O konsolach

I o odwiecznej wojnie pomiędzy pecetowcami i konsolowcami.

Nie wiem czy interesujecie się konsolami do gier i tym, co dzieje się obecnie w świecie konsol. A dzieje się sporo, chociaż na razie głównie w Internecie. Ale po kolei :)

Jeszcze do niedawna ludzi można było podzielić na dwie grupy. Na tych, którzy grali na komputerach, i tych, którzy grali na konsolach. Konsole do gier pojawiły się i rozpowszechniły w naszym kraju dużo wcześniej niż tech. Moją pierwszą maszyną do zabawy była jakaś tam wersja Atari, pierwszej lub drugiej generacji. Później tata odkupił od swojego kolegi z pracy Pegasusa. Gdy szedłem do szkoły średniej, dostałem najprawdziwszy komputer osobisty. I to był moment, w którym, jak się później okazało, na bardzo długo przestałem być graczem konsolowym, a narodziłem się jako gracz komputerowy. W tamtym czasie były już bardzo popularne różnego typu czasopisma komputerowe, do których dodawano płytę cd z grami, w większości w wersjach demonstracyjnych. Wówczas to zakochałem się w graniu na komputerze, w tej różnorodności i łatwości zdobywania nowych tytułów (później także z Internetu), wsiąknąłem w ten sposób spędzania czasu całkowicie i bez reszty. Konsole poszły w odstawkę, wydawało się że na zawsze.

Ale jak to często w życiu bywa, gdy człowiek ma za dużo pieniędzy, to trochę mu woda sodowa uderza do głowy, zaczyna na przykład kupować rzeczy, które mu nie są do niczego potrzebne. Tak też było ze mną. Gdy już byłem dorosły, gdy zacząłem zarabiać własne pieniądze, a nie miałem jeszcze na utrzymaniu rodziny, mogłem sobie spokojnie pozwolić na kupno różnych rzeczy, które mi absolutnie do niczego nie były potrzebne, ale które po prostu od bardzo dawna gdzieś tam głęboko w środku miałem ochotę mieć.

Tym sposobem któregoś dnia ot tak kupiłem sobie konsolę PlayStation 3. I od razu duży 40-calowy telewizor lcd, no bo przecież do czegoś trzeba było tę konsolę podłączyć, prawda? Prawda. Wróciłem więc do domu z dużym telewizorem i konsolą. Może dopowiem jeszcze tak z ciekawości, że w sklepie byłem wraz z moją mamą, która mi się po wyjściu rozpłakała, że "tak łatwo przychodzi mi wydawanie pieniędzy". To były oczywiście moje pieniądze. Swoją drogą, kwestia pieniędzy i mojego podejścia do nich jest całkiem interesującym zagadnieniem, i myślę że kiedyś będzie trzeba coś na ten temat napisać, jakiś osobny wpis. Ale wracając do konsol: ten zakup był jednym z najlepszych w moim życiu. Dzisiaj upłynęło już jakieś ze 2 lata od tamtego wydarzenia, i nadal uważam, że ta konsola to jedna z najfajniejszych prezentów, jakie sobie sprawiłem w życiu. Troszeczkę bałem się, jak będzie mi się grało na padzie, bo: a) wcześniej, jak pisałem, przez kilkanaście lat grałem tylko i wyłącznie na myszce i klawiaturze (i nadal podtrzymuję opinię, że takie połączenie jest idealne do grania, i nie da się już w tej materii wymyśleć niczego lepszego), oraz: b) kuzyn ma xboxa 360, i jeden raz grałem u niego w jakiegoś FPS'a. Po tym jednym razie stwierdziłem, że granie na padzie w FPS'y to najgłupsza rzecz na świecie.

Co się okazało po zakupie PS3? Że 1 dzień wystarczy do tego, żeby przyzwyczaić się do grania na padzie. I że jak najbardziej jest możliwe granie na padzie w FPS'y, pomimo że nie jest to najwygodniejszy sposób grania w ten gatunek gier, to pad sprawdza się tutaj wręcz zadziwiająco dobrze. Oczywiście mysz + klawiatura jest zdecydowanie fajniejsza, ale pad też daje radę.

Ok. To teraz jak wypadają konsole w porównaniu do komputerów w bezpośrednim starciu? Moim zdaniem całkiem nieźle. Przede wszystkim, wydaje mi się, że dzisiaj już nie ma tak wielkiego podziału na graczy komputerowych i konsolowych, jak to było dawniej. Podział taki być może istnieje jeszcze w młodszym pokoleniu, natomiast zanika z biegiem lat i wzrostem zamożności. Po prostu dorośli ludzie (zwłaszcza mężczyźni tacy jak ja, którzy w środku pozostali nadal jeszcze trochę dziećmi), zarabiający własne normalne pieniądze, mogą sobie zupełnie spokojnie pozwolić na kupno zarówno dobrego komputera, jak i konsoli, którą można podłączyć do dużego telewizora w salonie. I to jest kolejna różnica między konsolami a PC'tami; na komputerze gramy siedząc na krześle przy biurku, w pozycji nie zawsze super komfortowej. W przypadku konsoli rozsiadałem się wygodnie w ogromnym fotelu ustawionym na środku pokoju. Dodatkowo, na komputerze najczęściej gramy na niezbyt dużym ekranie monitora. Granie na 40-calowym telewizorze w przypadku konsoli to bardzo fajne doświadczenie. To ostatnie się powoli zmienia, bo ostatnimi czasy ceny monitorów komputerowych bardzo mocno spadły, i już w okolicach 500 zł można kupić naprawdę spory 24-calowy monitor. Ale za modele ponad 24-calowe nadal trzeba zapłacić w okolicach 1000 zł, a nawet więcej.

Zupełnie osobną kwestią, na którą warto zwrócić uwagę jest fakt, że konsola jest sprzętem 'zamkniętym', w przeciwieństwie do komputera. Co również ostatnio się zmienia :) To była chyba największa zaleta konsol do tej pory, ale jednocześnie największa bolączka. Nowa konsola wychodziła średnio powiedzmy co 4 lata. I przez cały okres życia danej konsoli można by spokojnie kupić grę wydaną na daną konsolę, i byliśmy pewni że gra będzie chodziła bez zarzutu. Podczas gdy w komputerze w zasadzie co roku znalazłoby się coś, co można by wymienić na nowe, aby móc zagrać w nowsze gry w lepszych detalach, w wyższych rozdzielczościach, z większą ilością fajerwerków graficznych. Bolączką konsol było to dlatego, że producenci gier musieli w wersji na daną konsolę uwzględnić to, że dana konsola ma już swoje lata. W przypadku komputerów nie było żadnych ograniczeń. Jeśli ktoś ma słaby komputer, odpali sobie grę z niskimi ustawieniami graficznymi. Jeśli ktoś ma wypasiony komputer, mógł sobie pozwolić na ustawienia ultra i cieszyć się grafiką w najwyższej jakości.

W tym momencie, jeśli pozwolicie, wypiszę sobie w punktach zagadnienia, jakie chciałbym jeszcze poruszyć w tym poście. Ten post zrobi nam się strasznie długi, ale nie szkodzi. Mam wrażenie że posty ostatnio pojawiają się jakoś tak nieco rzadziej, więc w tym będzie więcej tekstu. Będziecie mieli trochę więcej do czytania, a zawsze przecież możecie sobie podzielić ten tekst na pół, nie musicie czytać wszystkiego naraz. Spróbujemy więc sobie jeszcze omówić następujące kwestie:

1) Dlaczego kupiłem konsolę PS3 jakieś 4 lata po jej premierze, i to w momencie w którym już było wiadomo, że za jakieś pół roku wychodzi PS4?

2) Dlaczego w zasadzie bez zastanowienia kupiłem PS3, a nie Xboxa 360?

3) Dlaczego nie kupiłem jeszcze PS4 i czy zamierzam ją kupić? A może zamierzam kupić jakąś inną konsolę (Xbox One? Wii?)?

4) Kwestia abonamentu PlayStation Plus.

Ad 1) Odpowiedź na pierwsze pytanie już właściwie padła. Mając komputer, nie miałem absolutnie żadnej potrzeby kupowania dodatkowego sprzętu do grania. Komputer w 100% spełniał moje wymagania w tym aspekcie mojego życia. Ponadto dopiero jak ma się więcej pieniędzy, i trochę nie ma się co z nimi zrobić, człowiek zaczyna wymyślać, co jeszcze mógłby sobie kupić :) A druga sprawa jest taka, że śledziłem bardzo mocno pojawienie się na świecie tej generacji konsol, pamiętam doskonale emocje które towarzyszyły ukazaniu się obydwu konsol (a nawet wszystkich trzech, bo mniej więcej w tym samym czasie ukazały się przecież PS3, Xbox 360 oraz Wii, która również miała początkowo aspiracje żeby konkurować z wielką dwójką). Po 4 latach od premiery ceny konsol spadły z początkowego pułapu 2500 zł, do poziomu 1300 zł, co również nie było dla mnie bez znaczenia w momencie zakupu. To przyglądanie się powstawaniu siódmej (bodajże) generacji sprawiło, że w moim serduszku pojawiło się mimo wszystko pragnienie, aby posiadać swój własny egzemplarz jednej z konsol 'nowej generacji', tego 'nextgena'. No i w końcu pewnego dnia mogłem to marzenie wreszcie urzeczywistnić bez żalu. Natomiast kupno PS3 w momencie, gdy mniej więcej po pół roku wychodziło PS4, było decyzją totalnie nieprzemyślaną, i mało która decyzja w moim życiu okazała się aż tak trafiona. Konsoli PS3 absolutnie nic nie brakuje: grafika jest nadal fantastyczna (patrz np. Tomb Raider, którego przeszedłem jakiś miesiąc temu), grywalność jest olbrzymia (patrz np. Far Cry 3), a ceny gier poleciały na łeb na szyję po ukazaniu się PS4. Dawniej gry kosztowały 180-240 zł, co w porównaniu z cenami gier PC było jakimś mało śmiesznym żartem. Obecnie nieco starsze tytuły, o fantastycznej grywalności, można dostać na PS3 w cenach nieprzekraczających 50 zł. I jest ich całe mnóstwo, nie sposób jest tego wszystkiego ograć, mając tylko jedno życie.

Ad 2) Na to pytanie trochę nie potrafię odpowiedzieć. Nie istnieje żadne logiczne wytłumaczenie, dlaczego wybrałem PS3, a nie Xboxa 360. Po prostu tak podpowiadała mi intuicja. Wiedziałem już wówczas przecież, że na xboxie można grać bez problemu w pirackie wersje gier, można sobie samemu ściągać z Internetu takie pirackie gry. Na PS3 w tamtym czasie nie można było tego robić. Na tamten moment zabezpieczenia konsoli PS3 nie były jeszcze złamane, przez co można było grać tylko w oryginalne tytuły. Szczerze powiem, że nie wiem jak jest w tej chwili, czy coś się od tamtego czasu zmieniło w tej kwestii. W każdym razie, pomimo że byłem tego świadomy, i byłem świadomy ile potrafią kosztować nowe oryginalne gry na konsole, i do tego absolutnie nie miałem pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak PlayStation Plus, to i tak zdecydowałem się na PS3. Po prostu posłuchałem głosu intuicji, jakiś wewnętrzny głosik podpowiadał mi, żeby wybrać produkt Sony. I nie żałuję decyzji. Ale podejrzewam że xboxa też bym nie żałował. Także to był w zasadzie przypadek, że padło na PS3. W każdym razie nigdy nie żałowałem tego wyboru (tym bardziej gdy się dowiedziałem o istnieniu PS+), i nadal jestem z niej bardzo zadowolony.

Ad 3) No więc, co do kupna innych konsol, to w tym momencie po prostu nie mam takiej potrzeby. Oprócz PS3 mam również bardzo mocny komputer, na którym jestem w stanie odpalić wszystkie nowe gry w dobrych detalach. A gier do ogrania mam taką, że już na dzień dzisiejszy wiem, że nie będę w stanie tego wszystkie ograć do końca życia. Na półkach i w wirtualnych bibliotekach (steam, origin) zalega mi całe mnóstwo fajnych gier, które chciałbym kiedyś przejść, nie mówiąc już nawet o nowych grach, które co jakiś czas dochodzą, chociażby z jakichś wyprzedaży. Także absolutnie nie mam potrzeby kupować kolejnego sprzętu do grania. Ale nie twierdzę, że nigdy tego nie zrobię. Co ważne, nie jest dla mnie istotna moc sprzętu, potrafiąca uciągnąć gry o lepszej grafice. Grafika nie ma dla mnie aż takiego wielkiego znaczenia, jak grywalność. A grafika na PS3 jest na tyle przyzwoita, że absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu pełnej satysfakcji z zabawy. Tym bardziej, że dodatkowo mam jeszcze mocnego PC'ta, jeśli grafika na PS3 zaczęłaby mi przeszkadzać. A więc jeśli się skuszę na coś nowego, to będzie to na takiej samej zasadzie, jak w przypadku PS3: nie z potrzeby, ale po prostu z ciekawości, i z nadmiaru wolnej gotówki. I niekoniecznie będzie to PS4 czy też PS4K. Być może właśnie dla odmiany wezmę jakiegoś Xboxa One lub Wii.

Ad 4) I ostatnia kwestia, to tzw. PlayStation Plus. Abonament, który się płaci co miesiąc, w zamian otrzymując 2-3 gry miesięcznie. Na xboxie jest coś podobnego, xbox gold. Na początku, 2-3 lata temu, dodawane gry były naprawdę fajne, były to tytuły dużego kalibru, same największe hity. Obecnie już od dłuższego czasu są to głównie indyki, czyli gry niezależne. Problem w tym, że z tamtego dobrego okresu pozostało mi jeszcze mnóstwo nieogranych tytułów, a jeśli zrezygnuję z opłacania abonamentu, nie będę miał do nich dostępu. Być może ciężko w to uwierzyć, ale nigdy nie kupiłem ani jednej gry na PS3, a dzięki Plusowi zawsze miałem za dużo gier, a za mało czasu żeby w nie zagrać. Także ogólnie usługę oceniam bardzo pozytywnie, zwłaszcza że nie jest to koszt nie wiadomo jaki. Płacąc za cały rok z góry, wychodzi miesięcznie coś koło 16 zł, a nieraz dawano nam naprawdę bardzo fajne, duże gry AAA (np. niedawno ograny przeze mnie Tomb Raider). W tym momencie posiadanie PS Plusa może nie jest już tak oczywiste, właśnie z uwagi na dodawane gry. Ale dawniej nie wyobrażałem sobie jak można posiadać PS3, a nie mieć Plusa.

Powiedzieliśmy sobie chyba mniej więcej wszystko co było do powiedzenia w tym temacie. Post wyszedł bardzo długi, ale chciałem żeby temat konsol był ogarnięty w miarę możliwości już kompletnie. Gdyby czasem kiedyś tam w przyszłości w moim mieszkaniu zagościł jakiś nowy sprzęt tego typu, na pewno zrobimy sobie małe porównanie. Tymczasem, życzę miłego dnia, trzymajcie się ciepło.

O spełnianiu marzeń

Bo warto mieć marzenia, i dążyć do ich spełnienia.

W ostatnim poście napisałem, że niedawno sprawiłem sobie nowy sprzęt. To dzisiaj napiszmy sobie coś więcej właśnie na ten temat.

Dlaczego taki a nie inny tytuł tego posta? Ponieważ nowy komputer to było moje marzenie, takie prawdziwe, dziecięco-chłopięce marzenie. Gdzieś tak mniej więcej od 5 lat myślałem sobie, że chciałbym sobie sprawić nowy sprzęt, liczyłem ile mnie będzie kosztował taki komputer marzeń. Z tych wyliczeń wynikało, że razem z monitorem dałbym radę się zmieścić tak gdzieś w 5 tysiącach. Szczerze mówiąc, myślę że sam nie wierzyłem w to, że kiedyś będę w stanie lekką ręką wydać te 5 koła na sprzęt. Powiedzmy sobie szczerze: tak drogi PeCet nie jest mi potrzebny do pracy. Do normalnej codziennej pracy, czy też nawet bardziej zaawansowanej, stricte informatycznej, jak programowanie czy tworzenie stron internetowych, wystarczyłby mi najzwyklejszy laptop za 2 tysiące.

W tym momencie przyszła mi na myśl taka reklama jakiegoś samochodu, którą kiedyś pokazywano w telewizji. Klient przychodzi do salonu, staje przed jednym z aut, a sprzedawca zadaje pytania typu: Pewnie ma Pan dużą rodzinę i potrzebuje Pan dużego rodzinnego samochodu? A może prowadzi Pan własną firmę, dużo podróżuje i dlatego potrzebuje Pan wygodnego i dobrze prezentującego się auta? Itd. Na wszystkie te pytania klient odpowiada spokojnie „nie”. Na koniec sprzedawca pyta: W takim razie przepraszam, ale czy Panu na pewno potrzebny jest ten samochód? Odpowiedź klienta: „Nie. Ale i tak chcę go mieć”. Dokładnie tak samo było z moim komputerem :) Do niczego nie był mi potrzebny sprzęt za tyle pieniędzy, ale i tak chciałem go mieć. Kilka miesięcy temu nadarzyła się okazja, żeby wydać dużą kwotę właśnie na nowy komputer. I tym sposobem, zupełnie dla mnie nieoczekiwanie, spełniło się moje marzenie. A nawet więcej; o takim sprzęcie, przy którym właśnie siedzę, nawet nie marzyłem. Całość, czyli komputer, monitor i wszystkie peryferia, kosztowały blisko 10 tysięcy zł. A to już jest suma dla mnie niewyobrażalna, jak na PC-ta :)

W tym miejscu taka mała dygresja. Podobno zwłaszcza mężczyźni tak mają, że zamiast się cieszyć radością innych, np. z marzenia które udało się komuś spełnić, to nie dość że my się nie cieszymy, to jeszcze na dodatek w stronę tej osoby której coś się udało leci wiadro hejtu, tak że ów człowiek może sobie pomyśleć, że to jego marzenie to w ogóle jest garści kłaków nie warte. Wyszło mi bardzo długie zdanie :), ale myślę że wiecie o co chodzi. Sam się z czymś takim spotkałem, i niestety muszę powiedzieć, że nie jest to miłe :) Jeśli się dzielisz z kimś tym, że udało ci się spełnić twoje marzenie, a ten ktoś zamiast się radować razem z tobą, bierze to twoje marzenie i je dosłownie miesza z błotem. „Przepłaciłeś, ja bym taki komputer kupił o jedną trzecią taniej na allegro, i co z nim zrobisz, i tak nie jesteś w stanie wykorzystać takiego kompa, za pół roku taki sam sprzęt będzie o połowę tańszy, itd”. Znacie to? :) Smutne to bardzo, że tacy właśnie jesteśmy, my – ludzie. Że nieraz w takich sytuacjach jedyne na co nas stać, to hejt. Że nie potrafimy się cieszyć szczęściem innych, nie potrafimy dzielić radości innych, że zamiast podnosić do góry, dołujemy i sprowadzamy na ziemię. Zamiast wprowadzać radość, przynosimy ze sobą smutek.

Ale wróćmy do tematu, bo to nie jest post o hejterach :) Czy komputer za 10 koła był mi potrzebny do czegokolwiek? Absolutnie nie. Po prostu mogłem sobie pozwolić na wydanie takiej kwoty, a że to było moim marzeniem, to to zrobiłem. Napiszmy teraz konkretnie, co się składa na tę kwotę, a później sobie krótko opowiemy o każdej pozycji. A więc, w skład całego zestawy wchodzą:

  • Duży, 28 calowy monitor samsunga – 1200 zł.
  • Mysz Razer Imperator – 450 zł.
  • Podkładka Razer’a pod mysz – bagatela 80 zł :)
  • Klawiatura Logitech K810 – 450 zł.
  • Głośniki Harman/Kardon 2.1 Soundsticks III – 600 zł.
  • Słuchawki AKG K915 – 350 zł.
  • Obudowa CoolerMaster Silencio – 450 zł.
  • Procesor Intel Core i7-4770 3,40 GHz – 1500 zł.
  • Płyta główna MSI MS-7817 – 300 zł.
  • Pamięć RAM: 16 GB – 600 zł.
  • Grafika: Nvidia GeForce GTX 780 – 2000 zł.
  • Dyski: 128 GB SSD + 2TB HDD – 500 zł.
  • Zasilacz 600W – 300 zł.
  • Napęd optyczny – 150 zł.

To teraz po co mi taki mocny komputer. Oczywiście na takim sprzęcie pracuje się fantastycznie. Dysk SSD plus 16 GB ram-u sprawiają, że Windows uruchamia się w kilka sekund, instalacja czegokolwiek to są – ponownie – sekundy, a nie tak jak w przypadku HDD – minuty, itd. Ale taki komputer sprawdzi się znakomicie również w przypadku rozrywki. Odkąd jako mały chłopiec otrzymałem od rodziców swój pierwszy komputer, jak każdy mały chłopiec stałem się graczem komputerowym, i pozostałem nim do teraz. Wrażenia z gry na tak dużym monitorze są niesamowite. Ale jeśli mam duży monitor, i do tego jeszcze chciałbym aby ustawienia graficzne we wszystkich grach były zawsze ustawione na maksymalne [a chciałbym :)], w najwyższych rozdzielczościach, to potrzebny jest mocny sprzęt, który to uciągnie. Stąd też taki a nie inny procesor i karta graficzna.

Mysz jest droga, nie mówiąc już o podkładce :), ale na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie pracować na żadnej innej myszce. Uważam że jest to najlepsza myszka na świecie. Już wcześniej miałem do czynienia z innym modelem Razer’a, dlatego wiedziałem co to za sprzęt, miałem porównanie między zwykłą myszką a Razer’em. A do tego jeszcze na tej podkładce za 80 zł mysz chodzi wręcz niewiarygodnie. Wrażenie jest takie, jakby ta mysz po tej podkładce płynęła. O klawiaturze już wam pisałem, że jest bardzo fajna, chociaż mogłaby być większa, no ale taką sobie wybrałem, więc taką mam. Głośniki są mega super, dźwięk jest czysty, bas mocny, do tego są wystarczająco głośne, żeby rozkręcić małą imprezę, pomimo że to tylko 2 zwykłe głośniki komputerowe.

Podsumowując. Warto marzyć, bo nigdy nic nie wiadomo. Być może zdarzy się tak, że marzenie ni stąd ni zowąd spełni się samo pewnego dnia. A jeśli nie będzie się chciało spełnić samo, warto dążyć do jego spełnienia. Bo spełnione marzenie daje naprawdę dużo radości. I spróbujmy zmienić nasze podejście do osób, które spełniają swoje marzenia. Nie hejtujmy. Cieszmy się szczęściem innych. I jednocześnie miejmy odwagę marzyć i dążyć do spełnienia własnych marzeń.

O przewodowości i bezprzewodowości

Latające pakiety kilobajtów i inne niezidentyfikowane obiekty latające (UFO).

Jakiś czas temu kupowałem nowy komputer, razem z kompletnym zestawem peryferii. Miałem przeznaczonych na ten zakup sporo złotówek, więc mogłem sobie pozwolić na wybór dobrego, markowego sprzętu. Gdy przyszło do wybieranie urządzeń peryferyjnych, musiałem podjąć jeszcze jedną małą, ale dosyć istotną decyzję: bierzemy urządzenia przewodowe, czy bezprzewodowe. Różnica w cenie pomiędzy jednymi a drugimi istnieje, ale już na dzień dzisiejszy nie jest znaczna. Jeszcze kilka lat temu za bezprzewodowość trzeba było dopłacić dość dużo, dzisiaj jest to różnica rzędu 50-100 zł. Wcześniej nigdy nie korzystałem z żadnego bezprzewodowego sprzętu (poza routerem Wi-Fi), a tym razem trochę zaryzykowałem, pewnie poniekąd z czystej ciekawości, jak to się sprawdzi.

A sprawdza się tak sobie :). Co do myszki, nie ryzykowałem i wziąłem przewodową. Myszką operuje się bardzo dużo każdego dnia siedząc przy komputerze, i kabel może trochę przeszkadzać. Mój bardzo długo nie chciał się dać ułożyć i leżeć spokojnie na stole. Jestem przyzwyczajony do tego, że kawałek kabla leży sobie na stole przede mną, dzięki temu mogę spokojnie machać gryzoniem, tak jakby była bezprzewodowa. Na samym początku co jakiś czas kabelek uciekał ze stołu i chował mi się za komputer (tak jakby coś w komputerze chciało wciągnąć kabelek do wnętrza obudowy), a wówczas moje ruchy myszką to były zawody w przeciąganie kabelka pomiędzy mną a komputerem. Na dzień dzisiejszy, po kilku miesiącach, wydaje się że komputer wreszcie dał za wygraną i przestał ciągnąć za kabel. Już od dłuższego czasu nie musiałem go poprawiać. Gdyby myszon był bezprzewodowy, nie byłoby tego problemu. Ale w przeszłości bardzo dużo naczytałem się, że przewodowe są lepsze, dokładniejsze, a bardzo zależało mi, żeby myszon chodził bardzo precyzyjnie, żeby nie sprawiał żadnych problemów, typu przeskoki kursora i tego typu dziwne akcje na pulpicie.

Skusiłem się za to na bezprzewodową klawiaturę, niemal identyczną jak na zdjęciu powyżej. Myślałem sobie: podczas pisania lubię sobie brać klawiaturę na kolana. W ciągu tych kilku miesięcy odkąd mam nowy sprzęt, ani razu nie miałem klawiatury na kolanach. Gdy leży sobie na stole, jest mi zupełnie wystarczająco wygodnie, nie mam potrzeby kłaść jej na kolanach. Klawiatura działa na bluetooth, i tylko na bluetooth, co oznacza, że jeśli bateria w klawiaturze się rozładuje, nie mam klawiatury. Trzeba ją podłączyć pod usb i naładować. Troszeczkę się na niej zawiodłem, ale tylko troszeczkę. Bo kosztowała dużo (jak na klawiaturę), w pudełku nie było totalnie nic poza klawiaturą i kabelkiem do ładowania, absolutnie żadnej instrukcji obsługi. Co najśmieszniejsze, przez pierwszy dzień nie byłem w stanie jej użyć, bo nie miałem w komputerze odbiornika bluetooth, a oczywiście nikt nie pomyślałem żeby coś takiego włożyć do pudełka razem z klawiaturą, mimo że najtańszy kupiony osobno kosztował jedynie 25 zł. No ale pomijając powyższe, klawiatura sprawuje się dobrze, jestem z niej ogólnie zadowolony. Jest mała, nie ma klawiatury alfanumerycznej, ani nawet bloku klawiszy ‚home end pgup pgdn’, no ale przed zakupem wiedziałem co biorę, dlatego nie narzekam, chociaż trochę mi tego brakuje, teraz widzę że spokojnie mogła być większa. Przez większą część w roku działa dobrze, łącząc się z odbiornikiem zaraz po włączeniu komputera i dotknięciu klawiatury. Raz zdarzył mi się nieprzyjemny przypadek, w którym co prawda to nie klawiatura była winna. Pewnego dnia coś się samo z siebie zadziało (czytaj: ‚spierdzieliło’) w systemie operacyjnym, że ni stąd ni zowąd Windows 7 przestał prawidłowo czytać odbiornik bluetooth. Walczyłem z tym przez kilka dni, ergo – przez kilka dni używałem klawiatury windowsowej wyświetlanej na ekranie monitora. Polecam każdemu przynajmniej raz w życiu, niesamowite przeżycie :) spróbujcie napisać jakikolwiek dłuższy tekst, klikając każdą literkę osobno myszką. Kilkanaście razy przeinstalowywałem odbiornik bluetooth, zmieniałem porty usb, robiłem cuda na kiju. Wreszcie po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Nawet nie potrafiłbym powiedzieć konkretnie jaka moja czynność okazała się skuteczna. No ale poza tym jednym przeżyciem, moja bezprzewodowa klawiatura spisuje się dobrze.

Czego niestety nie mogę powiedzieć o słuchawkach. Skusiłem się również na bezprzewodowe słuchawki. Tutaj już moje rozczarowanie było znacznie większe. Słuchawki były drogie, dobrej topowej firmy, a po takiej cenie można było spodziewać się czegoś o wiele lepszego. Słuchawki sprawiają wrażenie bardzo kiepsko wykonanych, z taniego plastiku, od razu przy wkładaniu baterii zaczęło mi wylatywać jedno ucho. Na szczęście gdy już założę je na głowę, jest w miarę dobrze. Słuchawki leżą dobrze, zasadniczo nic jakoś specjalnie nie uciska, dźwięk jest w zadowalającej jakości, chociaż nie zbyt głośny; tragedii nie ma, ale gdyby było nieco głośniej, to bym się na pewno nie obraził. Tym bardziej że naprawdę lubię słuchać muzykę głośno. Problemem jest to, że słuchawki same się wyłączają, gdy przez 3-4 minuty z komputera nie wydobywa się żaden dźwięk. A czasami tak się dzieje, i wtedy trzeba nacisnąć przycisk żeby je ponownie włączyć. Głupie to trochę. Ja rozumiem, że takie są dzisiejsze standardy, że oszczędzanie energii itd. No ale to chociaż w takim razie dali by mi możliwość ustawienia, po jakim czasie chcę aby słuchawki się wyłączały (tak jak to jest zrobione w monitorach w Windowsach). Ale to jeszcze nic. Najciekawsze [:)] jest to, że moje słuchawki się gryzą z Internetem. Internet też mam bezprzewodowy, to jest komputer stacjonarny, więc musiałem dokupić kartę zewnętrzną wifi. Gdy włączam słuchawki, pasek zasięgu od Internetu spada w tym samym momencie o połowę, co widać też od razu na płynności, strony internetowe zaczynają się ładować mniej więcej o 3/4 wolniej. Widocznie fale radiowe bluetootha słuchawek jakoś się gryzą z falami wifi, co jest bardzo wkurzające. Gdy chcę skorzystać ze słuchawek, normalne korzystanie z Internetu staje się prawie że niemożliwe.

Podsumowując. Internet bezprzewodowy na wifi działa całkiem dobrze. Zdarza się wprawdzie, mniej więcej 1-2 razy w miesiącu, że karta sieciowa nie widzi routera. Na szczęście zawsze pomaga wyjęcie i włożenie karty sieciowej, lub wyłączenie i włączenie komputera. Ale jeśli chodzi o urządzenia peryferyjne, stanowczo odradzam bezprzewodowość. Z kablem nigdy nie miałem jeszcze żadnego problemu, mam wrażenie że myszonowi na kablu nigdy nawet przez myśl nie przeszło, że mógłby odmówić mi posłuszeństwa. Natomiast bluetoothowi, podobnie jak wifi od czasu do czasu, zdarza się odwalać jakieś cyrki.

Wstępniak

Dlaczego tech.

Pierwszy wpis na blogu, a więc bardzo krótko tytułem wstępu, o czym w ogóle będzie ten blog. Jak sama nazwa wskazuje [:)] będzie to blog informatyczny, a więc wszystkie wpisy będą w jakiś tam sposób, bliższy lub dalszy, dążyć do tego, co informatyczne. Tematy będą najróżniejsze, od czysto sprzętowych i technicznych, po przez nieco lżejsze software’owe, aż po zupełnie lekkie wpisy rozrywkowe. Kolejna sprawa: to jest blog, a nie żaden specjalistyczny magazyn z branży informatycznej. Będziemy sobie tutaj prowadzili bardzo luźne rozmyślania, w stylu blogowym.

Autor bloga w chwili obecnej ma lat 31, i jest informatykiem z wykształcenia i z zawodu. Te dwie informacje są istotne, ponieważ ukazują perspektywę, z jakiej będą pisane wszystkie teksty. Przyszedłem na świat, w którym nie było komputerów ani telefonów komórkowych. Swój pierwszy komputer otrzymałem po zakończeniu ósmej klasy szkoły podstawowej, gdy szedłem do liceum, czyli w wieku 16 lat, pierwszy telefon komórkowy jakieś 2 lata później, gdzieś w okolicach drugiej-trzeciej klasy liceum. Dzieciństwo spędzałem więc każdego dnia na ulicy, bawiąc się z kolegami i koleżankami z sąsiedztwa, grając w piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę, itd. W pewnym momencie w moim życiu pojawiła się duża biała skrzynka, zwana komputerem. I tym sposobem zamiast strażakiem, zostałem informatykiem.

Pomysł na blog informatyczny pojawił się bardzo niedawno, jakiś miesiąc temu przyszło mi do głowy, że może fajnie byłoby od czasu do czasu naskrobać jakiś luźny tekst powiązany z komputerami, komórkami, nowinkami technicznymi, itp. Tematów na takie wpisy jest mnóstwo, wystarczy tak naprawdę uruchomić przeglądarkę internetową, z każdego serwisu można czerpać pomysły do rozważań i dyskusji, jeśli tylko ktoś podobnie jak ja interesuje się takimi rzeczami.

Ok, starczy tego wstępniaka. Zapraszam do lektury :)