrutnym. Cierpienie zwykle nie wznosi tej osoby do góry (a tak powinno być jeśli mówimy o tym, że cierpienie uszlachetnia), wręcz przeciwnie, najczęściej upokarza i upadla daną osobę i jej życie. Zróbcie sobie kiedyś taki eksperyment. Powiedzcie komuś, kto naprawdę cierpi, że cierpienie uszlachetnia. Powinniście dostać w tym momencie w twarz od tej osoby. No ale księdzu na ambonie nikt przy zdrowych zmysłach [a tym bardziej chorych... :) *przepraszam, taki mały żarcik :)]przecież nie przyłoży, prawda?

I druga sprawa. Przychodzący i uzdrawiający Jezus. No fajnie. Tylko wiecie co, ten Jezus jakoś tak bardzo powoli się zbiera do tego, żeby przyjść do takiej osoby i ją uzdrowić. Jasne, w niektórych przypadkach - znowu, mniej więcej w jednym na tysiąc - Jezus rzeczywiście przyjdzie i uzdrowi. Coś takiego nazywamy cudem. Nieraz zdarzy się cud, i osoba za którą na przykład wiele osób się modliło, zostaje nagle w niewyjaśniony sposób uzdrowiona. Oczywiście, to się zdarza, mniej więcej raz na tysiąc przypadków. Do przeważającej większości ludzi cierpiących Jezus niestety nigdy nie przyjdzie z uzdrowieniem.

W pewnym momencie przyszło mi na myśl nawet coś takiego: "A może ci ludzie wcale nie cierpią?". Wiem co sobie teraz pomyśleliście. Uwierzcie mi, jak pomyślałem wtedy dokładnie o tym samym. Że ta myśl jest jakaś dziwna, wręcz obrazoburcza. Widzimy przecież że są niepełnosprawni, że ich życie jest cierpieniem, że cierpią na tym zarówno oni, jak i ich najbliżsi. Ok, wszystko się zgadza. Nie można powiedzieć że cierpią, bo gołym okiem widać że cierpią. Ja sam często cierpię, mimo że nie jestem niepełnosprawny. Myślę że wszyscy często cierpimy z takich czy innych powodów. Pytanie, po pierwsze, dlaczego nie zdrowieją, dlaczego cały czas cierpią, dlaczego Jezus nie przychodzi i ich nie uzdrawia z tego cierpienia. A po drugie, dlaczego to cierpienie ich nie uszlachetnia, skoro wiemy przecież (bo mówią nam o tym między innymi księża z ambony), że cierpienia uszlachetnia.

Jeżeli czytaliście moje wcześniejsze wpisy, to wiecie już co w tym momencie napiszę. Wierzę w to, że cierpienie naprawdę może uszlachetnić, ale tylko, jeśli się na to zgodzimy, jeśli my sami na to pozwolimy. Jeśli wewnętrznie zaakceptujemy to cierpienie, zgodzimy się na nie, a następnie pozwolimy cierpieniu aby nas zaczęło uszlachetniać. Wtedy, i moim zdaniem tylko wtedy, to cierpienie rzeczywiście zacznie nas uszlachetniać. A druga sprawa, z tym Jezusem, dokładnie to samo. Wierzę, że cierpienie w każdej postaci może zostać uzdrowione. Zastanawiam się w tym momencie, czy z każdej niepełnosprawności można zostać uzdrowionym. Wydaje mi się że nie. Zwłaszcza jeśli ktoś czegoś nie ma, np. ręki albo nogi, albo coś innego jest nie tak z naszym ciałem lub umysłem. Przychodzi mi w tym momencie do głowy jeden fragment, gdzie Jezus uzdrowił z tego typu niepełnosprawności. Przykleił strażnikowi odcięte mieczem ucho. Wtedy gdy strażnicy przychodzą do ogrodu oliwnego pojmać Jezusa, święty Piotr wyciąga miecz i odcina ucho strażnikowi. Przynajmniej tak było na filmie Mela Gibsona :) Jezus podnosi i przykleja to ucho strażnikowi. A więc teoretycznie z brakiem ręki u niepełnosprawnego również mógłby sobie poradzić. Natomiast takie rzeczy się chyba raczej nie zdarzają. Osobiście wierzę jednak w to, że Jezus jest w stanie w taki czy inny sposób poradzić sobie z każdą niepełnosprawnością i z każdym cierpieniem. Moim zdaniem On nie przychodzi i nas nie uzdrawia bo albo nie wierzymy w to, że jest w stanie to zrobić, albo tego nie chcemy aż tak bardzo, albo Go o to po prostu nie prosimy, albo On nie chce tego zrobić. Ewentualnie oczywiście być może po prostu nie może, bo nie, albo bo Go nie ma. Ale że jesteśmy osobami wierzącymi, to przyjmujemy tutaj że jest, i że może.

Więc na koniec powtórzmy to raz jeszcze głośno i wyraźnie. Wy wszyscy, którzy jesteście niepełnosprawni, albo którzy cierpicie w taki czy inny sposób. Po pierwsze, jeśli oczywiście chcecie, zgódźcie się na to, aby cierpienie Was uszlachetniło. A po drugie, znowu, jeśli oczywiście chcecie być uzdrowieni, to uwierzcie że Jezus może przyjść i Was uzdrowić, a następnie Go o to poproście. Jeśli mimo wszystko nie przyjdzie i Was uzdrowi, to już jest w tym momencie Jego sprawa. Wy uwierzyliście i poprosiliście. A że nie przyszedł, trudno, Jego decyzja. Nie mogliście zrobić nic więcej.

I tym optymistycznym akcentem... :)

W tym dziale również już od dawna nie pojawił się żaden nowy post. I powiem wam szczerze że nawet nie zamierzałem w najbliższym czasie tutaj zaglądać. Ale tak się akurat przydarzyło, że ten wpis powstał tak jakby sam z siebie. Mianowicie w grupie dyskusyjnej której i ja jestem członkiem, przy okazji oglądania filmu na temat ewolucji, jeden z kolegów (imieniem Michał) napisał maila, w którym postawił kilka teoretycznych pytań odnośnie relacji Bóg-ewolucja. Spróbowałem się zmierzyć z tymi pytaniami, i to co widzicie poniżej jest właśnie moją odpowiedzią na tamtego maila. A że temat idealnie pasuje właśnie do tego działu, postanowiłem go tutaj zamieścić. Pytania na które odpowiadam rozpoczynają się od myślników. Miłej lektury :)

Widzę Michale że nikt się nawet nie pokusił żeby choćby spróbować Ci odpowiedzieć na postawione przez Ciebie pytania :)

Natomiast ja jestem chyba z natury filozofem, a więc nie byłbym sobą, gdybym na te pytania nie spróbował odpowiedzieć choćby tylko sobie samemu. Także tego maila kieruję głównie do Ciebie :)

Bardzo mi się podoba pierwsza część wypowiedzi, jeszcze przed pytaniami. Zgadzam się całkowicie :) Również według mojej wiedzy jak dotąd nie udało nam się udowodnić istnienia Boga. Co zupełnie nie przeszkadza w Niego wierzyć milionom (miliardom?) ludzi na całym świecie. I mnie również osobiście bardzo podoba się teoria ewolucji, wydaje się ona fajnie wyjaśniać różnorodność gatunkową na Ziemi, na dzień dzisiejszy żadna inna teoria nie wydaje mi się bardziej trafna w tym względzie. Nie będę powtarzał tego co Michał napisał poniżej, jego wnioskowanie wydaje mi się zupełnie logiczne.

Natomiast przechodząc do pytań :)

Nie mogąc udowodnić istnienia Boga, nie odpowiemy ostatecznie, jednoznacznie i pewnie na żadne z tych pytań, to jest jasne. Ale moim zdaniem to nie znaczy że nie możemy o tym w ogóle rozmawiać, jak sugerowali co niektórzy :) [Bo niby po co? Że to i tak bez sensu? Bo odpowiedzią na wszystkie pytania i tak jest Jezus? :) Więc równie dobrze moglibyśmy nie zadać już nigdy więcej żadnego pytania, bo przecież odpowiedzią na wszystkie nasze pytania jest Jezus :)].

– czy Boży umysł jest obecny w prawie ewolucji, które jest zapisane we wszystkich istotach żywych?

Moim zdaniem: tak. I to jak najbardziej tak. Jeśli jest obecny we wszystkich prawach jakie rządzą tym światem (a wierzę że jest), to jest obecny również w prawie ewolucji. Nawet gdyby rozumieć ją tylko jako ciągłą zmianę, nie tylko gatunków (stworzeń), ale również całego świata.

– czy Boży umysł jest obecny w prawach rządzących każdym wiązaniem międzyatomowym?

Moim zdaniem: tak. W jakiś tam sposób jest obecny. Podobnie jak powyżej, jeśli wierzę że jest obecny we wszystkich prawach jakie istnieją, to również w prawach rządzących każdym wiązaniem międzyatomowym.

– czy Boży umysł jest obecny zatem w kamieniu? w stali chyba jest, bo rdzewieje ;)

Jeżeli jest w stali ‚bo rdzewieje’, to jest również w kamieniu, bo kamień przecież też ‚rdzewieje’ (w sensie: kruszy się), po prostu kruszenie się kamienia trwa nieco dłużej niż w rdzewienie stali :) A tak na serio. Jak poraz pierwszy przeczytałem to pytanie, to odpowiedź ‚tak’ bardzo mocno podeszła mi pod panteizm (bardzo upraszczając: Bóg jest wszędzie, ale w sensie: jest wszystkim, jest światem, jest stworzeniem). Ale teraz myślę sobie, że wcale nie musi to podchodzić pod panteizm. Bo przecież Bóg może być ‚w jakimś tam sensie’ obecny w kamieniu, i wcale nie oznacza to, że Bóg ‚jest’ tym kamieniem [chociaż trochę oznacza, ale to już temat na inną rozmowę… :) bo na trzeźwo się o tym nie da dyskutować :)]. Tym bardziej, że nie mówimy tu o Bogu, tylko o umyśle Boga, ‚Boży zamiar’ brzmi chyba nawet lepiej.

– czy Boga można oddzielić od stworzenia, czy też Jego część jest w stworzeniu nieodłącznie obecna?

No więc, my chrześcijanie wierzymy chyba, że Jego część jest w stworzeniu nieodłącznie obecna, prawda? Mówimy przecież, że ‚Bóg jest obecny w każdym z nas’, że ‚mieszka w nas Duch Święty’. A myśląc filozoficznie, również wydaje mi się, że Jego część jest w stworzeniu nieodłącznie obecna. Wynika mi to logicznie z poprzednich pytań.

– czy ewolucja odbywa się wg z góry ustalonego Bożego planu, czy może Bóg będąc 1:1 obecny w każdej cząsteczce swojego stworzenia radośnie tworzy w każdym ułamku sekundy? Czy Bóg zaplanował sobie człowieka takiego, jaki jest, czy też człowiek Bogu wyszedł w procesie radosnego tworzenia, szukania największego dobra?

Myślę że jedno nie musi być sprzeczne z drugim. A jednocześnie wydaje mi się, że zachodzi tu pewna sprzeczność. [I tak, wiem jak to zabrzmiało :)] Jeśli Bóg jest wszechwiedzący, to w Jego umyśle istnieje ‚z góry ustalony plan’ odnośnie całego stworzenia. On z góry wie, co się wydarzy, w jakim kierunku pójdzie stworzenie, gdzie będziemy powiedzmy jutro czy pojutrze. A to wyklucza radosne tworzenie, w takim sensie że: ‚hm, ciekawe co Mi z tego wyjdzie, jak zrobię coś takiego, jak dodam to do tego, a tamto przesunę lekko tutaj? O, a to ciekawe! Właśnie stworzyłem człowieka!’ :) Ale z drugiej strony: to jest Bóg. Więc myślę że fakt posiadania planu zupełnie w niczym Mu nie przeszkadza radośnie tworzyć :)

– czy pierwszym bytem oderwanym od Boga jest człowiek, który jako pierwszy został obdarzony samoświadomością?

Moim zdaniem: nie. Jeżeli człowiek jako pierwszy został obdarzony samoświadomością, i (od siebie dodam) całkowitą wolnością, to tak: człowiek jako pierwszy może w swojej wolności wybrać, że nie chce mieć nic wspólnego z Bogiem. Natomiast co wynika z poprzednich pytań, moim zdaniem tak czy siak nie da się oderwać człowieka od Boga. Ponieważ zachodzi między nimi relacja stworzenie-Stwórca. Nie ma takiego miejsca, gdzie by nie było Boga. A więc każde stworzenie jest nierozerwalnie złączone z Bogiem. Jest tylko jeden przypadek, kiedy człowiek może być bytem oderwanym od Boga: gdyby ten człowiek nie istniał. Albo gdyby nie istniał Bóg, ale na samym początku tej wypowiedzi, u samej góry, założyliśmy przez domniemanie, że istnieje, więc tego nie bierzemy tutaj pod uwagę.

– dlaczego skoro Bóg jest obecny w naturze, ma ona prawo odbiegać od Bożych praw – psuć się, mutować, wytwarzać nowotwory? Może ta wolność natury jest jakoś związana z naszą wolnością do grzechu i bez pierwszego nie byłoby drugiego. Może chcąc zbawić człowieka nie można było stworzyć wszechświata „centralnie planowanego”?

No więc. To zabrzmi dosyć mocno i trochę nie fajnie, ale uważam, że wcale nie musi. Psująca się natura wcale nie musi odbiegać od Bożych praw. Być może w Bożym planie jest napisanie, że w pewnym momencie natura się popsuje. Ktoś już w tym temacie napisał to co mi przychodzi na myśl. Wydaje mi się że choroby spotykają przydarzają się również ludzi dobrych [a z drugiej strony, nikt nie jest bez grzechu, prawda? :)], patrz Hiob, patrz tysiące ludzi z nowotworami, patrz powodzie dotykające w równym stopniu dobrych i złych, patrz dzieci zagazowane w obozach śmierci, dzieci umierające jeszcze w brzuszkach swoich mam, itd. Tutaj dużo zależy od tego, jak postrzegamy choroby, powodzie, śmierć, itd.. Zapewne ogromna większość z nas przyzna, że choroba jest jakimś złem. Myślę że niekoniecznie musi tak być. Jeżeli spojrzymy na nią po prostu jak kolejne prawo rządzące tym światem, to choroba będzie czymś zupełnie normalnym, co nam się przydarza, tak jak np. miłość, czy inne dobre rzeczy. Zgadza się, na początku nie było śmierci, nie było chorób, nie było zamiarem Boga, żeby była śmierć i choroby. Możemy założyć, że te wszystkie ‚złe’ rzeczy są konsekwencją grzechu. Natomiast dla nas, chrześcijan, śmierć nie jest przecież niczym strasznym, jest tylko przejściem z jednego życia do innego. Co więcej, zobaczcie że naszym jedynym i największym celem życiowym jest tak naprawdę jak najszybciej umrzeć. Bo po śmierci będziemy znowu u Boga. Czyż nie? :)

– konsekwencją powyższego wyboru Boga mogą być takie kwestie, jak: po co pojawił się i wyginął Neandertalczyk, dlaczego do pojawienia się człowieka na Ziemi musiały minąć miliardy lat, czy kometa, która wybiła dinozaury była przypadkiem, czy Bożym planem? No, bo gdyby walnęło coś większego to nie pozbieralibyśmy się na nowo przed wygaśnięciem Słońca. Z drugiej strony przy dinozaurach byśmy nie poszaleli ;)

Dokładnie tak :) Jeżeli wszystko jest Bożym planem, to nic nie jest przypadkiem, nic nie dzieje się bez przyczyny, i nie ma na świecie (w historii) takiego miejsca (takiej sytuacji), które by się kiedykolwiek Bogu wymknęło spod kontroli. W tym również choroby, śmierć, czy wyginięcie Neandertalczyka i dinozaurów.

Pozdrawiam

O przestrzeganiu prawa

A raczej o nieprzestrzeganiu.

Jeszcze zanim zaczniemy, na początek mała dygresja :) Jak sobie wchodzę na główną stronę Drogi szabatu, niezależnie czy robię to z googla, czy też po prostu wpisując odpowiedni adres w pasku przeglądarki, to mam rozjechane wszystkie teksty na całej stronie, od góry aż do samego dołu. Litery w każdej linijce wyłażą z kontenera w którym powinny sobie siedzieć, co wygląda bardzo nieładnie. Mimo że za każdym razem gdy piszę jakiś nowy tekst, na koniec zaznaczam całość i klikam ‚wyjustuj’. A najciekawsze jest to, że po wejściu na bloga, gdy mam do czynienia z taką sytuacją, wystarczy odświeżyć stronę, i wszystkie teksty powracają z powrotem na swoje miejsce, czyli do postaci wyjustowanej :) Zakładam że u Was dzieje się podobnie. A co jeszcze śmieszniejsze, co odkryłem teraz w tym momencie, to że gdy teksty są rozjechane, wystarczy dosłownie ruszyć okno przeglądarki, zwiększając je lub zmniejszając, a teksty ponownie wracają tam gdzie ich miejsce. Gdyby ktoś pytał, to blog działa na WordPressie, najpopularniejszym obecnie cms’ie, a do tego na jego domyślnym szablonie Twenty Fifteen, a więc za tego typu błędy w wyświetlaniu tekstów autorów wordpressa powinno się skazać na karę tortur.

To teraz druga dygresja, ale już taka mniejsza. Napiszę Wam, jak powstaje nowy wpis, bo to może być ciekawe. Nieraz jest tak, że pomysł na bloga pojawia się nagle i niespodziewanie, zupełnie znikąd. Wtedy zapisuję sobie taki pomysł w notatniku i gdy przychodzi do pisania, otwieram sobie notatnik z pomysłami, wybieram jeden i go rozwijam. Inną sprawą jest to, że jeśli się od razu nie napisze bloga na dany pomysł, to później często trochę średnio ma się ochotę do danego pomysłu wracać. To jest jedna sytuacja. Ale często jest też tak jak dzisiaj, że notatnik z pomysłami jest kompletnie pusty, a coś by się napisało. No więc otworzyłem Pismo, ostatnio był Mateusz, to teraz weźmy sobie Marka. Pierwszy rozdział – nic. Drugi rozdział, końcówka, już coś tam się pojawiło: nie przestrzeganie postu. Trzeci rozdział – kolejny przykład: uzdrowienie w szabat. Już coś mi się zaczęło rodzić w głowie [a raczej: poczynać :)], z tego dałoby się już być może coś sensownego sklecić. No ale jedźmy dalej: mamy łamanie prawa, może więc o tym co jest grzechem a co nie, jakieś przykłady z życia wzięte, rozróżnienie na grzechy lekkie i ciężkie, czym jest grzech ciężki, a jeśli o grzechach, to może też coś o spowiedzi. I tym sposobem, na zasadzie ziarnko do ziarnka, gdy mamy już schemat całego wpisu w notatniku w postaci 5-6 zdań-wątków przewodnich, wystarczy to tylko napisać :) A więc do dzieła.

Całość dzisiejszej wypowiedzi oprzemy na trzech fragmentach Biblii.

Uczniowie Jana i faryzeusze mieli właśnie post. Przyszli więc do Niego i pytali: «Dlaczego uczniowie Jana i uczniowie faryzeuszów poszczą, a Twoi uczniowie nie poszczą?» Jezus im odpowiedział: «Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? Nie mogą pościć, jak długo pana młodego mają u siebie. Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w ów dzień, będą pościć.

(Mk 2, 18-20)

Post jest czymś obowiązującym każdego wyznawcę judaizmu, podobnie jak np. każdego chrześcijanina. Zobaczcie, że pytanie postawione przed Jezusem nie dotyczy samej natury postu. Ludzie pytają po prostu, dlaczego uczniowie Jezusa nie poszczę, podczas gdy inni poszczą. Na takie pytanie można by odpowiedzieć np. że ‚moi uczniowie nie są wierzący’, lub ‚nie są religijni’, lub ‚nie są Żydami (wyznawcami judaizmu)’ a zatem ‚post ich nie obowiązuje’, ‚nie muszą pościć’. Albo np. ‚moi uczniowie nie poszczą, bo są wolni i mogą robić co im się podoba, jak nie chcą pościć, to ich sprawa’, lub też ‚dlaczego mnie pytacie, ich zapytajcie’. Jezus odpowiada, ale wznosi to pytanie od razu na inny poziom. Odpowiedź Jezusa dotyczy tego, czym w ogóle jest post, samej natury i sensu takiej czynności jaką jest post. Że mianowicie post jest czymś w człowieku, a nie poza człowiekiem. Że ten post ustanowiony mocą prawa i przepisów jest tak naprawdę nic nie warcien. „Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? Nie mogą pościć, jak długo pana młodego mają u siebie.” A więc: prawo prawem, a goście weselni (/uczniowie) nie mogą pościć, nie są w stanie pościć. Post jest jakimś tam okresem smutku, zmartwienia, umartwiania się, swojego ciała. Wydaje się, że Jezus mówi o poście w sobie, a nie przepisanego prawem. Że teraz oto jest piątek, a w piątek należy pościć, i nie ważne że ja przed chwilą ożeniłem się, i jest we mnie burza radości. Jest okres np. wielkiego postu, od powiedzmy 18 lutego 5 kwietnia, i w tym okresie powinienem pościć, umartwiać swoje ciało, może nawet być trochę smutny. Absolutnie nie wolno mi wtedy świętować, nawet jeśli w tym okresie, nie daj Boże, wypadną moje imieniny, albo coś mi sprawi radość, itd. Wiecie o co chodzi. Jezus stawia człowieka ponad prawem. Ludzie pytający Jezusa, pytają o jeden post, ten ustanowiony przepisami prawa, a Jezus odpowiadając mówi zupełnie o innym poście, tym, który jest w człowieku. Dlaczego ktoś miałby się smucić, umartwiać i pościć, skoro nie ma żadnego powodu do smutku, a wręcz przeciwnie, ma akurat powody do radości, do tego żeby się śmiać i świętować. „Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w ów dzień, będą pościć.”

Drugi fragment.

Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze rzekli do Niego: «Patrz, czemu oni robią w szabat to, czego nie wolno?» On im odpowiedział: «Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie, i był głodny on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom». I dodał: «To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu».

(Mk 2, 23-28)

Podobna sytuacja. Jest szabat, nie wolno wykonywać żadnej pracy, w sensie: żadnej. Znałem kiedyś osobiście pewnego Żyda, który opowiadał mi o synagodze żydowskiej, że mianowicie światło w budynku synagogi zapalane jest już przed szabatem, bo w szabat nawet zapalenie światła może być uznane za wykonanie jakiejś czynności, pracy, a więc tego, co zakazuje prawo :) Nas interesują przede wszystkim dwa ostatnie zdania. „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu.” Prawo nie może być ponad człowiekiem. To prawo (czy to szabatu, czy jakiekolwiek inne) zostało ustanowione dla człowieka, a nie człowiek dla prawa. „Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu.” Zwykliśmy to określenie ‚syn człowieczy’ odnosić głównie do Jezusa. Ale jak sobie poczytacie Biblię, to zobaczycie że można je równie dobrze przypisywać po prostu człowiekowi, każdemu człowiekowi.

Jakkolwiek by na to nie patrzeć to prawdą jest, że to my – ludzie – ustanowiliśmy prawo. A zatem prawo jest dla nas, i my jesteśmy ponad prawem, my jesteśmy panami prawa, a nie prawo ponad nami. Mówimy oczywiście na razie o tym ziemskim prawie, nie o ‚niebieskim’ prawie Bożym.

I ostatni fragment. Wszystkie te trzy fragmenty są w Piśmie obok siebie.

Wszedł znowu do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: «Stań tu na środku!». A do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić?» Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!». Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.

(Mk 3, 1-6)

Znowu chodzi mniej więcej o to samo, mamy tylko inny przykład obrazujący daną sytuację. Jest szabat, a w szabat nie wolno uzdrawiać, bo w ogóle niczego nie wolno robić w szabat :) a więc również uzdrawiać. Jezus się tym totalnie nie przejmuje.

We wszystkich powyższych fragmentach mamy następujący obraz: jest jakieś prawo, które obowiązuje żydów, Jezus i jego uczniowie jawnie łamią to prawo, wszyscy którzy są tego świadkami się oburzają.

Jeśli wydaje Wam się, że te wydarzenia miały miejsce 2000 lat temu i już dawno odeszły w niepamięć, to Wam się źle wydaje :) Te wydarzenia mają miejsce tu i teraz, w Polsce w roku 2015, dokładnie tak jak to miało miejsce niemal 2000 lat temu. Osobiście bardzo często zdarza mi się zupełnie świadomie zjeść kanapkę z szynką w piątek. Nie robię tego po to, aby celowo kogoś zgorszyć. Po prostu nie wyobrażam sobie rano na śniadanie kanapki bez szynki, z samym serem. I mówię teraz zupełnie poważnie. Kanapka z samym serem, pomidorem i ogórkiem jest dla mnie nie pełna, nie doskonała, brakuje jej najważniejszego składnika. Ona po prostu nie smakuje tak, jak powinna smakować prawdziwa kanapka. Niestety w każdy piątek podczas śniadania mam poczucie winy, że tym jednym plasterkiem szynki gorszę swoich rodziców, którzy są bardzo ‚religijni’ (dlaczego w cudzysłowie, powiem przy innej okazji), i nie zjedzą w piątek niczego, co wydaje się być mięsem.

Zdarza mi się ponadto nie chodzić w niedzielę do kościoła. Znowu: nie dlatego, żebym celowo chciał swoim zachowaniem kogokolwiek zgorszyć. Ja po prostu tak mam, że gdy przychodzi niedziela, często zwyczajnie nie mam ochoty akurat w tym dniu iść do kościoła na mszę. Jeżeli powiecie księdzu na spowiedzi, że nie byliście w niedzielę na mszy, bo Wam się nie chciało, ksiądz poinformuje Was, że jest to grzech ciężki i śmiertelny, a w związku z tym dobrze że przyszliście do spowiedzi, bo inaczej trafilibyście do piekła, jak podaje już wikipedia :) Jak to się ma do tego, że Jezus nic sobie nie robił z tego typu przepisów prawa, aby dzień święty (u nich szabat [sobota], u nas niedziela) święcić, nie wiem, nie mam pojęcia, nie znam się :) Wydaje mi się jednakowoż, że coś tu jest nie halo. Wydaje się (wiem to z własnego doświadczenia), że w wielu przypadkach to ksiądz w konfesjonale wydaje werdykt, czy popełniony przez nas grzech jest lekki, a więc zasadniczo nie mamy się czym martwić, czy może jest ciężki i śmiertelny, a zatem o mały włos nie skończyliśmy w piekle. To z tą niedzielą i werdyktem księdza (grzech śmiertelny!) zdarzyło mi się osobiście kilkakrotnie, podobnie jak z masturbacją. Ale najzabawniejszą sytuacją jaka mi się przytrafiła w konfesjonale była następująca :) Był taki okres w moim życiu, że wynajmowałem mały pokoik na stancji. W cały mieszkaniu miałem do swojej dyspozycji tylko jedno łóżko, ale za to duże, dwuosobowe – taka stara kanapa. Zdarzyło się pewnego dnia, że odwiedziła mnie koleżanka z innego miasta, i potrzebowała zostać na noc. Bardzo szybko doszliśmy do porozumienia, że mianowicie ja nie mam nic przeciwko spaniu w jednym łóżku z dziewczyną, ona również nie ma z tym żadnego problemu. W ten sposób oboje przespaliśmy się na moim łóżku tę jedną noc. Uwaga, to co napisałem należy interpretować całkowicie dosłownie: ‚spaliśmy ze sobą’, a nie ‚uprawialiśmy seks’. Nie było żadnego seksu, nikt nikogo nawet nie dotknął. Kilka dni później poszedłem sobie do spowiedzi, bo już dawno nie byłem, i chciałem się trochę odnowić duchowo. A że z grzechami było akurat kiepsko, w sensie nie było ich za wiele, powiedziałem również o tym, że spałem z dziewczyną. Dostałem taki opieprz od księdza, jak jeszcze nigdy wcześniej, i jak na razie nigdy później :) Dałem sobie spokój z wyjaśnieniami, że ‚ksiądz mnie źle zrozumiał’, już go nie chciałem dodatkowo denerwować, i tak był wystarczająco zdenerwowany.

To jeszcze na koniec powiedzmy sobie wyraźnie czym są te grzechy ciężkie, zwane inaczej śmiertelnymi. Wikipedia jako przykłady grzechów ciężkich wymienia m.in. kradzież, zabójstwo, oszustwo oraz apostazję. Nie mówi o tym, że kradzież jabłka z ogrodu sąsiada jest grzechem lekkim, a kradzież wszystkich pieniędzy z konta sąsiada – grzechem ciężkim. Wikipedia mówi: kradzież to kradzież. A zatem kradzież jabłka z ogrodu sąsiada jest grzechem ciężkim, podobnie jak zabójstwo tegoż sąsiada. Podobnie oszustwo (/kłamstwo) np. mamie, że nie mamy pojęcia co się stało z tym kawałkiem czekolady, który żeśmy zjedli, wikipedia traktuje na równi z apostazją, czyli z jawnym wystąpieniem z Kościoła, z porzuceniem wiary religijnej. Na szczęście później jest już nieco lepiej, bo według Katechizmu Kościoła Katolickiego (czytaj: oficjalne stanowisko Kościoła) aby zaistniał grzech ciężki, muszą być spełnione jednocześnie trzy warunki: grzech musi dotyczyć materii poważnej, być popełniony z pełną świadomością i przy całkowitej wolności.

To sprawia, że moim zdaniem, grzech ciężki jest ciężko popełnić. Wyszło masło maślane :) a więc inaczej: moim zdaniem, nie tak łatwo jest popełnić grzech ciężki. To samo powiedzą Wam dobrzy księża [ale ci naprawdę dobrzy, zdarzający się niezmiernie rzadko :)] oraz lepsi zakonnicy. Jeżeli jestem całkowicie świadomy zła które mam zamiar wyrządzić, wiem co ten mój czyn spowoduje, jakie będzie miał złe skutki, względem mnie, innych ludzi lub Boga, ponadto jeśli jestem całkowicie wolny, ale tak w pełni, a więc również: nie jestem niczym ani przez nikogo zniewolony, chociażby tymczasowo w tym danym momencie, i ponadto jeżeli to co zamierzam zrobić dotyczy czegoś naprawdę ciężkiego (na pewno nie kradzieży jabłka z sąsiadowego ogrodu), a mimo to popełniam ten czyn, to dopiero wówczas możemy myśleć o tym jako o grzechu ciężkim, i to też z pewną rezerwą.

i jeszcze na koniec powiedzmy sobie zdanie na temat spowiedzi, bo pewnie nie wszyscy to wiedzą. Wiecie, że są dwa rodzaje spowiedzi, a nie jedna, i że nie jest tak, że jedna jest gorsza, a druga lepsza? Jedna spowiedź, to jest ta w konfesjonale, i ona ‚służy’ przede wszystkim do odpuszcza grzechów ciężkich, śmiertelnych. Natomiast podczas każdej mszy świętej ma miejsce spowiedź, która gładzi wszystkie grzechy lekkie. Jeżeli tylko jesteście na mszy, to w momencie wypowiadania słów:

Spowiadam się Bogu wszechmogącemu
i wam, bracia i siostry
że bardzo zgrzeszyłem
myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem:
moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Przeto błagam Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę,
wszystkich Aniołów i Świętych,
i was bracia i siostry
o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego.

odpuszczają się Wam wszystkie grzechy lekkie, powszednie. Jeśli chcecie, to możecie je jeszcze raz później powtórzyć w spowiedzi w konfesjonale, ale zasadniczo nie ma już takiej potrzeby.

Starczy na dziś, bośmy się rozpisali jak jeszcze nigdy :) Do następnego razu.

O pocieszeniach i strapieniach duchowych

Jeżeli twój syn lub twoja córka spędza za dużo czasu w Internecie to wiedz, że 'coś się dzieje'.

Od tego wpisu wprowadzimy do naszego bloga pewną nowość – obrazki :) Z tego faktu, że obrazki przyciągają uwagę, ogólnie są fajne, i wszyscy lubią obrazki, to od dzisiaj każdemu nowemu wpisowi będzie towarzyszył jakiś obrazek. Postaram się, żeby obrazek jakoś tam w miarę pasował do treści danego wpisu, zobaczymy jak to będzie wychodziło.

Ale już do rzeczy. Niby dobrze wiedziałem o czym będzie ten wpis, gdy się do niego zabierałem, ale oczywiście nie pamiętałem dokładnie jak to się nazywa, że chodzi o ‚pocieszenia’ i ‚strapienia’. Jak zwykle z pomocą przyszedł google -> ‚utrapienia’ [moje pierwsze skojarzenie, jak się okazało byłem całkiem blisko :)]. I co ciekawe, od razu udało mi się odkryć że dwa różne bardzo popularne serwisy o tematyce religijnej mają zerżnięte od siebie nawzajem wstępy o strapieniach i pocieszeniach :) Zacytujmy więc my również owy wstęp, i od niego zaczniemy nasze dzisiejsze rozważania.

W naszym życiu duchowym doświadczamy różnych poruszeń, odczuć, doświadczeń. I rodzi się pytanie, jak je ocenić? Jak rozpoznać ich źródło? Jak rozpoznać, które wewnętrzne doświadczenia są naszymi emocjami, które pochodzą od Boga, a które podsuwa nam szatan?

Powiem szczerze że już od dłuższego czasu mam z tym problem, jak rozpoznać, czy to co się we mnie dzieje jest doświadczeniem duchowym, czy może psychicznym. Teologia rozróżnia w człowieku dwie odrębne części: duszę i psychikę. Wydaje mi się że rozróżnia tych części nawet więcej, ale nas będą w tym momencie interesowały tylko te dwie. Doświadczeniem duchowym będzie dla nas jakakolwiek ingerencja sił wyższych na nasze życie (wewnętrzne), czyli Boga (w tym również Ducha Św.), aniołów (w tym również szatana), duchów (zmarłych ludzi), itd. Doświadczeniem psychicznym będzie dla nas to wszystko, co na nas wpływa, ale co pochodzi od nas samych, od naszego ciała, psychiki, mózgu, i co nie ma nic wspólnego z bytami duchowymi, czyli najróżniejsze stany psychiczne, wszystkie emocje, choroby psychiczne, zaburzenia, również stany naszego umysłu, itd.

Na dzień dzisiejszy moja teoria na ten temat brzmi następująco: zwykły, normalny człowiek nie jest w stanie rozróżnić, co jest doświadczeniem duchowym, a co psychicznym. Księża (ci dobrzy, egzorcyści) oraz psychologowie (również ci dobrzy) niby potrafią to rozróżnić. Ja żyję na tym świecie już 31 lat, i nie jestem w stanie tego ocenić nawet w stosunku do samego siebie, do tego co mi się przytrafia, a co dopiero w stosunku do innych. Teraz będzie trochę mojej osobistej historii :) Od pewnego dłuższego już czasu (kilka lat) nie byłem wolny wewnętrznie. Trochę trudno to opisać, bo nie wiadomo jak, ale spróbujemy to zrobić na tyle, na ile się da. Coś mi dolegało, w zasadzie nieustannie. Powiedzmy że w miesiącu było 27 dni, kiedy czułem, że nie jestem w pełni sobą, że nie jestem całkowicie i od wszystkiego wolny, że czegoś mi brakuje. I przez te 27 dni czekałem na te 3 dni, kiedy będę w pełni sobą. Bo gdy nie byłem sobą, nie mogłem się zmusić żeby np. podejść i zagadać do koleżanki na roku na studiach która mi się podobała. Natomiast w tych trzech dniach, kiedy czułem że jestem w pełni sobą, miałem świadomość że mogę przenosić góry. Że wszystko czego się dotknę, to mi się uda. Przez te trzy dni w miesiącu (oczywiście mniej więcej) nie było dla mnie rzeczy niemożliwych.

Teraz będzie dużo gdybania, i dużo ‚wydaje mi się’, bo spróbuję wytłumaczyć, co się ze mną i we mnie działo, tak naprawdę nie mając zielonego pojęcia co się ze mną wtedy działo :) No to zaczynamy :) Napiszę Wam teraz z perspektywy dnia dzisiejszego, co mi się wydaje, że wówczas miało miejsce. Jestem facetem, dzisiaj 31 letnim. Do pewnego momentu w życiu przechodziłem drogę normalnego faceta, czyli poznania czym jest Internet, filmy pornograficzne, masturbacja. Stety albo niestety, byłem jednocześnie bardzo religijny, i pewnego dnia postanowiłem z tym moim nałogiem od pornografii i masturbacji nieco powalczyć. Walka szła mi dość nieudolnie, i trwała długo :) przez dobrych kilka lat. Już na samym początku walki wydaje mi się, że wmówiłem sobie, że te złe i dobre dni zależą właśnie od tego, czy i kiedy oddawałem się swojemu nałogowi. I tutaj pewnie nie będę odkrywcą jeśli napiszę, że rzeczywiście tak to wyglądało przez dłuższy czas. Bo zapewne wiecie doskonale, że jeśli w coś mocno uwierzymy, to to się stanie. Na tym się opiera przecież cała nasza religia :) poczytajcie Pismo Święte. To dzieła niestety w obie strony. Jeśli uwierzymy, stanie się cud, zostaniemy uzdrowieni, będziemy potrafili przenosić góry, zostaniemy zbawieni, itd. Jeśli uwierzymy, w piątek 13 będziemy rzeczywiście mieli jakiegoś pecha, rozchorujemy się, żaden cud się nie wydarzy, zostaniemy potępieni, itd. Na tym jednym założeniu jest zbudowana cała dzisiejsza motywacja. Jeśli wierzysz, że możesz zmienić swoje życie, że jesteś kimś wyjątkowym, masz rację. Jeśli wierzysz, że jesteś nikim, a twoje życie nigdy się nie zmieni, również masz rację.

Ale wracając do tematu, bo chyba troszkę odbiegliśmy :) Ja przez kilka lat wierzyłem, że masturbacja i pornografia wpływa na moje życie, na to co mi się przydarza, a przede wszystkim na to jaki jestem, czy jestem sobą w pełni (całkowicie wolny), i naprawdę tak było. Gdy było oglądanie pornografii zakończone masturbacją, wiedziałem doskonale, że pierwszy tydzień będzie do dupy, i im więcej czasu upływało od tego wydarzenia, tym ja stawałem się bardziej sobą. Używam tego sformułowania, ‚być w pełni sobą’, bo ono najlepiej oddaje to co chcę przez to powiedzieć. Ale oznacza ono ‚czuć się dobrze’, ‚być w pełni zdrowym duchowo’, jest to takie uczucie, gdy czujecie że nic was nie więzi tam w środku, że jesteście całkowicie wolni, że możecie wszystko, i że wszystko wam wyjdzie. Myślę że wiecie co mam na myśli.

W każdym razie, w pewnym momencie, powiedzmy że w połowie tej mojej walki, odkryłem coś takiego jak spowiedź, i że już nie muszę czekać miesiąca żeby wszystko we mnie ‚wróciło do normy’, czyli do stanu sprzed (nazwijmy to w tym miejscu-) grzechu. Spowiedź załatwiała to, co wcześniej załatwiał czas. Wcześniej wiedziałem, że z każdym kolejnym tygodniem będzie coraz lepiej, że mój stan psychiczno-duchowy z każdym tygodniem będzie się poprawiał, i tak rzeczywiście było. Później nie musiałem już na nic czekać, od razu gdy mi się przytrafiał grzech, następnego dnia szedłem do spowiedzi, i znowu było wszystko w porządku. I to co teraz napiszę zabrzmi głupio, ale niestety ze spowiedzią później stało się w zasadzie dokładnie to samo, co z każdym innym nałogiem. Na początku nałóg jest mały, i wystarczają niewielkie doznania. Ale później to już nie wystarcza, i chce się czegoś więcej. To tak jak się zaczyna od lekkich narkotyków, i następnie przechodzi do twardych, albo zaczyna od lekkiej pornografii, a kończy na sado-maso i brutalnym seksie grupowym. W pewnym momencie spowiedź straciła swoje początkowe działanie. Gdy byłem u spowiedzi w niedzielę, to w poniedziałek-wtorek było wszystko ok, ale tak pod koniec tygodnia mój stan duchowy już był taki sobie, a w dwa tygodnie po spowiedzi, mimo braku jakichkolwiek grzechów, musiałem znowu iść do spowiedzi. Spowiedź stała się dla mnie nałogiem, chociaż przynosiła uwolnienie tylko na chwilę.

Rozpisałem się, a więc jeszcze tylko ostatni akapit, o dziwnej rzeczy, która mi się przytrafiła ostatnio. Będzie to równocześnie podsumowanie tego wpisu. Cały Wielki Tydzień przed świętami wielkanocnymi postanowiłem spędzić bardzo pobożnie. Modląc się na różańcu i czytając Biblię. Skończyło się tym, że w Wielki Czwartek na mszy w kościele przeżywałem takie katusze duchowe, że ciężko było wytrzymać. Po wyjściu z kościoła oczywiście wszystko było zupełnie w porządku. To co się działo, działo się tylko w kościele podczas mszy. W Wielki Piątek, zrażony tym co się działo w Czwartek, nie byłem już w ogóle w kościele. Cały Wielki Tydzień poświęciłem w zasadzie tylko na modlitwę i czytanie Pisma, a zamiast czuć się dobrze, być wolnym, być sobą, być silniejszym duchowo, ja w Wielki Czwartek przeżywam jakąś niewyobrażalną udrękę duchową (psychiczną?), i to jeszcze na mszy w kościele. Uwierzcie mi, też byście się zrazili :) Poszedłem na nabożeństwo w Wielką Sobotę, czyli niby to najważniejsze w całym roku. Po tym nabożeństwie, jak ręką odjął, zniknęły wszystkie utrapienia. Stałem się wolny. Można to porównać dosłownie do czegoś takiego, że przez te ostatnie kilka lat coś mnie więziło, tak jak byłbym chory psychicznie, jakby coś mi nieustannie dolegało, ale psychicznie, fizycznie nic mi nie było. W Wielką Sobotę na nabożeństwie wyzdrowiałem, uwolniłem się, nie wiem jak to inaczej określić.

I nie wiem co tak naprawdę się wydarzyło. Nie ma znaczenia, czy to o czym tutaj pisaliśmy, miało naturę psychiczną, czy duchową. W jednym i drugim przypadku dotykamy rzeczywistości niematerialnej, niewidzialnej, a jednocześnie, zauważcie, bardzo realnej, i dziejącej się naprawdę. A tak jak już wam chyba pisałem wcześniej, z natury jestem filozofem, jeśli nie wiem jak jest na pewno, to nie podejmuję się jednoznacznej oceny. Każdy, kto jest chociaż trochę religijny, powie wam, że to były właśnie pocieszenia i strapienia duchowe. Ale każdy bez wyjątku, kto nie jest religijny, powie, że tak właśnie działa nasza psychika. Nie jestem w stanie ocenić, jak jest naprawdę :) Być może kiedyś będę.

Mt 25, 14-30

Bo każdy ma jakiś talent. [Ale niektórzy mają ich więcej, a inni mniej...]

No to dzisiaj obiecany komentarz do Biblii :) Kolejność wybieranych fragmentów będzie całkowicie przypadkowa, jak widzicie w tytule tego wpisu. W zależności od tego na jaki fragment akurat nas natchnie, temu spróbujemy się przyjrzeć bliżej i go skomentować. I na pierwszy ogień idzie przypowieść o talentach z ewangelii Mateusza. Poniżej przytoczę ten tekst, tak dla przypomnienia, bo większość z Was będzie go zapewne doskonale znała. Jeszcze jedna uwaga: wszystkie teksty biblijne w serwisie Droga szabatu pochodzą z Biblii Tysiąclecia. No to zacznijmy :)

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

Przeanalizujmy ten tekst w miarę dosłownie, literalnie, tak jak jest napisany, i spróbujmy wyciągnąć z niego to, co tekst próbuje nam powiedzieć o Bogu. Z tego fragmentu nie wynika, do czego odnosi się ta przypowieść. Żeby się tego dowiedzieć, musimy się cofnąć do początku tego rozdziału. Przed przypowieścią o talentach znajduje się przypowieść o pannach roztropnych i nierozsądnych, która zaczyna się zdaniem: „Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien…”. A więc ta nasza przypowieść o talentach traktuje o królestwie niebieskim, i to ono (królestwo) podobne jest do owego człowieka, który wyjeżdża w podróż. Czyli ten człowiek nie jest utożsamiany z Bogiem, tylko z królestwem niebieskim. Zobaczcie co napisaliśmy dwa zdania wcześniej: królestwo niebieskie będzie podobne do dziesięciu panien, a w naszej dzisiejszej przypowieści – do pewnego człowieka. Różnych możliwych interpretacji Biblii jest bardzo dużo. Myślę że spokojnie można to też przeczytać w taki sposób, że sytuacja przedstawiona w tej przypowieści jest podobna do tego, jak jest (będzie) w królestwie niebieskim, czyli przypowieść utożsamiamy z poglądem na królestwo niebieskie.

Ale dzisiaj nie zagłębiajmy się w jakieś wielkie filozoficzne rozmyślania nad tym, jak wygląda królestwo niebieskie w tej przypowieści. Zróbmy takie porównanie, jakie najczęściej można usłyszeć na kazaniu w kościele. Przyrównajmy Boga do tego człowieka, wyruszającego w podróż, a nas – ludzi – do tych sług.

Tak w ogóle możecie wierzyć lub nie, ale jak teraz piszę ten tekst, to mi same do głowy co chwilę przychodzą nowe pomysły, jak można by jeszcze zinterpretować ten tekst, przychodzą na myśl nowe porównania. Gdyby chcieć je wszystkie rozwinąć w miarę sensowny sposób, to bym po pierwsze siedział przy komputerze do rana, a po drugie powstałaby z tego niezła książka, i to tylko na podstawie tej jednej przypowieści :) I tak jest u mnie zawsze podczas tworzenia nowego wpisu :)

Pewien człowiek planuje wyruszyć w podróż, przywołuje swoje sługi i przekazuje im swój majątek. Pierwsze skojarzenie? Jest taka teoria, która mówi że Bóg stworzył świat, po czym zostawił go (ją/onego?) samemu sobie. Świat jest tak stworzony i pozostawiony sam sobie na pastwę losu, i jakoś tam sobie działa, lepiej lub gorzej. Bóg tylko stworzył świat, i nie ingeruje już więcej w historię świata. Tak twierdzą ludzie, którzy nie widzą specjalnie działania Boga w historii świata. Bóg może i gdzieś tam jest, może i rzeczywiście stworzył świat, ale jakoś specjalnie nie widać Jego działania na świecie. W szczególności, Bóg patrzy sobie z nieba na ludzkie cierpienie, choroby, śmierć, i nie robi absolutnie nic. To zdanie może być chyba jednym z najważniejszych argumentów biblijnych na potwierdzenie takiej teorii :) Bóg (pewien człowiek z przypowieści – pan) stworzył świat (zgromadził jakiś majątek), po czym oddala się na pewien czas (udaje się w podróż) [zauważmy od razu, że później wraca – metafora końca świata?], pozostawiając wszystko, cały świat, w naszych rękach (cały swój majątek). Co my z tym światem zrobimy, to już jest tylko nasza sprawa. Bóg się do tego nie wtrąca, bo Go nie ma, wyjechał. Przychodzimy na świat, i zasadniczo cały ten świat jest dla nas, jesteśmy wolni, możemy zrobić z tym światem co nam się tylko podoba. Oczywiście poza jakimiś tam skrajnymi przypadkami, gdzie człowiek jest w niewoli, albo jest ograniczony materialnie, fizycznie (choroby), itp. Zasadniczo jest tak, że możemy zrobić z tym światem lub w tym świecie który nam został dany, cokolwiek nam się wymarzy, i to jest tylko nasza decyzja. Mamy cały świat do naszej dyspozycji, możemy np. zwiedzić ten cały świat, i zobaczyć te wszystkie niezwykłe miejsca na świecie, poznać ludzi z całego świata. Ale możemy też, jeśli tak postanowimy, całe życie spędzić w jednym miejscu, w jednym mieście, mieszkaniu, bo np. się boimy, że stanie nam się coś złego (coś złego stanie się temu talentowi). Podczas podróżowania może nam się bynajmniej coś złego przytrafić, możemy zginąć w wypadku, ktoś nas może zabić (czyli możemy stracić otrzymane talenty), itd. Pozostanie w domu (zakopanie talentu) jest rzeczywiście bezpieczniejsze. To tylko jeden przykład z podróżowaniem po świecie, ale myślę że wiecie już o co chodzi. Tak samo jak z podróżowaniem jest z każdą inną ludzką aktywnością. Pamiętam że gdzieś to słyszałem na jakimś kazaniu, ale chyba tylko jednym. W tej przypowieści, w życiu, w królestwie niebieskim, chodzi o podjęcie ryzyka. Zakopanie talentu [talent to po prostu pieniążek, nie talent-zdolność :)] jest teoretycznie najbezpieczniejszą opcją. I większość ludzi niestety idzie w życiu tą drogą – bezpieczną, nie podejmują ryzyka, nic nie tracą, ale też nie mają możliwości nic zyskać. Wiecie doskonale o czym mówię: najzwyklejsze codzienne sprawy, nie podejdę do tego chłopaka i nie zagadam, nie rzucę tej pracy bo z czego będę żyła, nie sprzeciwie się przecież rodzicom, wyjechał bym na jakąś wyprawę życie do innego kraju ale się boję, zrobię to ale jeszcze nie dziś, itd.

Znacie to aż za dobrze. Bo ja sam to znam aż za dobrze. Strach i podejmowanie ryzyka. A teraz wyobraźcie sobie tą sytuację, tak jak to jest napisane dosłownie. Rodzicie się, z biegiem czasu odkrywacie w sobie pewne cechy, pewne talenty, w pewnym momencie uświadamiacie sobie prawdę: że macie do swojej dyspozycji cały świat, i że jesteście całkowicie wolni, możecie zrobić ze swoim życiem co tylko zechcecie, wszystko jest możliwe. I pewnego dnia [oczywiście niespodziewanie :)] wraca Bóg. Przychodzi śmierć. Umieracie. Bóg pyta, co zrobiłeś ze swoim życiem. Co odpowiecie? Przepraszam, zmarnowałem, zakopałem, nie wiedziałem, chciałem, ale się bałem. No to teraz wyobraźcie sobie minę Boga po takich słowach.

O interpretacji Pisma Świętego

Wolno czy nie wolno?

Dzisiejszym wpisem rozpoczniemy cykl blogów, które będą komentarzami do Pisma Świętego. Będzie to moja własna interpretacja fragmentu Biblii, wraz z szerszym komentarzem, do tego może jakiś przykład z własnego życia odnoszący się do tych treści. Jeszcze tylko tytułem wstępu rozważmy, czy w ogóle wolno nam interpretować po swojemu teksty Pisma i je komentować. To jest zasadniczo temat na osobny post, ale odpowiedzmy chociaż krótko w kilku zdaniach. Zasadniczo prawdą jest, że prawo interpretacji Biblii ma jedynie Kościół. Zadaniem Kościoła jest wyjaśnianie i interpretowanie ksiąg Pisma i podawanie właściwej interpretacji ludowi do wierzenia. Ale przecież Kościół to jesteśmy my, ludzie (mówimy tutaj o Kościele chrześcijańskim). Każdy człowiek (chrześcijanin) jest cząstką Kościoła, należy do Kościoła. Ergo: Kościół = każdy człowiek (chrześcijanin) ma prawo czytać, interpretować i komentować Pismo Święte. Kto powiedział że interpretacja Jasia czy Marysi Kowalskich jest gorsza od interpretacji papieża tudzież grona innych biskupów. Przypomnijmy sobie co powiedzieliśmy w poprzednim poście. Papież jest takim samym człowiekiem jak jakaś tam Marysia Kowalska. Być może interpretacja Marysi będzie inna niż interpretacja papieża, bo Bóg inaczej przemówi Pismem do Marysi, a inaczej do papieża. Ale nie zmienia to faktu, że jeśli Marysia jest cząstką Kościoła, i papież jest cząstką Kościoła, to tworzą jeden i ten sam Kościół. A więc Marysia ma prawo sobie czytać, i próbować dochodzić sensu Pisma Świętego, chociażby tylko tego, co Pan Bóg chce powiedzieć konkretnie do niej przez to Pismo. A jeśli Marysia może, to i my możemy. Załóżmy więc jeszcze tylko, że jest to tylko nasza własna interpretacja, i nikt nie ma absolutnie żadnego obowiązku tego przyjmować za jedyną prawdziwą interpretację. Bo moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak jedyna prawdziwa interpretacja. Jest tyle interpretacji, ile interpretujących, i każda jest równie dobra, choćby każda z nich była inna.

Odpuścimy sobie już dzisiaj ten komentarz, bo widzę że się rozpisałem, jak zwykle. Pociągniemy dalej temat interpretacji Biblii, a ten pierwszy komentarz który miał być dzisiaj, będzie następnym razem.

Wiecie zapewne, że niektóre fragmenty Pisma interpretuje się dosłownie, a inne w przenośni. I że to, jak Kościół interpretował Pismo, zmieniało się w ciągu wieków nieraz bardzo radykalnie. I że to Kościół jest tym, który wybiera i decyduje o tym, które fragmenty Biblii należy interpretować dosłownie, a które tylko w przenośni. Kiedyś kamieniowaliśmy cudzołożnice, paliliśmy na stosach czarownice, wierzyliśmy że świat powstał w 7 dni, itd. Dzisiaj postanowiliśmy, że ten fragment o kamieniowaniu to tylko taka przenośnia, i że wystarczy sroga pokuta, odmówienie kilku różańców czy coś takiego, a dla czarownic nastały czasy spokoju i wolności w wykonywaniu zawodu, jaki sobie wybrały. A najbardziej zabawna jest sytuacja, gdy jakiś ksiądz na kazaniu się wkurza na parafian, że wybierają sobie tylko te przykazania które im pasują, odrzucając te bardziej restrykcyjne. Nie mogę się wtedy powstrzymać żeby się lekko nie uśmiechnąć. Bo dokładnie to samo robi Kościół_w_sensie_biskupi, wybierając które fragmenty, a więc i przepisy, należy traktować dosłownie, a które nie, czyli do których się stosować stricte, a które można pominąć, bo są tylko przenośnią.

To żeśmy trochę pojechali dzisiaj po tym Kościele, trochę niechcący, ale czasami trzeba. Trzymajcie się. Do następnego wpisu.

O ludziach

Bo ludzie to są niesamowici.

Na youtubie jest taka seria filmików pod tytułem: „People are awesome” – ludzie są niesamowici. Co ciekawe, jak wpiszecie w wyszukiwarce youtuba słowo ‚people’, to pierwszą frazą jaką youtube wam zaproponuje, będzie właśnie ‚are awesome’. Te filmiki to posklejane fragmenty, na których ludzie robią różne niesamowite i szalone rzeczy: skoki na bungee, ze spadochronem, zjazdy na nartach, na snowboardzie, różnego rodzaju triki w każdej dziedzinie sportu jaką tylko wymyślono. Fajnie jest sobie nieraz popatrzeć, do czego ludzie są zdolni, jakie niesamowite rzeczy potrafią zrobić, mimo że niemal wszystkie te wyczyny to ocieranie się o śmierć, albo przynajmniej trwałe kalectwo. I to będzie właśnie przewodnie zdanie naszego dzisiejszego wpisu.

People are awesome. (Wszyscy) Ludzie są niesamowici.

W polskim tłumaczeniu dodaliśmy na początku jedno słowo w nawiasie, bo będzie ono kluczowe w całym tym wpisie. Zasadniczo ludzie są sobie równi. Każdy z nas jest oczywiście inny, nie ma nigdzie na świecie, nigdy nie było i nigdy nie będzie, dwóch identycznych ludzi. Każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny, zarówno jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny (pomimo że czasami można spotkać ludzi podobnych do siebie tak bardzo, że zdają się być identyczni, np. bliźniacy), jak i całe wnętrze, czyli cechy charakteru, umysł, sposób myślenia, to co określimy słowem ‚dusza’, w przeciwieństwie do ‚ciała’. Ale mimo że każdy człowiek jest inny, to jednak każdy jest tym, co określamy słowem ‚człowiek’. Na pewnym podstawowym poziomie wszyscy ludzie są sobie równi. Albert Einstein był normalnym człowiekiem, takim jak ja; miał głowę, dwie ręce, dwie nogi, włosy na głowie, serce, płuca, żołądek, oczy, uszy, itd. Miał 24 godziny w ciągu dnia, dokładnie tak jak ja, nie miał ani sekundy więcej, musiał z tego poświęcić kilka godzin każdego dnia na sen, żył 76 lat, co jest całkowicie normalną długością życia, i ja mogę mieć uzasadnioną nadzieję na podobną długość mojego życia. Albert miał tylko jedno życie, czyli dokładnie tyle samo co każdy inny człowiek żyjący gdziekolwiek na świecie.

Ale do czego zmierzam, i o co mi w ogóle chodzi w tym poście. Dlaczego niektórzy ludzie są niesamowici, robią w życiu niesamowite rzeczy, ich życie jest wypełnione przygodami, samymi wielkimi wydarzeniami, podczas gdy ogromna większość ludzi żyje, jakby nie żyła. Doszliśmy do miejsca, w którym wypada napisać konkluzję, że to my sami decydujemy o tym, jak przeżyjemy własne życie. Możemy żyć pełnią życia, a możemy po prostu ‚przeżyć’ swoje życie, np. spędzić je przed telewizorem. Ale tak naprawdę totalnie nie o to mi chodziło w tym poście :) Chodzi o to, że ludzie (wszyscy) są sobie równi, a zatem wszyscy ludzie są niesamowici. Nie tylko ci, którzy robią szalone rzeczy, często ryzykując bezmyślnie lub celowo, ocierając się o śmierć i w ogóle się tym nie przejmując. Każdy człowiek jest inny, i każdy jest równie niesamowity. I wszyscy ludzie są równi, bo wszyscy są ludźmi, a więc zasadniczo każdy jest potencjalnie zdolny do szalonych rzeczy, do życia w pełni. Pomijając oczywiście indywidualne cechy charakteru ludzi szalonych, właśnie tych z filmików na youtube, takich jak nadzwyczajna odwaga, brak poczucia strachu, nie przejmowanie się że coś może pójść nie tak, że mogę się połamać, zostać do końca życia kaleką, lub dzisiaj umrzeć. Każdy człowiek jest zdolny do rzeczy niesamowitych, takich, które uważamy za niesamowite, oglądając tego typu filmiki. Wiele zależy tutaj od nas, od naszych życiowych wyborów, od tego jak chcemy przeżyć własne życie, wiele, chociaż moim zdaniem nie wszystko (charakter, strach, brak odwagi, poszanowanie własnego życia i zdrowia, rodzina, pochodzenie, itp.), ale to jest temat na innego bloga.

Ale tak naprawdę jest coś, z czego myślę nie zdajemy sobie sprawy, idąc ulicą na co dzień, bo ja sam sobie z tego zazwyczaj nie zdaję sprawy. Mijam każdego dnia setki ludzi, z których każdy, ale każdy jest niesamowity. Mijam ich, zwykle nawet na nich nie spojrzawszy ani na ułamek sekundy. Każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny, każdy ma jakieś życie, każdy ma swoją własną historię do opowiedzenia, każdy jest jakiś, ma jakąś jedyną i niepowtarzalną duszę. Co więcej, każdy z tych bezwiednie mijanych na ulicy ludzi jest potencjalnie niesamowity w takim sensie, w jakim potocznie rozumiemy niesamowitość, każdy jest zdolny do niesamowitych rzeczy, z czego większość nie zdaje sobie sprawy. Ja jestem zdolny do niesamowitego przeżycia swojego życia, tyle że zazwyczaj nie zdaję sobie z tego sprawy, albo się boję, albo źle wybieram, albo jeszcze coś mi przeszkadza w tym rozpoczęciu mojego niesamowitego życia. Myślę że to znacie. I myślę że bardzo dobrze o tym wiecie, albo kiedyś wiedzieliście, będąc dzieckiem, że jesteście kimś wyjątkowym. Tylko z biegiem lat zwyczajnie o tym zapominaliście, tak jak ja o tym zapomniałem, mimo że kiedyś byłem o tym przekonany.

Jesteśmy niesamowici, wszyscy jesteśmy niesamowici, każdy człowiek którego spotykasz na swojej drodze każdego dnia jest niesamowity, bo jest jeden i niepowtarzalny. Ty jesteś niesamowity, bez względu na to, jak wygląda twoje życie. Jesteś niesamowity. Pamiętaj o tym.

P.S. Tak na koniec jeszcze mały wątek religijny, bo to jest przecież blog religijny, a więc wypadałoby, żeby było trochę religijnie, chociaż na sam koniec. Tak mi czasami chodzi po głowie taka myśl: jeżeli zasadniczo wszyscy ludzie są sobie równi, podobnie jak wszystkie pszczoły są sobie równe, wszystkie mrówki i niedźwiedzie są równe, to na takiej samej zasadzie można by przypuszczać, że wszyscy aniołowie również są sobie równi. Wiecie zapewne, że każdy człowiek ma swojego własnego anioła stróża, który się nim opiekuje. A to oznacza, że nasz anioł stróż, to nie jest jakiś tam anioł, że są anioły słabe i chorowite, których moc jest mniejsza, takie byle jakie anioły, i są anioły silne, mocne, o wielkiej mocy. Zasadniczo anioł powinien być aniołowi równy, patrząc logicznie, wszyscy aniołowie również są sobie równi. A więc nasz osobisty anioł stróż jest równie potężny, co te najbardziej znane anioły, te dobre lub te złe. ‚Moc’ i ‚wielkość’ naszego anioła stróża absolutnie w niczym nie ustępuje tym wielkim i znanym.

No to już wiecie jaką modlitwą zakończyć dzisiejszy dzień. Dobrej nocy.

O prawdzie i nieprawdzie

A cóż to jest prawda? [Zapytał Piłat Jezusa.]

Dzisiaj taki wpis, który powinien być drugi w kolejności, zaraz po wpisie O blogu. Jakoś tak wyszło jednak, że w dniu pisania drugiego posta, bliższy był mi temat grzechów, a raczej mocy uzdrawiania. Dlatego dopiero dziś jako trzeci wpis pojawia się temat chyba najważniejszy, jeśli chodzi w ogóle o tego całego bloga, jego przyszłych treści. Punktem wyjścia tego wpisu jest jedno kluczowe pytanie w chyba każdej religii, a na pewno w wierze:

Czy to wszystko jest prawdą?

Innymi słowy: czy wszystko to, w co nam każą wierzyć w naszej religii, jest prawdą. Będę pisał w kontekście religii chrześcijańskiej, bo w tej religii ‚siedzę’ niemal dosłownie od urodzenia, jestem w niej mocno zakorzeniony, mam 30-letnie doświadczenie bycia w tej akurat religii. Postawmy więc nieco więcej pytań, rozwijając to powyższe. Religia chrześcijańska zaczyna się od narodzenia Jezusa, i w zasadzie kończy się w momencie jego śmierci. Można w pewnym sensie śmiało powiedzieć, że religia/wiara chrześcijańska to Jezus, a nawet bardziej precyzyjnie, że wiara chrześcijańska to Jezus, a religia chrześcijańska to wszystko to, co ‚urosło’ wokół Jezusa. Religia chrześcijańska jako całość jest ogromna, całe życie studiowania teologii zapewne nie wystarczyłoby, aby ją ogarnąć w całości. Ale cała (religia) opiera się zasadniczo na Jezusie, na tym że w pewnym konkretnym momencie istnienia świata na tenże świat przychodzi Bóg w ludzkim ciele. Św. Paweł mówi w liście do Koryntian: jeśli Chrystus (Jezus) nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara. My powiedzmy to nieco inaczej:

Jeśli Jezus nie był Bogiem, daremna jest nasza wiara.

Nasza wiara (chrześcijańska) opiera się na tym, że Pismo i Tradycja mówią prawdę. Przed chwilą zerknąłem sobie tak z ciekawości na nasze wyznanie wiary. Przytoczę je tutaj w całości, bo zupełnie co innego jest odmawiać je z pamięci zupełnie bezmyślnie na mszy św., a co innego jest je sobie na spokojnie przeczytać, przelecieć oczyma.

Wierzę w jednego Boga,
Ojca Wszechmogącego,
Stworzyciela nieba i ziemi,
wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.
I w jednego Pana Jezusa Chrystusa,
Syna Bożego Jednorodzonego,
który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami.
Bóg z Boga,
Światłość ze Światłości,
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.
Zrodzony, a nie stworzony,
współistotny Ojcu,
a przez Niego wszystko się stało.
On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba.
I za sprawą Ducha Świętego
przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem.
Ukrzyżowany również za nas
pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany.
I zmartwychwstał trzeciego dnia,
jak oznajmia Pismo.
I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca.
I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych,
a królestwu Jego nie będzie końca.
Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela,
który od Ojca i Syna pochodzi.
Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę;
który mówił przez Proroków.
Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół.
Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów.
I oczekuję wskrzeszenia umarłych
i życia wiecznego w przyszłym świecie.
Amen.

Zobaczcie, że wyznanie wiary niemal w całości odnosi się do Jezusa. Jest zaraz na początku jeden paragraf o Bogu, i gdzieś tam pod koniec jeden paragraf o Duchu Św., jedna linijka o Kościele, kończy się naszymi oczekiwaniami na przyszłość. Cała reszta dotyczy Jezusa, co już samo przez się pokazuje, na czym stoi nasza wiara. W pierwszym paragrafia Bóg nazwany jest ojcem. Nie wiem czy wiecie, ale to właśnie Jezus jako pierwszy nazwał Boga ojcem. Jeśli dobrze pamiętam, to gdzieś w Piśmie, bodajże w którymś proroctwie, napisane jest o Jezusie, że objawi prawdziwe imię Boga. Imię Boga, które objawił nam Jezus brzmi: ojciec. Idźmy dalej. Przedostatni paragraf. Gdzieś kiedyś słyszałem coś takiego, że gdyby nie Pismo święte, nie mielibyśmy pojęcia o istnieniu Ducha Świętego. To Jezus mówi o tym, że odejdzie, ale ześle nam innego pocieszyciela. I ostatni paragraf: Kościół narodził się wraz z przyjściem na świat Jezusa, zostają powołani apostołowie, którzy ustanawiają swoich następców, zwykli ludzie przyjmują chrzest oraz wiarę w Jezusa zmartwychwstałego, i w ten sposób rodzi się pierwszy Kościół. O wskrzeszeniu umarłych oraz życiu wiecznym również poucza nas sam Jezus.

To teraz powtórzmy kluczowe pytanie tego wpisu, tylko w nieco zmienionej formie:

Czy to wszystko może być nieprawdą?

Jeśli ja miałbym odpowiedzieć na to pytanie, to na dzień dzisiejszy odpowiedź brzmi: jak najbardziej tak. Może się okazać, że to wszystko (cała religia chrześcijańska) jest jedną wielką ściemą. Ściemą, która na dzień dzisiejszy jest w zasadzie nie do odkręcenia. Odpowiedź na powyższe pytanie w moim przypadku nie może być inna z dwóch powodów. Po pierwsze, z powołania jestem filozofem. Odkryłem to jakieś 10 lat temu, rozpoczynając okres studencki w moim życiu. Jako filozof jeśli nie wiem na pewno, że to wszystko jest prawdą, że Bóg istnieje, że w pewnym momencie dziejów świata narodził się człowiek któremu nadano imię Jezus, i że ten Jezus był jednocześnie Bogiem, i że to wszystko co jest napisane w Biblii jest prawdą, a rzeczywiście nie wiem tego wszystkiego na pewno, to muszę założyć, że może to być nieprawdą. Może być prawdą, bo niby dlaczego miałoby nie być, mimo że brzmi to tak (nieraz abstrakcyjnie i absurdalnie) jak brzmi, ale może też być nieprawdą. To było po pierwsze. A po drugie, w moim 30-letnim jak dotąd życiu nie wydarzyło się do dnia dzisiejszego nic, co by świadczyło o tym, że to jest prawda. Nie wydarzyło się również nic, co by świadczyło, że jest to nieprawda. Ale wracając do poprzedniego zdania: nie miałem żadnego objawienia, nie wydarzył się żaden cud, nic czego nie potrafiłbym wyjaśnić, itp. Możliwe jest, że takie cuda się jak najbardziej wydarzały i wydarzają, a ja po prostu nie zdaję sobie z tego sprawy, nie odczytując pewnych (wszystkich?) wydarzeń w moim życiu jako cud. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, no właśnie, sięgając pamięcią wstecz nie zdaję sobie świadomie sprawy z niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że to wszystko (całość wiary chrześcijańskiej) jest prawdą.

Odpowiadając więc na pytanie całego tego postu, ja osobiście odpowiadam: nie wiem. Nie jestem w stanie sam z siebie (a przynajmniej tak mi się wydaje) dojść w żaden sposób do stwierdzenia: ‚tak to jest prawda’, lub ‚nie, to nie jest prawda’. Nie wiem czy to wszystko jest prawdą, czy też nie. Jeśli nie, jeśli Jezus nie był Bogiem, być może nie było nawet w ogóle żadnego Jezusa, jeśli być może nie ma również żadnego Boga, to nasza wiara jest bez sensu, i jeśli czemukolwiek służy, to tylko i wyłącznie nam samym, czyli temu kto wierzy, być może na przykład pomaga w jakimś tam psychologicznym sensie, czyli być może nie jest aż tak totalnie bez sensu. Co nie zmienia faktu, że tyle wierzących ludzi żyje na co dzień w błędzie, wykonując te wszystkie czynności religijne, spędzając całe godziny na modlitwach, których nikt nie słyszy, itd.

Ale zanim postanowicie wystąpić z Kościoła, jak na filozofów przystało, rozważcie również ten drugi przypadek: a co jeśli to wszystko prawda? Co jeśli niezależnie od waszej wiary i niewiary, niezależnie nawet czy ksiądz, który wam kładzie na ręce okrągły opłatek podczas mszy świętej, wierzy czy nie wierzy, pod postacią tego małego opłatka kryje się kawałek (ciała? istoty?) prawdziwego Boga, i to jest fakt, mimo że my nie widzimy Boga, a jedynie mały okrągły opłatek?

Mam wrażenie że wpis zrobił się już strasznie długi, a tak naprawdę nic konkretnego ani ciekawego nie zostało jeszcze powiedziane, i można by na ten temat jeszcze długo. Ale nie przejmujmy się tym na razie. Z każdym kolejnym wpisem na tym blogu będzie coraz więcej konkretnych treści, przelanych z mojej głowy tutaj do Internetu. A więc to czego nie powiedzieliśmy tutaj, pojawi się pewnie tak czy siak prędzej czy później przy okazji innych postów, innych tematów. A teraz idźmy dalej świętować Trzech króli.

O grzechach

Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień.

Pomówimy sobie dzisiaj trochę o grzechach, a w szczególności o tym, co grzechy mają wspólnego ze zdrowiem. Na początku tylko w trzech zdaniach skąd mi się wziął ten temat. Od mniej więcej trzech tygodni słucham sobie rekolekcji adwentowych pt. Plaster miodu, wrzucanych codziennie przez ojca Adama Szustaka na Langustę na palmie. Dla tych którzy nie wiedzą czym jest langusta, i co ma wspólnego langusta z miodem, jeszcze na dodatek w połączeniu z jakimś ojcem: Adam Szustak jest bardzo znanym kaznodzieją, dominikaninem, rekolekcjonistą, podobnie jak np. ksiądz Pawlukiewicz. Ojciec Adam jeździ po całym świecie, a zwłaszcza po różnych miastach Polski, prowadząc kilkudniowe rekolekcje, spotkania, konferencje, itp. Dużo z tego co mówi jest nagrywane i wrzucane na specjalnie ku temu założony serwis o nazwie Langusta na palmie. I na tejże languście przed momentem wysłuchałem sobie jednej nauki rekolekcyjnej, której przewodnim motywem był fragment ewangelii Jana z rozdziału 5.

Streszczając: Jezus przybywa do Jerozolimy, gdzie udaje się nad sadzawkę owczą, przy której leży mnóstwo chorych, czekających na poruszenie się wody w sadzawce. Kto pierwszy wejdzie do sadzawki gdy woda się poruszy, zostaje cudownie uzdrowiony. Jezus podchodzi do jednego chorego, uzdrawia go, a po pewnym czasie odnajduje go w świątyni, i kieruje do niego następujące słowa:

„Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło.” (J 5,14)

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Co Jezus tak naprawdę mówi w tych dwóch krótkich zdaniach? Zaraz po słowie ‚wyzdrowiałeś’, padają słowa ‚nie grzesz już więcej’. Jezus jednoznacznie łączy grzech z uzdrowieniem, a zatem ze zdrowiem (psychicznym lub fizycznym), z byciem chorym. Wiemy że człowiek ten był chromy, nie mógł chodzić. Nie ma tego tutaj napisane, ale możemy przypuszczać, że Jezus uzdrawiając go odpuścił mu grzechy. To co było widoczne na zewnątrz (skutek) dla owego człowieka i innych ludzi, to uzdrowienie fizyczne: człowiek ów wstał, wziął swoje łoże, i zaczął chodzić, mimo że od 38 lat wcale lub prawie nie chodził. Dalej mówi Jezus: ‚nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło.’ Bardziej wprost się tego nie da powiedzieć. Jeśli rozpatrujemy ten konkretny przypadek, czyli fizyczne uzdrowienie człowieka, który od 38 lat nie chodził, a który po uzdrowieniu (odpuszczeniu grzechów) zaczął od razu chodzić, to ze zdania ‚nie grzesz już więcej…’ wynika jednoznacznie, że grzesząc człowiek może zachorować nie tylko psychicznie (duchowo), ale również jak najbardziej fizycznie. Nasz grzechy przyczyniają się do tego, że dotykają nas przeróżne choroby jak najbardziej fizyczne, odnoszące się do naszego ciała. I odwrotnie: zerwanie z grzechem, wyzbycie się grzechu, zabranie nam grzechu, przyczynie się do naszego zdrowienia również fizycznego, cielesnego.

To nie jest jedyny przypadek z Pisma, gdzie uzdrowienie fizyczne jest nierozerwalnie związane z odpuszczeniem (uwolnieniem) od grzechów. W zasadzie bodajże za każdym razem, gdy Jezus uzdrawia kogoś fizycznie, jednocześnie, zazwyczaj wcześniej, z perspektywy tego człowieka – uwalnia go (oczyszcza) od jego grzechów, a z perspektywy Jezusa (=Boga) – odpuszcza mu jego grzechy.

Stawiamy więc dwie tezy. 1: grzech wiąże się z chorobą (fizyczną). 2: pozbycie się grzechu wiąże się z uzdrowieniem (fizycznym).

Wiemy z innego fragmentu Pisma, że nie zawsze jest odwrotnie, czyli że choroba fizyczna nie zawsze wiąże się z grzechem. W pewnym momencie spotykając chorego apostołowie pytają Jezusa, dlaczego ten człowiek jest chory, czy dlatego że zgrzeszył on, czy może zgrzeszyli jego przodkowie. Jezus odpowiada wówczas, że ani on nie zgrzeszył, ani jego przodkowie, ale stało się tak (człowiek ów zachorował), aby wypełniły się na nim dzieła Boże. Czyli powiedzmy to wprost: w niektórych przypadkach człowiek nie jest winien temu, że jest chory. Jest chory, bo Bóg tak chce, bo na przykład choroba ta ma coś dać owemu człowiekowi, albo Bóg ma jakiś inny cel w tym, aby człowiek ten był chory. Że niby to jest trochę dziwne i nie fair? Tak, ale tak jest i koniec, i nic na to nie poradzimy, Bóg ma swoją filozofię i swój sposób myślenia, często różny od naszego i dla nas niezrozumiały lub nielogiczny.

I na koniec jeszcze jedna kwestia. Skoro odpuszczenie grzechów uzdrawia człowieka, to dlaczego spowiedź, który jest niczym innym jak właśnie odpuszczeniem grzechów, najczęściej nie uzdrawia fizycznie. No więc, istnieje kilka możliwości wyjaśnienia. Jezus zazwyczaj nie miał żadnych problemów z uzdrawianiem, ponieważ jak zakładamy, był Bogiem. Ale już apostołowie mieli problemy z uzdrawianiem oraz z wypędzaniem złych duchów. Pomimo że nie musieliby mieć tych problemów, jak powiedział im Jezus: wy również będziecie czynili takie rzeczy (cuda, uzdrowienia), a nawet większe. Jak wierzymy, apostołowie mieli problemy z cudami, ponieważ chcieli uzdrawiać (odpuszczać grzechy) własną mocą, sami z siebie, a to Bóg odpuszcza grzechy i uzdrawia, przez ręce apostołów. Być może dokładnie tak samo jest z naszymi księżmi: w spowiedzi albo danemu księdzu brakuje wiary, albo chęci aby kogoś uzdrowić, a najczęściej jednego i drugiego.

Drugie wyjaśnienie: brak wiary w uzdrowienie. Nawet Jezus miał problemy z cudami w swoim rodzinnym mieście, gdzie wszyscy go znali, i nikt nie wierzył że jest Bogiem i ma boską moc. Zasadniczo każda spowiedź powinna nas całkowicie i zupełnie uzdrowić (duchowo oraz) fizycznie. Jeśli tak się nie dzieje, być może my nie wierzymy w to, że tak się może stać podczas normalnej zwykłej spowiedzi, albo nie chcemy być uzdrowieni, bo może jest nam (w pewnym sensie) dobrze z tą chorobą (Jezus zanim uzdrowił tego chromego, zapytał go: ‚czy chcesz być zdrowy?’).

No i trzecie wyjaśnienie. To najgorsze z naszego punktu widzenia. Bóg w spowiedzi nie uzdrawia, bo z jakiegoś powodu chce żebyśmy nadal trwali w naszej chorobie. To zdanie brzmi bardzo niefajnie, i pewnie moglibyśmy za nie zostać wyrzuceni z Kościoła, gdyby nie fakt, że w samym Piśmie jest to powiedziane wprost. Istnieją przypadki, w których choroba być może nawet kompletnie w żaden sposób nie służy danemu człowiekowi, człowiek nie ma przez tę chorobę wzrastać w doskonałości poprzez cierpienie, zupełnie nic z tych rzeczy. Istnieją ludzie, którzy są chorzy po to, aby wypełniły się na nich dzieła Boże, jakkolwiek pechowo i bezsensownie dla owych ludzi by to nie brzmiało.

Myślę że jako tako ogarnęliśmy temat. Na dziś wystarczy. Idźmy spać. Dobrej nocy.

O blogu

Blog religijny? Czyli że co?

Tytułem wstępu w tym pierwszym poście, napiszmy co nieco na temat tego bloga, idei jego powstania, tematyki, autorze itp. Będzie to blog religijny, stąd też taki a nie inny adres strony www. Dzisiaj ciężko jest zaklepać sobie w ogóle jakąkolwiek nazwę strony, tyle tego już jest w Internecie. Jak zaczniecie sprawdzać wpisując w wyszukiwarce jakiekolwiek słowa które wam przyjdą na myśl, zobaczycie, że chyba większość normalnie brzmiących pojedynczych słów z końcówką .pl jest już dawno zajęta. Co więcej, zajęte są już nawet te naprawdę dziwne i do niczego nieprzydatne. A jeśli ma to być blog religijny, to fajnie byłoby gdyby nazwa bloga kojarzyła się chociaż trochę z religią. Wzięliśmy więc słownik pojęć religijnych i zaczęliśmy sprawdzać kolejne słowa. Oczywiście szybko okazało się, że chyba wszystkie imiona biblijne są już zajęte. Ale tym sposobem dotarliśmy do ‚drogi szabatu’, która okazała się być wolna, brzmi całkiem nieźle, myślę że nie gorzej niż na przykład ‚langusta na palmie’ :).

To teraz krótkie wyjaśnienie, o co chodzi z tą drogą szabatu. Jak podają Internety, jest to:

„droga, którą według tradycji starszych mógł przejść Izraelita bez pogwałcenia sobotniego odpoczynku. Długość jej wynosiła 2000 łokci (od 1000 do 1200 m).”

To teraz jeszcze tylko pozostaje wyjaśnić, co oznacza to dziwne słowo ‚szabat’, i wszystko stanie się jasne. Szabat to nic innego jak żydowska nazwa siódmego dnia tygodnia, czyli po naszemu ‚sobota’. Jak wiemy z Biblii, Bóg tworzył świat, rośliny, zwierzęta i ludzi przez sześć dni, a siódmego dnia odpoczywał. Ten siódmy dzień to właśnie sobota, czyli szabat. Chcąc uczcić ten dzień w szczególny sposób, lub zwyczajnie naśladując swojego Boga, Żydzi w sobotę odpoczywają, nie wykonując żadnych prac. Tak jak my budzimy się nieraz postanawiając sobie, że tego dnia nie będziemy robić absolutnie nic, tak Żydzi mają podobnie, tyle że im nie wolno nic robić tego siódmego dnia. Takie są u nich przepisy prawa. Prawo zabrania im wykonywać w sobotę jakiejkolwiek pracy. Powiedzielibyśmy że to absurd? Pewnie tak. Żydzi natomiast poszli jeszcze o krok dalej, i zabronili sobie robić tego dnia czegokolwiek, niemalże z ruszeniem palcem włącznie. Okazało się jednak, że czasem wypełnienie tego prawa nie jest możliwe. Chodźby głupie przejście z pokoju do ubikacji i z powrotem. Wszakże chodzenie również jest jakimś działaniem, czynieniem czegoś, wykonaniem jakiejś pracy, na przykład pracy mięśni. I tak też powstały pewne wyjątki od powstrzymywania się od wszelkiej pracy w szabat. Droga szabatu została ustalona na 2000 łokci. W każdą sobotę Izraelita może spokojnie przybyć drogę około jednego kilometra i, mówiąc po naszemu, nie grzeszy.

Mamy więc wyjaśnione najważniejsze pojęcia. Możemy teraz przejść do spraw istotniejszych, dotyczących treści pojawiających się na blogu. A będę to wszelakie tematy mniej lub bardziej powiązane z wiarą, głównie chrześcijańską, pisane prostym codziennym językiem. Czy świat potrzebuje kolejnego bloga religijnego? Pewnie nie. Ale autor czasami czuje potrzebę powiedzenia coś światu, a może pozostawienia czegoś po sobie światu w spadku. A jak już jesteśmy przy autorze: autor jest jeden, mimo że pisząc, często używa liczby mnogiej – ot, taka forma literacka. Jest chrześcijaninem od urodzenia, mężczyzną w wieku trzydziestu lat, który postanowił pewnego dnia zostać prawdziwym blogerem. Nie jest żadnym znawcą, naukowcem ani autorytetem w kwestiach religijnych. Jest po prostu człowiekiem wierzącym, który zapragnął na nowo przemyśleć kwestie związane ze swoją wiarą, i tymi przemyśleniami postanowił podzielić się ze światem właśnie na tym blogu.

Jak na pierwszy wpis to sądzę że wyszło całkiem nieźle, i nieoczekiwanie całkiem długo. A więc na dziś wystarczy.